Adaptacyjny paradoks

"Lalka. Najlepsze przed nami" - reż. Wojciech Faruga - Teatr Powszechny w Warszawie

Bałem się jednego - że "Lalka. Najlepsze przed nami" w reżyserii Wojciecha Farugi będzie obrażać inteligencję widza tak, jak niedawno w tym samym teatrze robiła to adaptacja "Wojny i pokoju" Marcina Libera. Tak się jednak szczęśliwie nie dzieje, co nie znaczy, że spektakl według powieści Prusa jest bardzo dobry. Bo nie jest.

Zaryzykuję taką tezę: kto lubi literaturę, ten lubi "Lalkę" (chyba że jest się Janem Polkowskim, ale Jan Polkowski, zdaje się, literatury już nie lubi, on lubi tylko Polskę). To jedna z tych książek, w których można znaleźć wszystko - to oczywiste i nie będę się dalej ośmieszał takimi banalnymi stwierdzeniami. Skoro można w niej znaleźć wszystko, to można też z niej powyciągać to i tamto. Można przykładać powieść Prusa do współczesności, można mierzyć temperaturę naszej epoki za jej pomocą. Wojciech Faruga i współodpowiedzialny za adaptację Paweł Sztarbowski wiedzą to i różne elementy z "Lalki" wyciągają. I dobrze by było, gdyby na tym poprzestali - na interpretacji, na spojrzeniu na współczesność przez pryzmat tej powieści. Idą jednak dalej, dodają dużo od siebie, przez co Prus się rozmywa. Wiemy wciąż, rzecz jasna, że to opowieść o Stanisławie Wokulskim, widzimy Łęcką, Rzeckiego, Szumana - ale dostrzegamy też, że momentami te postaci mogłyby zostać zastąpione przez inne, niepochodzące z książki. Bohaterowie powieści Prusa to w spektaklu Farugi trochę kukły czy manekiny - dają swoje twarze i nazwiska, ale niewiele tak naprawdę znaczą.

Tak więc mało w gruncie rzeczy cukru w cukrze, mało "Lalki" w "Lalce" (chociaż zupełnie nie to samo "mało", co w przypadku "Wojny i pokoju", trzeba to jeszcze raz mocno podkreślić; to inna liga). Siła spektaklu zależy zatem od siły tych oryginalnych pomysłów Farugi i Sztarbowskiego. I tu jest problem. Bo te pomysły są naprawdę interesujące, ale żaden z nich nie jest doprowadzony do końca. Zaraz pojawia się następny i następny - unieważniają się nawzajem, nie wybrzmiewają. Jest na przykład znakomite (bardzo zabawne, ostre) obśmianie ślepej wiary Polaków w przedsiębiorczość, w oszałamiający sukces - Starski w czasie "charytatywnej" kolacji wprost cytuje Mateusza Grzesiaka ("coacha i trenera", jak ten sam siebie redundantnie określa), jednego z najgłośniejszych ostatnio guru rozwoju osobistego, biznesowego, emocjonalnego i jakiego tam jeszcze. Dziękuję za ten fragment twórcom spektaklu. Szyderstwa ze szkodliwych baranów nigdy dość. Inny taki ciekawy fragment to na przykład wspólny występ Wokulskiego i Łęckiej na karaoke w Zasławku - śpiewają "Heroes" Davida Bowie'ego i "Like a Virgin" Madonny. Jeszcze inny koncept - Wokulski jako zarażony agresją, wypełniony po brzegi traumą weteran którejś z naszych wojen, zapewne w Iraku; odwołania do tortur preferowanych przez Amerykanów i ich partnerów są bardzo czytelne.

Tylko że to wymieszane wszystko razem gdzieś ginie. Coś tu mocno nie zagrało, bo z jednej strony mam wrażenie, że tych dobrych pomysłów jest sporo, że przygniatają się nawzajem, ale z drugiej - ten spektakl się po prostu ciągnie, im bliżej końca, tym coraz bardziej robi się wybitnie wręcz nudny. Może wynika to z braku wyraźnej linii, wzdłuż której kolejne wizje twórców byłyby realizowane? Może zbytnia szczątkowość tego, co zostało z powieściowej fabuły, sprawia, że "Lalka" Farugi staje się workiem pełnym atrakcji, ale jako całość nie działa, jak należy? Tak właśnie podejrzewam. Tych dziur świadomy jest też chyba sam reżyser, bo decyduje się na ich zapełnienie (świetną, swoją drogą) muzyką graną i śpiewaną przez Joannę Halszkę-Sokołowską.

Szkoda też, że aktorsko przedstawienie udało się tak sobie. Aktorzy grają jakby bez przekonania, czasem tu i ówdzie rzuca się w oczy drętwota niektórych ról. Najlepiej poradzili sobie na pewno Marcin Czarnik jako Wokulski, Piotr Ligienza jako Starski i Jacek Beler jako Szuman. Ale i oni, zwłaszcza ten pierwszy, uciekają zbyt często w niepotrzebne krzyki i przesadną ekspresję. Chyba jednak ciężko ich samych za to winić - histeria w grze to, jak myślę, następny po muzyce sposób zamaskowania scenariuszowych dziur.

Próba uwspółcześnienia "Lalki" wyszła więc średnio. Bystre momenty tracą moc za sprawą braku planu "całościowego", który spiąłby wszystko w przekonującą interpretację. Tylko czemu w takim razie twórcy trochę bardziej nie zaufali Prusowi? Czemu nieco śmielej nie użyli jego opowieści? Czemu ograniczyli się jedynie do wzięcia z wielkiej powieści zaledwie kilku motywów, problemów? Przez to wyszła rzecz paradoksalna - napakowane błyskotliwymi chwytami przedstawienie, które się jednocześnie niemiłosiernie dłuży.

Karol Płatek
Teatr dla Was
30 maja 2015

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia