20.01.2018, sobota (... giniemy? ...)

Dziennik z niełatwych czasów

W 1999 roku, kiedy obejmowałem dyrekcję Teatru im. Juliusza Słowackiego nie było mi łatwo. Wielu pytało: dlaczego ja? Zespół był podzielony i w dużej części nie sprzyjał mojej kandydaturze. Ale jakoś dałem radę i na stanowisku dyrektora pozostałem 17 lat. Często pytam sam siebie co takiego zmieniło się przez te niepełna dwie dekady (w tym wypadku to bardzo mało!), że nie sposób porównać mojej ówczesnej sytuacji z dzisiejszą sytuacją dyrektorów Cezarego Morawskiego i Marka Mikosa, a podobieństwa są pozorne.

Pierwsza różnica jest bezdyskusyjna: „Słowak", gdy go przejmowałem, znajdował się w głębokim kryzysie artystycznym spowodowanym ciężką i długą chorobą poprzedniego dyrektora. Ja miałem wówczas „asy" w rękawie: zaprzyjaźnionych reżyserów, uznanych i szanowanych, którzy prawie natychmiast mogli rozpocząć próby. Dyr. Morawski we Wrocławiu i dyr. Mikos w Krakowie przejęli sceny kwitnące, a takiego luksusu nie mają. Dlaczego? Bo, mimo wątpliwości związanych ze mną i z okolicznościami mojego wyboru, nikt wtedy teatru nie poddawał ostracyzmowi. Tymczasem minęło kilkanaście lat i wszystko się zradykalizowało, upolityczniło i zideologizowało. W wyniku tego zwiększyły się podziały środowiskowe, zaczęła triumfować wrogość i nienawiść. Nie piszę tych słów z pozycji „pisiora", ale wypada zauważyć, że gdyby za to co stało się złego w sztuce i uprawianiu teatru obciążać wyłącznie obecne władze, to początek tego procesu datowałby się na przełom 2015 i 2016 roku. Tymczasem dezintegracja zaczęła się znacznie wcześniej, a dzisiejsi rządzący stawiają kropkę nad „i", cynicznie wykorzystując zastane środowiskowe podziały. Zalała nas polityka. Również za sprawą modnej „polityczności w sztuce", ale też dlatego, że daliśmy się wciągnąć w grę zwykłym małym politykierkom, uwikłać w partyjne interesy, zaczęliśmy kokietować rządzących. A potem nałożyły się na to poważne spory ideologiczne. To już okres ostatni.

W warszawskim Teatrze Powszechnym, po głośnej ideologicznie „Klątwie" nowa premiera „Kramu z piosenkami" (wg?) Leona Schillera, w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego. Sięgam po pierwszą z rzędu recenzję. Piotr Morawski pisze w Dwutygodniku („Praktyki wstydliwe", 12.01.2018): „Kultura polska jest peryferyjna. Pełna obciachowych epizodów. Sarmackich wąsów, z których jakoby jako wspólnota powinniśmy być dumni, egzaltowanych odlotów, nazywanych straceńczym heroizmem, czy żenujących śpiewek." Te recenzenckie odkrycia zamykają się w zdaniach: „Cezary Tomaszewski sięga właśnie do tego repertuaru polskich gestów, który jest ostentacyjnie nienowoczesny. Tak jak serial TVP [chyba chodzi o "Koronę królów"? - przyp. mój], który stara się wmówić, że staroświecczyzna to powód do dumy." A niby dlaczego z naszej przeszłości nie możemy być dumni? Przynajmniej czasami. Bo jest nienowoczesna? A jaki miałby być „Kram" wyreżyserowany przez Schillera w 1945 roku, w niemieckim obozie dla dipisów w Lingen. W innym kręgu cywilizacyjnym i kulturowym, powstały z innej historycznej potrzeby, ku pokrzepieniu serc przebywających tam Polaków, którzy końca II wojny doczekali na Zachodzie. No, jaki? Postmodernistyczny, brutalistyczny, postdramatyczny, quirowy, czy może genderowy? Czytany dzisiaj jest nienowoczesny, ale czy to powód, by taki repertuar wyszydzać? Nie będę dłużej polemizował z merytoryczną indolencją, podszytą ideologią i polityką. Tak, tak — ideologią i polityką, bo na koniec swoich wywodów Piotr Morawski pisze znaczące zdanie wyraźnie odnoszące się do dzisiaj lansowanego spojrzenia na historię: „ (...) jest tu kilka nawiązań do czasów współczesnych (...) trzeba zrobić wszystko, by hołubione dziś - w teatrze i poza teatrem - praktyki nie stały się wstydliwymi za kolejne pół wieku." Zatem „Kram" (per analogiam) był wstydliwy już w 1945 roku? Co za brednie! Nieważne jak i po co kiedyś, ważne czy dzisiaj w słusznej sprawie! Rozmawiam ze swoimi studentami. Niektórzy byli i widzieli. „Ależ panie profesorze, to nie tak! To zabawny pokaz zagranej i wyreżyserowanej bezradności wobec takiego repertuaru dzisiaj, ale okraszony dużą ilością ciepła i poczucia humoru. To żaden teatr polityczny!" Może więc ten „Kram" przypomina pełen wdzięku film Kena Russella „The Boy Friend" o przygodach zespołu variété, który za wszelką cenę chce sklecić „ambitny" program, żeby wyjechać na intratne turnée. I czym jest nieporadniej, tym śmieszniej. Komu wierzyć? Studentom, czy recenzentowi? Jeśli tym pierwszym – to oznacza recenzencką aberrację umysłową z elementami manii prześladowczej. No bo we wszystkim dopatrywać się politycznych konotacji? Jeśli zaś recenzentowi – to by sugerowało, że reżyser (ale też i dyrektor!) kompletnie sfiksowali i wykorzystują wszystko co zostało napisane w innej sprawie i w innym polityczno-historycznym kontekście, aby dopieprzyć władzom dziś nam panującym.

Potem ukazały się z „Kramu" kolejne recenzje, lepsze i gorsze. Ale żadne nie były już tak głupie. Może przypadek Piotra Morawskiego jest odosobnionym symptomem chorobowym i wymaga leczenia, co pewnie by się udało, jeśli nie ma objawów epidemii.

Odosobniony przypadek? Nie ma epidemii? Nadmierny optymizm. Może w tym wypadku nie ma. Ale w innych? Polityka, politykowanie, politykierstwo, polityczność, upolitycznienie... A sztuka ledwie zipie! Czy to oznacza, że nie może żywić się polityką? Ależ może, wszak to potężny, twórczy budulec dla artystów. Ale nie wyłącznie i nie monotematycznie. A przede wszystkim nie może dać się uwikłać w politykę. To uwikłanie wynika dzisiaj po części z presji rządzących, a po części dokonuje się na życzenie naszego środowiska, które w wielu wypadkach rozkosznie kąpie się w tym bajorku. Taki orzeźwiający tusz! Zamiast! Niestety, u wielu zamiast talentu. I to właśnie ci często krzyczą najgłośniej, że tak trzeba, bo tu chodzi o wolność i demokrację. Tymczasem przyleciała jaskółka ozdrowienia. Wybrana demokratycznie Rada Artystyczna Starego Teatru (nie byle jacy aktorzy!) postanowiła walczyć. Nie z politykami przeciwko politykom. Ale o to co na scenie. Będzie rozmawiać, apelować, przekonywać. Może znajdzie się ktoś, kto przerwie reżyserski bojkot. Bardzo im tego życzę. Może ich wiara nie zostanie skazana na śmierć. Stąd już tylko krok do spraw boskich.

O. Łukasz Wiśniewski widzi w upolitycznianiu religijnych praktyk śmierć wiary i chrześcijaństwa. Bo wówczas rodzi się wrogość i nienawiść, a te zadają śmiertelne rany polskiemu kościołowi. Już parę lat temu pisał: „Sprzeciwiam się wtapianiu Eucharystii, krzyża, religii w akcje ściśle polityczne." Tymczasem nic się nie zmieniło i nadal trwa „(...) w polskim kościele swoisty >festiwal< pod hasłem >szukaj wroga<." A w ostatnim Tygodniku Powszechnym, w swoim (niestety!) bardzo politycznym artykule, o. Wiśniewski cytuje prof. Normana Daviesa: „Polscy wierni łykają w kościołach truciznę".

Czyli, co? Giniemy? Ginie religijność, na co wskazują zatrważające dane statystyczne. Ginie sztuka. Powoli zza węgła wyłania się gęba politykiera, cwaniaka i populisty. I twarz artysty, który w tym wszystkim zatracił się i zapomniał, że jest przede wszystkim artystą. Niezależnym!

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
20 stycznia 2018

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia