A tam wisi Dżina

"Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" - reż. Piotr Ratajczak - Teatr Współczesny w Szczecinie

W żadnym z dotychczasowych wystawień sztuki Doroty Masłowskiej nie podkreślano tak wyraźnie, jak w inscenizacji szczecińskiej, że osobnik imieniem Parcha jest za "biednego Rumuna mówiącego po polsku" przebrany.

Owszem osobnik ów zawsze nosił dziwne łaszki, ale przy dzisiejszym przemieszaniu strojów odróżnienie biedaka od stylizującego się hipstera niekoniecznie przychodzi łatwo. Owszem, czernił sobie flamastrem zęby żeby wydać się szczerbatym, ale był to raczej wygłup, niż przemyślany zabieg charakteryzatorski. Pierwszy raz - a to już szósta realizacja - Parcha grany przez Konrada Betę ma na łbie paskudną, źle przylegającą do głowy, parchatą właśnie perukę, ewidentny znak teatralnego przebrania za kogoś innego. Ściąga ją w sekwencjach finałowych.

Co to zmienia? Pewnie nic zasadniczego, może jednak jest o czym podumać. Brawura językowa Masłowskiej, jej nieprawdopodobne zestawienia tudzież wykrzywienia słów i fraz mowy polskiej spowodowały, że dotychczasowi inscenizatorzy czytali "Dwoje biednych Rumunów" zawsze jako wielki, zagarniający wszystko kabaret. Który, owszem, ma tam jakąś swoją nitkę fabularną, ale nie ona jest istotna, liczy się błyskotliwość poszczególnych scenek, słowne gagi, hiperbole. One budują widowisko, nie losy postaci. Przypomnijmy, jeśli kto nie pamięta: para ekscentrycznych młodych ludzi, przedstawiająca się jako dwoje Rumunów i ponoć spiesząca na rejs do ojczyzny rudowęglowcem Ibuprom, ładuje się nieznajomemu facetowi do auta. Facet, mało lotny poczciwina, składa potem na nich skargę na policji. I sam kontrast między jego pokraczną, koślawą, bełkotaną pseudourzędowym slangiem, bezradną relacją, a ich wygadaniem, fantazją, wigorem, wariackim poczuciem humoru ustawia cały wieczór. Jest jak komediowa bomba; po takim starcie wystarczy stawiać bohaterom na drodze kolejnych reprezentantów rodzimej przaśności, żeby karuzela śmiechu kręciła się sama. A oboje tytułowi są tu parą wodzirejów, któż by ich losy serio brał!

Tymczasem fabularne tarapaty, w jakie Masłowska ładuje Parchę i - zwłaszcza - Dżinę, wcale nie są błahe. Można je oczywiście zlekceważyć, tak było w prapremierowej inscenizacji Przemysława Wojcieszka w TR Warszawa (2006). Można je obejść: Anna McCracken w ciekawej inscenizacji w Koszalinie (2010) w gruncie rzeczy unieważniła fabułę, czyniąc ze wszystkich postaci sztuki (a i z widzów też) jeden żałosny chór zrównanych z sobą "biednych Rumunów". Agnieszka Glińska w Studio (2013) poszła w drugą stronę: rozkręciła groteskę przebierankami. Dorota Landowska zagrała policjanta z wąsem, Modest Ruciński policjantkę ze smukłymi nogami, Monika Krzywkowska była i kierowcą płci męskiej, i zdradzaną żoną, cały świat spektaklu kołysał się na haju, jakby nie imało się go żadne życiowe prawdopodobieństwo. Ale wszystko było właśnie po to, żeby tym mocniej wyszedł na wierzch dramat finału, gdy kabaret się kończy i trzeba budzić się w realu. Zabieg nie był do końca skuteczny. Widziałem przedstawienie kilka razy: były przebiegi, w których to nagłe spoważnienie chwytało za twarz, a kiedy indziej nastrój wesołego absurdu skutecznie przykrywał i unicestwiał wszelkie serio.

Piotr Ratajczak w szczecińskim Współczesnym jako pierwszy postanowił przeczytać "Biednych Rumunów" nie jak swobodną groteskę, nie jak składankę skeczów, tylko jak satyryczno obyczajową komedię, w której obowiązuje logika. Starannie opowiedział fabułę sztuki, którą w innych inscenizacjach puszczano mimochodem. Oto urządzono w Warszawie imprezę, na której gałganiarskie stroje były mile widziane. "Lepsze towarzystwo - powiada Przemysław Czapliński - poprzebierało się za biedaków i zgarnęło tanie laski z ulicy, aby zabawić się w nędzę". Narkotykowe oszołomienie czyniło w ten sposób przypadkową parę z dwojga zabawowiczów, których intymnie nie łączyło nic, a społecznie dzieliło wszystko. Na haju dorwali nieszczęsnego kierowcę, dali się wywieźć do Ostródy, na odchodnym on rzucił mu całą kasę, ona swoją przepuściła wcześniej. Trzeźwieli w barze na zadupiu, bez grosza, nie mogąc nigdzie zadzwonić, nadziewając się na wrogość miejscowych. Wracali stopem, ale pijana damulka rozbiła vectrę o stado dzików (skrupulatny reżyser kazał cisnąć wypchanym dzikiem o podest). Rosła ich bezradność i zdenerwowanie. On się okazał serialowym aktorem. Ona bezrobotną matką. On się martwił, że go wywalą z obsady, gdy się spóźni. Ona się zorientowała, że przepuściła całe alimenty. Że nie pamięta, czy odebrała z przedszkola synka, którego zostawiła tam przedwczoraj. I poszła się powiesić.

Przedstawienie szczecińskie jest grane w abstrakcyjnych, skrótowych dekoracjach, ale pod względem aktorskim hołduje tradycyjnemu komediowemu realizmowi. Arkadiusz Buszko z dolepioną pożyczką na łysej pale celnie i zabawnie szkicuje płaczliwego tumana zza kierownicy, Joanna Matuszak wygrywa wszystkie nutki językowego arcydzieła Masłowskiej, jakim jest monolog zdradzonej, pijanej, wściekłej i autoironicznej kobiety rozbijającej ukochane auto męża. Dołącza do nich Maria Dąbrowska w niedocenianej etiudzie barmanki spod Ostródy, kwintesencji skumulowanej, kompleksiarskiej, śmiesznej/nieśmiesznej nienawiści do miastowych. Konrad Beta najzupełniej prawidłowo przeprowadza swego Parchę od owej paskudnej peruczki do grzecznych fryzurek telewizyjnego amanta; Adrianna Janowska-Moniuszko ma przejmujące momenty, gdy do jej bohaterki zaczyna docierać groza sytuacji. Spektakl jest sprawny, szybki, konsekwentny, dynamiczny, dziarsko zmierza ku zakończeniu po niespełna półtorej godzinie.

Tylko czym się właściwie kończy?

No jak to czym? Dżina się wiesza.

Ale dlaczego wiesza się tak na niby? Tak teatralnie? Dynda na widocznych szelkach, partnerzy wokół tańczą, rytmiczna muzyka przygotowuje widzów do finałowych oklasków?

U Masłowskiej Parcha odkrywa Dżinę na stryczku i wrzeszczy "co ty zrobiłaś". "No powiesiłam się tak" - mówi dziewczyna. "No to sobie tu wiś, bo ja stąd spadam." Parcha wychodzi, Dżina odcina się scyzorykiem i biegnie za nim. Jesteśmy wciąż w środku groteski z niepoważnymi wygłupami. Autorka szkicuje teraz ckliwy obrazek - nikt nigdy go na scenie nie pokazał - gdzie sunie po śniegu rudowęglowiec Ibuprom, na pokładzie trwa bal na cześć przybyłych, rozbrzmiewają "przenikliwe rumuńskie pieśni". A potem Parcha musi umyć ręce. Dwa ostatnie zdania didaskaliów: "Wchodzi do łazienki. A tam wisi Dżina".

To jest przecież smagnięcie w pysk rozbawionego widza! Wepchnięcie mu śmiechu do gardła. I można było, dalibóg, liczyć, że teatr, skoro już zabrał się za opowiadanie o "biednych Rumunach" jak o ludziach, nie kabaretowych klaunach, uczyni ten niezwykły zwrot kulminacyjnym akcentem przedstawienia. A on przemyka bokiem. Maźnięty byle jak. Więc po jakiego diabła było tak skrupulatnie relacjonować eskapadę dwojga błaznów pod Ostródę? Żeby pobawić się dziwaczną historyjką? Odegrać śmiesznych ludzi?

Pisałem wielokrotnie, także w tym miejscu, że cenię i lubię teatr Piotra Ratajczaka. Nie tylko za profesjonalną sprawność. Także za brak nabzdyczenia, lekkość i pogodę, z którą inscenizator dotykał nie raz i nie dwa istotnych tematów, nie jątrząc, nie pouczając, a zostawiając sporo do myślenia. Otóż ostatnimi czasy zdarza mi się coraz częściej po wyjściu z Ratajczakowych przedstawień konstatować, że właściwie nie wiem, co w podjętym temacie go dotknęło, poruszyło, zastanowiło. Co chciał mi, widzowi, powiedzieć. Na co zwrócić uwagę. Warsztatu z pewnością może mu zazdrościć wielu konkurentów w zawodzie. Ale jest rzeczą majstra umieć dostrzec, kiedy taśma produkcyjna zaczyna mu się kręcić za łatwo, obojętnie i bezdusznie.

Jacek Sieradzki
e-teatr.pl
12 marca 2016

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...