19.09.2017, wtorek (... im gorzej tym lepiej ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Ostatnie i przedostatnie wydarzenia w krakowskich teatrach powodują, że wiele osób (ze środowiska i spoza) zadaje mi pytanie: co ja o tym sądzę? Wiele też osób dzieli się ze mną swoimi wątpliwościami. Na ogół wyraża zdumienie, że możliwy był taki rozwój wypadków, bo przecież odgórne decyzje i indywidualne wybory niczemu nie służą i nie mieszczą się w kategoriach zdrowego rozsądku. Są nielogiczne.

Często mówimy, że coś jest logiczne, a coś nielogiczne. Myślę, że jeśli argumentacja ma być logiczna – nie tylko powinna być wewnętrznie spójna, ale zakładać, że ci, do których jest skierowana posługują się podobnym systemem wartości. Niestety, w przypadku napięć teatralnych, tak nie jest, a spór toczy się w różnych, nieprzekładalnych językach.

Znaczna część ludzi sceny oraz wielu teatromanów wykazuje autentyczne zatroskanie sytuacją teatrów, formułuje zarzuty pod adresem władz, pisze manifesty, protestuje. Często są naiwni i nadmiernie emocjonalni, ale inni być nie potrafią. Wierzą w to, co dla nich zrozumiałe: w rozwój sztuki, wolność tworzenia, społeczną misję teatru, obronę instytucji i uznanych autorytetów. Zapewne byłoby się o co spierać, gdyby druga strona myślała podobnie i wyznawała podobne cele działania. Niestety! Druga strona, tzn. władze, zarówno państwowe jak i samorządowe oraz znaczna część środowiska dziennikarskiego, reprezentuje daleko posunięty cynizm i w głębokim rozumieniu ma uprawianie sztuki głęboko... w dupie.

Jeśli chodzi o władze samorządowe - dotyczy to zarówno rządzących, jak i opozycję - gra toczy się ponad partyjnymi podziałami. Nieważne kto jest marszałkiem, kto w zarządzie, przeważnie króluje tani populizm, efekciarskie gesty, pozoranctwo i pustosłowie podszyte niewiarygodną ignorancją i brakiem głębszego zainteresowania dla jakiegokolwiek działania w obszarze sztuki (w tym teatru). A władze państwowe? Dla nich uprawianie kultury - obojętnie w jakiej dziedzinie - stało się narzędziem politycznym (lepiej chyba powiedzieć - polityczną zabawką). Łatwo o rozwiązania negatywne: czego lub kogo ma w kulturze nie być. Gorzej z programem pozytywnym: poza ogólnymi hasłami, nie wiadomo jaki ma być ten program, dla kogo i przeciwko komu, a także z kim go realizować, bo zaplecze kadrowe tzw. wiernych, którzy coś naprawdę potrafią, jest niewielkie. Trudno wymienić elity jednym pstryknięciem. Tymczasem zabawka pod nazwą „kultura" służy do gaszenia lub wzniecania napięć. Czasami ma być spokój i warto za niego zapłacić cenę wymierną w złotówkach. Ale czasami potrzebne jest podsycanie konfliktu (służy i władzy, i opozycji, legitymizując ich istnienie), za to też warto zapłacić cenę wymierną w złotówkach. A dziennikarze? Dla nich teatr stanowi pożywkę egzystencjalną, a jego problemy i sytuacja są również wymierne w złotówkach, płaconych za wierszówki na pierwszej stronie. Oczywiście - jeśli jest zadyma! Bo za porządek naczelny nie płaci. Zatem im gorzej tym lepiej! Być może kogoś obraziłem, bo na pewno znajdą się wyjątki zarówno wśród rządzących, jak i wśród dziennikarzy. Ale statystyczna prawda, mniej więcej, tak wygląda.

W sytuacji brutalnego rozmijania się intencji można stosować wyłącznie rozwiązania siłowe, co na ogół nie jest ani racjonalne, ani logiczne. Teatr w obliczu takich napięć i takich niepewności umiera. Musi umrzeć! Ale czy się kiedyś odrodzi? Mam nadzieję! Ale do tego potrzebna jest marchewka, a nie bat...

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
19 września 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia