50 wiosen różnicy

"Wesele" - reż. Jan Klata - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Czwartek

Pomiędzy sceną, kiedy Jasiek ze złotym rogiem przy pasie rusza konno w Polskę budzić rodaków rozleniwionych upadkami i na amen pogodzonych z powtarzającym się jak refren piosenki fiaskiem, pomiędzy "tą sceną a wielkim finałem, gdy wraca, cham nieszczęsny, z samym tylko sznurem w garści i bezsilnym krzykiem w gardle - w wyreżyserowanym przez Jana Klatę na dużej scenie Narodowego Starego Teatru "Weselu" Stanisława Wyspiańskiego mija godzina, może trochę więcej, może mniej. "W"? Rzeczywiście? W tym "Weselu"? W spektaklu? Wewnątrz opowieści? W środku świata na scenie przedstawionego? Nie. To jest źle powiedziane. Pomiędzy wyjazdem a powrotem Jaśka mniej więcej godzina mija - tylko na widowni. Wewnątrz opowieści Klaty - zupełnie nie tak, jak u nas, działa czas.

Sobota

Jasiek, który w Polskę rusza, młody jest. Ile lat może sobie liczyć grający go aktor Krystian Durman? 25? 27? Coś koło tego. Gospodarz (Juliusz Chrząstowski) pożegnał Wernyhorę (Zbigniew Ruciński), teraz wzywa Jaśka, by mu celofanowe zawiniątko wręczyć - u Klaty róg w taki właśnie pakunek się przemienia - i w patriotyczną drogę go wyprawić. Z kulis wyskakuje połowicznie goły Jasiek. Nie dziwota. Gdzieś za stodołą z Zosią (Anna Radwan) lub Haneczką (Ewa Kaim), a może i z obiema naraz figlował, a mógł, bo u Klaty Haneczka i Zosia od dawna nie są dziewczętami, od dawna więc wolno im. Wyskakuje zatem na scenę Jasiek obnażony, obecni na widowni ornitolodzy wzrok wytężają, dumając: sikorka to, sikorka czy lelek kozodój?, a Jasiek celofanowe zawiniątko przejmuje i ku stajni pędzi, portki w biegu podciągając. Po czym kilka scen przemija - u nas mniej więcej godzina - i Jasiek, jak chciał tego Wyspiański, wraca. Jest stary, bardzo stary. Nie ma sił. Ot, pół-trup, co objechał chyba całą kulę ziemską. Niezdolny do krzyku ani do gestów dynamicznych lub choćby tylko radosnych - powłócząc nogami, doczłapuje do zydla, siada przygarbiony, nieruchomieje i w cieniu zamarłych wokół w tańcu weselników z kosami w garściach niespiesznie mruczy sławetne frazy. W istocie jest tak, jakby to nie słowa słychać było, lecz w sennym rytmie kapiącą z dolnej wargi wodę, bardzo starą wodę. Ma-ryś-pa-nie-pa-nie... cóż-to-co-to-czy-za-klę--ci... kaj-sim-za-był-zło-ty-róg... je-zu-je-zu-za-pioł-kur... chyć-cie-bro-ni-chyć-cie-ko-ni... I tak, jakoś tak od początku sceny finalnej - do końca. Aż dziw, że przygarbiony starzec nie usnął, kapiąc tekstem, wykapując z siebie słowa, co je Polak każdy i każda Polka na pamięć zna od kołyski. Ile lat ma ten ostatni Jasiek? Gra go Andrzej Kozak, aktor emerytowany. Ile wiosen starszy jest od Jaśka, który godzinę temu, moją godzinę temu, dosiadł konia? 50 wiosen - różnicy. W opowieści Klaty pół wieku, nie mniej, dzieli chwilę wyjazdu od chwili przyjazdu. Gdzie był Jasiek przez czas ten ogromny? Objeżdżał przeróżne Wesela, starzejąc się po drodze, objeżdżał, by kończyć je tak, jak kończy teraz "Wesele" Klaty? Jeśli tak - a przecież inaczej tej przemiany młodości w starość, tych 50 lat, co w godzinę upłynęły, sensownie wyjaśnić raczej się nie da -jeśli więc tak, to o czym jest w istocie "Wesele" Klaty?

Poniedziałek

Wernyhora w szlafroku przybywa, w dokumentnie schodzonym, frotowym szlafroku. Ciało prawie nagiego Stańczyka (Edward Linde-Lubaszenko) całe przypomina pajęczynę bruzd pachy afrykańskiego słonia. Zosia i Haneczka dawno już opuściły epokę rozchichotanej dzierlatki, są już kobietami niepokojąco dojrzałymi. Z drugiej, tej, powiedzmy sobie, aktualnej, nowoczesnej, dzisiejszej strony - Ksiądz (Bartosz Bielenia) gra na gitarze jakiś współczesny song pielgrzymkowy, Pan Młody (Radosław Krzyżowski) brzdąka na tej samej gitarze kilka taktów rockowego przeboju, zaś rozstawieni na postumentach w czterech rogach sceny muzycy śląskiej, chyba metalowej kapeli Furia często puentują sceny kaskadą rzeczywiście żeliwnych dźwięków. Pomieszane czasy? Nicujące się poetyki? Tak. W gestach, nutach, zwłaszcza w kostiumach i dekoracjach "Wesele" to każe myśleć o jakimś gigantycznym eklektycznym wehikule znaków wyjętych ze wszystkich lat, które od prapremiery "Wesela" minęły. Garnitur obok stuletniej sukni w kwiaty, zardzewiała piła obok skórzanej kurtki harleyowca, zwyczajny sweter dzisiejszy obok koszuli z surowego lnu, ręcznie kleconej przez moją bądź twoją prababkę, i tak dalej, i dalej, wszystkiego wymienić nie sposób. A w sednie tego pchlego targu stu czasów, zgromadzonych na straganie sceny - słowa Wyspiańskiego. Opowieść mówiona znakomicie, dojmująco, świeżo, tak, jakby aktorzy nigdy w życiu jej nie słyszeli, nie czytali, jakby nie wiedzieli o jej istnieniu, jej legendzie, świętości nawet, ani o interpretacyjnych hubach, przez lata narosłych na niej. Mówili tak, że cały ten inscenizacyjny pchli targ czasów, pozostając na swym miejscu, jakby oddalał się, malał, tracił na znaczeniu. Więc? Czyżby o to szło, że każda wielka opowieść potężniejsza jest od wszystkich jej doraźnych, chwilowych wcieleń, które z opowieści odpadają niby muchy, kiedy mija czas wcielenia? A także o to, że czysto podana wielka opowieść zawsze wyczynia z czasem dziwy niebywałe? Czy o tym jest "Wesele" Klaty? Czy takim jest esejem teatralnym?

Środa

Taki oto obrazek utrwaliła legenda. Na progu bronowickiej chaty weselnej staje naraz Wyspiański, ten "mały, rudy, blady", i nic, tylko się gapi, coraz mocniej blednąc. Ponoć słyszy już wtedy intonację swojej sztuki, która stanie się wciąż od nowa, w różnych kostiumach powtarzaną "biblią" polską, sztuki o nieusuwalnej nadwiślańskiej niemocy. Czy jest wykluczone, że słyszy wtedy nie tylko intonację nieusuwalnej niemocy, czyli nie tylko intonację treści, przesłania, pouczenia, ale też nigdy przez siebie niezapisaną intonację wędrówki swojej opowieści przez sceny i czas, nieskończonej wędrówki, która za chwilę, w roku 1901, się zacznie? Czy zaludnione strzępami nie-napisanej wędrówki - Wesele Klaty jest opowieścią po prostu o tym, że tworząca Wesele intonacja nieusuwalnej niemocy naprawdę intensywnie i boleśnie brzmi jedynie wtedy, gdy nie jest uwikłana w żadną konkretną niemoc, w żadną doraźną publicystykę, w żadną chwilę?

Piątek

O to pytam "Wesele" Klaty i ono naraz odsyła mnie do opowieści o wariującym czasie. U Klaty 50 lat mija w godzinę, a w opowiadaniu Marqueza uporczywy deszcz zwalnia zegarki z odwiecznego obowiązku. "Świadomość czasu, i tak zakłócona już od wczoraj, całkowicie się zatarła. Więc nie było czwartku. Było coś dotykalnego, galaretowatego, co można było odsunąć rękami, aby wychylić się na piątek". U Klaty młody człowiek w godzinę zmienia się w starca, a w opowieści Borgesa człowiekowi stojącemu przed egzekucyjnym plutonem nagle darowany jest rok życia. Oto chwila zamiera jak na pstryknięcie. Czas płynie tylko w głowie znieruchomiałego skazańca, nie poza nią. "Wszechświat fizyczny zatrzymał się. Ramię sierżanta uwieczniało gest. Na jedną z płyt podwórza pszczoła rzucała nieruchomy cień. Trwała na policzku skazańca kropla wody. Dym z papierosa, którego wypalił, nie rozwiewał się. Bóg czynił dla niego tajemny cud: zabije go o określonej godzinie niemiecki ołów, ale w jego umyśle między rozkazem a wykonaniem rozkazu upłynie rok". I rok minął. "Kropla wody podjęła swą wędrówkę po jego policzku..."

Niedziela

Jan Klata reżyseruje w jeszcze swoim Starym Teatrze "Wesele" - a dzieło to nie wciska mi na chama twarzy w polską gazetę codzienną ze środy lub piątku, lecz delikatnie odsyła mnie do Monologu Izabeli patrzącej na deszcz w Macondo Marqueza i Tajemnego cudu Borgesa, do opowieści o dziwnościach czasu w każdym czasie. Czy taki Klata nie jest zjawiskiem zdumiewającym, cyrkowym wręcz?

Paweł Głowacki
Miesięcznik Kraków
8 lipca 2017
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia