10.03.2018, sobota (... podpisuję się w stu procentach ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Szewach Weiss, postać niezwykle ważna przy układaniu politycznych (i nie tylko politycznych!) relacji między Polską a Izraelem, w jednej z ostatnich wypowiedzi telewizyjnych powołał się na naszą wspólną pięćsetletnią historię. „No, może nawet osiemsetletnią..." poprawił się szybko. Niektórzy twierdzą, że owa wspólnota sięga lat tysiąca, że pierwsi żydowscy kupcy i osadnicy pojawili się na naszych ziemiach i zaczęli koegzystować ze słowiańskimi autochtonami już w wieku jedenastym. A potem?

Różnie bywało: lepiej lub gorzej. Na ogół nie tak źle. Żydzi przepędzani z różnych miejsc w Europie tutaj znajdowali bezpieczną i na ogół szczęśliwą przystań, o czym też przypomniał Weiss. Było panowanie króla Kazimierza Wielkiego, zdecydowanego protektora Żydów, przychylni byli im również Jagiellonowie, szczególnie Zygmunt Stary, ale i jego syn Zygmunt August, były dobre dla nich lata Rzeczpospolitej Obojga Narodów, zwłaszcza do czasów szwedzkiego potopu i stopniowego osłabiania pozycji Polski w ówczesnym świecie.

Potem z naszymi stosunkami bywało już gorzej. Nadszedł okres rozbiorów, kiedy to obcy władcy decydowali o miejscu lub wykluczeniu Żydów ze wspólnoty. A po odzyskaniu niepodległości dały o sobie znać fatalne skutki ponad studwudziestoletniej niewoli: panoszył się antysemityzm i brak tolerancji, rosła w siłę endecja, powstały ławkowe getta uniwersyteckie, bojówki ONR-Falangi krzyczały „bij Żyda!", itp. Dzisiaj wielu historyków mówi, że ów mroczny czas międzywojenny (szczególnie po śmierci Piłsudskiego) był mentalnym podłożem dla nazistowskiego holokaustu, który przetoczył się przez nasze ziemie. Zapewne, ale dla niektórych. Innym Polakom stworzył szansę, że staną się „Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata". A po wyzwoleniu?

Sowieckie wpływy, sowiecka bezpieka w dużej mierze rekrutująca się z funkcjonariuszy pochodzenia żydowskiego, tzw. żydokomuny (m.in. oprawcy mojej babki w stalinowskim więzieniu na Mokotowie). Ale były też tragiczne ekscesy antysemickie fundowane Żydom przez Polaków, można by rzec, po sąsiedzku. Wreszcie był marzec 1968 i „syjoniści do Syjonu!".

Dlaczego o tym piszę? Bo temat ten stał się dla mnie ważny. Bo uważam – mimo, że w moich żyłach nie płynie żydowska krew – że trzeba starać się zachować umiar i prawdę w ocenie naszych relacji. Bo prezydent podpisał niefortunną ustawę o IPN-ie. Bo obchodzona w tych dniach 50. rocznica wypadków marcowych komentowana jest różnie, także zdumiewająco jednostronnie. Bo słychać coraz głośniejsze wołania o naszą narodową godność. Bo retoryka i argumenty sprzed pół wieku powtarzane są coraz częściej. Bo niektóre wystąpienia polityków i dziennikarzy ociekają obrzydliwością. Ale jest też powód prozaiczny. Otóż, mój nieco młodszy przyjaciel – nie humanista i nie artysta, ale uniwersytecki ekonomista – człowiek inteligentny, wrażliwy i niezwykle dociekliwy zapytał mnie jak to jest (i było) z tym polskim antysemityzmem. Powołał się na obserwacje własne i rodzinne doświadczenia swojej żony. Jakby przy okazji poruszył też problemy naszego romantyzmu i mesjanizmu (przypadkowo, a może nie?). Chwała Bogu, bo dzięki temu moje zapiski mogą być związane z historią i literaturą, a nie z doraźną polityką i bieżącą publicystyką.

W 1755 roku powrócił po 30 latach ze Smyrny na Podole tajemniczy przybysz Jakub Lejbowicz Frank, twórca potężnej i niezwykłej herezji judaistycznej wywodzącej się z sabataizmu (mesjańskiego ruchu zainaugurowanego 100 lat wcześniej przez Sabataja Cwi). Herezja Jakuba Franka swoim zasięgiem objęła nie tylko Polskę i jej wschodnie kresy, ale i wiele europejskich krajów, nie tylko podzieliła społeczność żydowską, ale sprawiła, że jej ideolog właściwie naraził się wszystkim, ale też pozyskał wielu. Olga Tokarczuk, autorka „Ksiąg Jakubowych" niewiarygodnie obszernego i erudycyjnego dzieła traktującego o tamtych czasach, pisze: „Historia Jakuba Franka jest tak zdumiewająca, że trudno uwierzyć, iż naprawdę się zdarzyła".

Jakub Frank poniechał praktyk judaistycznych na rzecz doświadczeń ezoterycznych, odrzucił Talmud dla zakazanej przez niektórych ortodoksyjnych Żydów kabalistycznej księgi Zohar, głosił orgiastyczną wręcz potrzebę używania życia, ale i ascezę (!). Identyfikował się z Mesjaszem, który „był Bogiem prawdziwym (...) wziął ciało nasze i wedle niego cierpiał dla odkupienia i zbawienia naszego". Wierzył w krzyż, jako pieczęć Mesjasza i w Matkę Boską (jak sam mówił: „w Pannę"), jako wcielenie pierwiastka kobiecego w Bogu (Szechina), wreszcie w Trójcę Przenajświętszą. Stąd już krok do chrztu, w który też wierzył, a wielu chrześcijańskich duchownych upatrywało w tym szansę na chrystianizację Żydów. Ale najpierw Jakub Frank wraz z grupą wyznawców, przyjął islam i w ten sposób stworzył nową sektę abrahamitów. Chrzest (a właściwie dwa!) był później. Ten drugi, warszawski, stał się niezwykłym widowiskiem, gdzie w rolę ojca chrzestnego wcielił się król August III. Odtąd nowy katolik nazywał się Józef Dobrucki. A pod koniec życia – Jakub Józef von Frank-Dobrucki.

Była epoka przedrozbiorowa, panowała dynastia saska. Jakub Frank twierdził, że do Polski wezwał go sam Jezus, żeby przeciągnąć Żydów na wiarę chrześcijańską, i że „w Polsce ukryte jest wsze dobro całego świata", i tu czeka zbawienie (nie trzeba wracać do Palestyny!). Na ten mit o Polsce, jako o Ziemi Obiecanej, zwracała uwagę Maria Janion. W ten sposób swoisty mesjanizm post-sabataistyczny dał początek romantycznemu mesjanizmowi polskiemu, a potem zaczął się z nim przeplatać. Myślenie mesjanistyczne o Polsce przetrwało do dziś, łącząc się z pierwiastkiem radykalnie narodowym.

W 1791 roku Jakub Frank (już baron!) zmarł w Offenbach nad Menem w wykupionym przez swoich wyznawców zamku. Jeszcze za jego życia, a i potem, kiedy nazwa „frankiści" stała się powszechna, rodziny żydowskie, które przyjęły chrzest zaczęły odgrywać ważną rolę w polskim społeczeństwie. Neofitami (przechrztami) frankistowskimi byli m.in. Szymanowscy. W połowie XIX wieku nastąpiła całkowita integracja obyczajowa tych rodzin, a o ich pochodzeniu świadczyły już tylko nazwiska. Ale wielu rdzennych Polaków nadal traktowało przechrztów podejrzliwie.

Idea, którą stworzył Frank jest ściśle związana z polską kulturą, od Mickiewicza i Krasińskiego poczynając. Skutki tamtego fermentu sprzed prawie 300 lat obserwujemy do dziś. Maria Janion pisze, że Zygmunt Krasiński w „Nie-boskiej komedii" ufundował mit polskiego antysemityzmu. Dzisiejsze odbicie? Proszę bardzo! Choćby napięcia związane z próbą realizacji tej sztuki przez Olivera Frljicia w Starym Teatrze przed paroma laty. „Nie-boska" jest dramatem antyfrankistowskim. Żyd talmudysta był dla Krasińskiego zajadłym i nieprzejednanym przeciwnikiem wszystkich chrześcijan, a przechrzta fałszywym (czyli jeszcze gorzej!) chrześcijaninem. Z kolei Adam Mickiewicz i jego twórczość stanowią według Marii Janion matryce frankizmu. No cóż, żona naszego wieszcza – Celina Szymanowska – i z ojca i z matki (z domu Wołoska) pochodziła z frankistowskich neofitów (nb. Krasiński obdarzał ją najobrzydliwszymi epitetami). Mickiewicz, czy to na podstawie własnych przekonań (niektórzy twierdzili, że sam pochodził z uszlachconej rodziny frankistowskiej, ale nie mieli żadnych dowodów), czy też pod wpływem Celiny wierzył, że nie sposób odłączyć chrześcijaństwa od judaizmu. Wyznawał specyficzną ideę polsko-żydowskiego mesjanizmu (elementy podobnego myślenia można spotkać również u Towiańskiego).

Maria Janion tak konkluduje swoje rozważania na temat koncepcji Mickiewicza: „Wspólnota losów i polsko żydowskiego braterstwa pozostaje niezwykłym mementum w historii polskiej kultury, a także wielką niezrealizowaną możliwością". Pewnie tak, gdyby nie pokłosie w postaci mitu Judeopolonii, mitu, w którym Polską rządzą zakamuflowani Żydzi, mitu, w którym żydowski spisek i pragnienie panowania nad światem realizowane są z sukcesem. Myślę, że warto jest wiedzieć więcej, żeby móc się zastanowić i wyciągnąć właściwe wnioski. Swoje wnioski – zamiast bezmyślnego powtarzania niewiele znaczącego hasła o godności Polaka. Historia nie jest czarno-biała. Pod tym zdaniem podpisuję się w stu procentach! Jest niejednoznaczna i pogmatwana. Cóż, kiedy dzisiaj wielu uważa, że jest taka, jaką chcemy ją widzieć, czyli może podlegać manipulacjom.

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
10 marca 2018

Książka tygodnia

Macbeth
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jo Nesbø

Trailer tygodnia