6.03.2018, wtorek (... bez politycznych uprzedzeń ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Co to jest polityka kulturalna? Ba! Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Z dwóch powodów. Po pierwsze sens tego pojęcia jest dzisiaj przez wielu kwestionowany, ponieważ kojarzy się z kryteriami niedemokratycznymi i koniecznością ich spełnienia, może być zaprzeczeniem twórczej wolności, wreszcie swoistym dealem: ja ci dam forsę, a ty mi swoją sztukę. Dużo w tych obawach racji, które w formacjach liberalno-demokratycznych generują emocje skrajne z postulatem zaprzestania funkcjonowania ministerstwa włącznie! Dla mnie polityka kulturalna kojarzy się przede wszystkim z socrealizmem i późniejszym rozluźnieniem lejców, aż do kompletnego chaosu i przypadkowości lat ostatnich.

W czasopiśmie Polityka z ubiegłego tygodnia (28.02 — 6.03.2018) redaktor Piotr Sarzyński zamieścił wyczerpujący artykuł „W co inwestuje minister kultury?". Przeczytałem z dużym zainteresowaniem, bo to opis dzisiejszej polityki kulturalnej w przysłowiowej pigułce. W przeciwieństwie do tego co działo się w czasie rządów platformerskich polityka ta – pod piórem Sarzyńskiego – jest wyrazista i zrozumiała, co wcale nie znaczy, że akceptowana przez ogół twórców i odbiorców sztuki. Ale czytelna! Sarzyński pisze rzetelnie i uczciwie. Chwała mu za to. Przede wszystkim zwraca uwagę, że w stosunku do innych resortów, gdzie „miotła dobrej zmiany wymiatała równo, dokładnie i do końca, Piotr Gliński zachowuje i tak pewną powściągliwość." Dyrektorskie zmiany (m.in. w Narodowym Instytucie Audiowizualnym, Instytucie Książki, PISF-ie, czy Starym Teatrze) zdecydowanie zaciążyły na wizerunku ministra i wicepremiera w jednej osobie. Gliński woli inaczej rozszerzać pola swoich wpływów, np. przejmując „na garnuszek" resortu różne dawne instytucje kultury lub tworząc odrębne, poprzez scalanie starych. Nie tylko scalanie, również powoływanie całkowicie nowych. Powstają zatem narodowe instytuty, takie jak Dziedzictwa, Polskiego Dziedzictwa Kulturalnego za Granicą, Architektury i Urbanistyki, powstaje Narodowy Fundusz Ochrony Zabytków, czy Polska Opera Królewska. Pan minister dysponuje znacznie większymi środkami niż jego poprzednicy, dlatego jego działania (np. wykupywanie dzieł sztuki czy obiektów zabytkowych) są dużo bardziej spektakularne, a zastrzyki finansowe wynikające ze współprowadzenia instytucji warte zachodu i nie do pogardzenia (choćby Teatr Polski w Warszawie, różne muzea, filharmonie itp.).

Pisze red. Sarzyński: „Ministerialny parowóz ciągnący za sobą kulturę polską gwałtownie zahamował i równie chyżo wrzucił wsteczny bieg, a tabliczkę stacji docelowej szybko wymieniono z <przyszłość> na <tradycja>". Rzeczywiście, najważniejszą cechą polityki kulturalnej obecnych władz resortu jest coraz głębsze zanurzanie się w dziedzictwie. Sztuka współczesna nie interesuje pana ministra wcale, albo w znikomym stopniu, zarówno w proporcji tematycznej, jak i w nakładach finansowych. Dobrze to, czy źle? Nietrudno się domyśleć, że redaktor Sarzyński dostrzega w tym błąd. Dla mnie sprawa nie jest taka prosta. Wspieranie nowoczesnej sztuki jest podwójnie kłopotliwe. Po pierwsze nie ma właściwych i sprawdzalnych kryteriów oceny. Po drugie, ta nowoczesna sztuka jest z natury kosmopolityczna i uniwersalna, świadomie uciekająca od przymiotnika „narodowa". Jeszcze raz nieśmiało wspomnę, że to liberalne hasła gospodarki wolnorynkowej, przeszczepione na obszar sztuki, domagały się likwidacji ministerstwa. Bo niby po co? Nowoczesna twórczość powinna sobie poradzić bez ministerialnej ingerencji. Tymczasem dzisiaj młodzi artyści krzyczą najgłośniej nie tylko o wolność, ale i o pieniądze. Myślę, że niewiele wykrzyczą. Dosyć powszechne staje się w Polsce przekonanie, że państwo powinno przede wszystkim wspierać i pielęgnować swoje uznane dziedzictwo, a to co nowe – jeśli jest wartościowe i ponadczasowo ważne, a nie tylko doraźnie plakatowe – przetrwa i prędzej czy później wpisze się na listę dzieł wartych finansowej ochrony i wsparcia. Trudno odmówić takiemu rozumowaniu logiki, co wcale nie znaczy, że od finansowej pomocy należy oderwać całą współczesną twórczość. Granty ministerialne, lokalne dotacje, sponsoring, rynek marchandów, aukcje i zakupy koneserów powinny wspierać nowoczesną sztukę. Ale czy należy robić to instytucjonalnie, za pieniądze podatnika i opierać podstawowe zręby polityki kulturalnej państwa na tym co wytworzy współczesność?

To niewątpliwie temat do dyskusji. Z nim nieodwołalnie łączy się wybór. Bo tradycja i dziedzictwo to też worki bez dna. Jest w nich dużo bezwartościowych śmieci z napisem: narodowe i patriotyczne. Są też wspaniałe rzeczy, ale z różnych powodów nie nasze. Tak, wszystko polegać powinno na mądrym, przemyślanym wyborze. Bez politycznych uprzedzeń.

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
6 marca 2018

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia