4.06.2018, poniedziałek (... życie bez Pawłowicz ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Teoretycy głoszą, że za sprawą tzw. zwrotu performatywnego, który dokonał się w sztuce i kulturze XX wieku scena polityczna, podobnie jak inne formy zbiorowej aktywności, choćby widowiska sportowe, czy pokazy mody, stała się wielkim widowiskiem performatywnym, a każde transmitowane posiedzenie Sejmu, podobnie jak każde pojawienie się publiczne polityków stanowi swoisty performans, w którym oni, chcąc nie chcąc, są aktorami, wprawdzie rozumianymi inaczej niż kiedyś, nie tyle aktorami realistyczno – psychologicznymi, ale bardziej cielesno – performatywnymi, czyli po prostu performerami.

Można spróbować analizować ich talenty, tak jak robiono to dawniej, według obowiązujących wówczas kryteriów, chociaż lepiej wg zasad nowoczesnych, jeszcze odrobinę rozchwianych i podlegających zmianom, ale adekwatnych dla performatyki. W tym rozumieniu posłanka Krystyna Pawłowicz spełnia podstawową powinność performera, czyli prowokuje i wywołuje skandale, jednak czyni to nie panując nad słowem, językiem i gestem. Daje się też ponieść emocjom. W klasycznym rozumieniu aktorstwa, to podstawowy błąd, dlatego wg mnie Pawłowicz aktorką jest kiepską.

Zaraz, zaraz, a może się mylę? Założyłem, że ona nie udaje kogoś innego, ale taka jest i przypomina „naturszczyka" wpuszczonego na scenę z wszystkimi jego organicznymi wadami. Zapomniałem, że „aktorstwo" performatywne powinno epatować prywatnością. Obojętnie, prawdziwą czy wymyśloną. Jeśli ktoś czyni to dobrze i jest wiarygodny – nie ma to znaczenia. Performer ma BYĆ! Tu i teraz. Ale czy ma udawać, że jest, czy też ma być naprawdę? Tą cienką granicę próbowali w późnych latach 60. ub. wieku przekroczyć tzw. Akcjoniści Wiedeńscy, rozpięci między (jeszcze) happeningiem, a (już) performansem. Z nienajlepszym skutkiem. Czyli jaka jest naprawdę Krystyna Pawłowicz? O czym myśli, gdy mówi do jednej z posłanek (tej co pomagała niepełnosprawnym), że przypomina doktora Mengele, lub gdy oświadcza, że w Sejmie śmierdzi (odkąd pojawili się tam protestujący na wózkach), albo gdy w poselskich ławach zajada sałatkę, a na posiedzeniach komisji daje pokazy arogancji? Czy tak nieobyczajna jest w życiu? To niemożliwe, nie licuje to z wrodzoną subtelnością płci pięknej. Pozostaje jeszcze możliwość, że genialnie realizuję uwagi Wielkiego Reżysera (a politycznie Prezesa), świadomie kreując wymyśloną postać, a z gruntu jest delikatną, wrażliwą, kulturalną kobietą? Jeżeli to prawda – Pawłowicz jest genialna i wszelkie okrzyki, że powinna zniknąć z przestrzeni publicznej są bez sensu. Niech trwa. Przecież to trwanie wszystkim tak naprawdę jest potrzebne: jej partii, wyborcom, dziennikarzom, mediom, sejmowej opozycji. Życie bez Pawłowicz o ile byłoby uboższe!

Andrzej Zybertowicz jest niewątpliwie gorszym performerem niż Krystyna Pawłowicz. Ale jest lepszym aktorem starej daty. Nie potrafi kłamać „na scenie". Sprawny jest tylko wtedy, gdy ma powiedzieć „prawdę", czyli łgarstwo, ale dobrze przyswojone, wyuczone i przekonujące. Jemu chodzi o wiarygodność, o którą aktorka z tego samego politycznego teatru wyraźnie nie musi zabiegać. Zybertowicza gubią improwizacje, w których Pawłowicz czuje się jak ryba w wodzie. Widziałem jak Justyna Pochanke w programie „Fakty po Faktach" (TVN 24) zagnała go w kozi róg. Z przekonaniem powiedział, że Iwonę Hartwich mogła okaleczyć strajkująca koleżanka, a nie straż marszałkowska szamocząca się z nią przy sejmowym oknie (podobno kiedyś insynuował, że Jan Kulczyk upozorował własną śmierć!). Pochanke zacytowała wówczas zdanie, które na temat sytuacji niepełnosprawnych i stosunku do nich rządzących powiedział kiedyś Zybertowicz i które było sprzeczne z jego obecnymi twierdzeniami. Wówczas jej interlokutor zaczął się gubić, coś udawał, nieporadnie gestykulował. Wyraźnie stracił pewność siebie. Zybertowicz nie jest posłem, ale często pokazuje się publicznie, a każde jego wystąpienie ma niewątpliwie charakter performansu. Jest doradcą Prezydenta RP oraz doradcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Złośliwi mogliby powiedzieć, że każdy ma takiego doradcę na jakiego zasługuje. Ja powiem, że dobrze, że mamy demokrację i każdy może dobierać sobie doradców według własnego upodobania i własnych potrzeb.

Dlaczego do krytycznej analizy zdolności aktorskich polityków wybrałem właśnie Krystynę Pawłowicz i Andrzeja Zybertowicza? Bo coś ich łączy. Tym czymś jest kariera naukowa. Oboje są doktorami habilitowanymi, ona nauk prawnych, on nauk humanistycznych. Oboje zatrudnieni są (Pawłowicz chyba była) na stanowiskach uczelnianych profesorów. Oboje mają pewien dorobek dydaktyczny i naukowy. I właśnie to mnie - staremu akademickiemu belfrowi - nie daje spokoju. Jak można pogodzić niezależność naukowca z uzależnieniem polityka od własnej partii, od narzuconych reguł i poglądów (odgórnie i często ad hoc). Aktor musi podporządkować się reżyserowi, podobnie jeśli jest aktorem czy performerem - politykiem, ale jeśli do tego jest jeszcze naukowcem – sam powinien wytyczać ścieżki, być studnią wiedzy, ideowym zapleczem własnej formacji. Zapyta ktoś, czy może zdarzyć się, że poglądy naukowe są zbieżne z poglądami politycznymi i partyjnymi? Może się zdarzyć, ale w generaliach, raczej nie w imponderabiliach. Zmieniać sprawy, ich zakres, temat, wagę jak rękawiczki? I na wszystko mieć odpowiedź, zawsze zgodną z określoną linią i obowiązującą wykładnią? To mi się nie mieści w głowie. Ależ mieści! Pamiętam takie sytuacje z czasów komuny. Wówczas mówiło się, że np. profesor X ma zdecydowanie lewicowe poglądy. Często z szacunkiem (jeśli zasłużył), niezależnie od przekonań opiniodawcy. Ale byli też profesorowie usługowi. Wówczas mówiło się o nich brzydko, albo nie mówiło wcale.

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
4 czerwca 2018

Książka tygodnia

Szekspir bez cenzury. Erotyczny żart na scenie elżbietańskiej
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jerzy Limon

Trailer tygodnia