Aktorów portret obrotowy

"Aktorzy prownicjonalni" Teatr im. Kochanowskiego w Opolu

Równo trzydzieści lat od teatralnego debiutu na deski sceniczne w roli reżysera powróciła Agnieszka Holland. Jest to powrót dość symboliczny i stanowi pewną klamrę w twórczości reżyserki, Holland bowiem zrealizowała w opolskim Teatrze im. Kochanowskiego spektakl "Aktorzy prowincjonalni". Trzydzieści lat temu film pod tym samym tytułem (według scenariusza Holland i Witolda Zatorskiego) przyniósł jej międzynarodowe uznanie i Nagrodę FIPRESCI dla filmu pozakonkursowego w Cannes.

„Aktorzy prowincjonalni” to z jednej strony panorama środowiska teatralnego, odkrywająca mechanizmy pracy w teatrze, funkcjonowania krytyki, z drugiej – pochwała nonkonformizmu, rzetelności i uczciwości niezbędnych w pracy aktora. Główny bohater Krzysztof (w tej roli Maciej Namysło) jest aktorem w bliżej nieokreślonym prowincjonalnym teatrze, jego żona Anka (Aleksandra Cwen) także jest aktorką, tyle tylko, że w teatrze lalkowym. Oś fabularna przedstawienia krąży wokół przygotowywanej w teatrze Krzysztofa realizacji „Wyzwolenia” Wyspiańskiego, w którym Krzysztof ma zagrać rolę Konrada. Pośrednio to przedstawienie przyczyni się do rozpadu małżeństwa Anki i Krzysztofa oraz teatralnej banicji tego ostatniego.

Cały problem w tym, że reżyser przedstawienia, jednocześnie dyrektor teatru (Norbert Kaczorowski) z nieodłącznym atrybutem w postaci ciągle dzwoniącego telefonu komórkowego, zajęty jest wszystkim innym, tylko nie reżyserowaniem. Brak czasu i zaangażowania, lekceważące podejście do aktorów i wykonywanej pracy, owocują kolejnymi, coraz obszerniejszymi skreśleniami w tekście oraz coraz bardziej absurdalnymi rozwiązaniami scenicznymi. Kulminacja posunięć reżyserskich następuje w scenie przymiarki kostiumów i próby generalnej. Przebranie Konrada w strój jakiegoś komiksowego superbohatera, a Hanki/Muzy (Judyta Paradzińska) w dziwaczną wersję cheerleaderki wywołuje na widowni salwy śmiechu. Niestety, dla bardziej zaznajomionych z tendencjami panującymi we współczesnym teatrze, jest to gorzki śmiech przez łzy. Krzysztof jako jedyny ma odwagę sprzeciwić się głupim pomysłom reżysera, jako jedyny będzie walczył o swoją postać i swoje racje. Konflikt w pracy przeniesie się na jego życie rodzinne, nieustanne dyskredytowanie żony jako aktorki, wyładowywanie na niej własnych frustracji, doprowadzi do nieuchronnego końca ich małżeństwa, a Krzysztofa do utraty pracy. 

Największą siłą „Aktorów prowincjonalnych”, nie tyle z artystycznego, co bardziej z socjologicznego punktu widzenia, jest demaskowanie prawdziwego oblicza aktorów, nie tylko tych prowincjonalnych. Agnieszka Holland i Anna Smolar wyreżyserowały spektakl, który zdziera maskę świętości pracy w teatrze, każe nam zapomnieć o postrzeganiu zawodu aktora jako misji, a teatru jako świątyni. Spektakl pokazuje, że aktor to oczywiście artysta, ale przede wszystkim człowiek i jako taki, daleki jest od doskonałości. Spektakl świetnie prezentuje życie teatru od wewnątrz: wieczny brak pieniędzy na przedstawienia i podwyżki dla aktorów, reżyserów idących po najmniejszej linii oporu, wymądrzające się inspicjentki, ale najbardziej szczegółowej analizie poddani zostają aktorzy. To zespół indywidualności, które razem tworzą dzieło sztuki (przynajmniej teoretycznie), są wśród nich lepsi i gorsi, ocierający się o geniusz i kompletne beztalencia, oddani sztuce albo związkom zawodowym. Jak w każdym zespole, zachodzą pomiędzy nimi rozmaite relacje i napięcia, od obojętności przez sympatię, przyjaźń do zawiści i nienawiści. Posiadają różne przywary, bywają hipokrytami, zazdrośnikami, niewiernymi partnerami, alkoholikami, ludźmi wyładowującymi swoje frustracje na bliskich. Ale to wszystko czyni ich bardziej ludzkimi, czyni ich istotami z krwi i kości, a nie tylko Artystami. Przekonujemy się naocznie, że sztuka prawie zawsze rodzi się wśród ludzkich słabości. I choć każdy aktor (ten ze scenariusza Holland, czy ten prawdziwy) zapytany o pracę w teatrze, opowie nam o tym, jak świetnie pracuje się w jego teatrze, jak zgrany zespół tworzą ludzie, z którymi pracuje, jak bardzo wszyscy się lubią i jak bardzo równe szanse wszyscy mają w jego zespole – to dzięki spektaklowi Holland i Smolar przez kilka sekund zastanowimy się, czy ta pani/ten pan, aby na pewno mówią prawdę.

Warto także pochylić się nad kwestią prowincji i prowincjonalności w opolskim przedstawieniu. Odpowiedzialne za dramaturgię i adaptację Iga Gańczarczyk i Magdalena Stojowska nie najlepiej wywiązały się ze swoich zadań. W spektaklu bowiem teatralna prowincja jest przeciwstawiona bogatej i prestiżowej stolicy, o której marzy każdy aktor (prowincjonalny oczywiście). Takie przedstawienie problemu słabo przystaje do rzeczywistości teatralnej AD 2009, w której najciekawszy teatr robi się właśnie na prowincji. Do rzeczywistości, w której najbardziej oczekiwanymi wydarzeniami są premiery w Bydgoszczy, Legnicy, Supraślu, Wrocławiu czy Opolu właśnie, zaś Warszawa postrzegana jest jako teatralna, bardzo mieszczańska konserwa. Czy naprawdę „prowincjonalni” aktorzy chcą emigrować do Warszawy i zatrzymywać się w rozwoju artystycznym? Wydaje się, że jeśli marzą o stolicy, to tylko i wyłącznie ze względu na wyższe wynagrodzenie, możliwość chałturzenia, role w serialach i castingi. Pominięcie tej tematyki sprawia, że trudno traktować „Aktorów prowincjonalnych” jako lustro współczesności. Jednak głównym grzechem warstwy fabularnej przedstawienia pozostaje nadmiar epizodów wplecionych w akcję. Historie bardzo luźno związane z akcją spowalniają tempo jej rozwoju, spychają na dalszy plan problemy Anki i Krzysztofa, a także negatywnie wpływają na przejrzystość struktury przedstawienia. Epizody z Burskim (Zdzisław Łęcki), który popełnia samobójstwo przytłoczony samotnością, z Dorotką (Grażyna Kopeć), wielbicielką teatru, czy z ojcem Krzysztofa (Michał Świtała) mogły śmiało zostać usunięte z korzyścią dla widzów i przedstawienia.

Wydaje się, że nikt z twórców nie mógł zdecydować się, w jakim czasie rozgrywa się akcja. Z jednej strony Krzysztof pyta o nasze miejsce w Unii Europejskiej, z drugiej – Ance najbardziej imponuje koleżanka stewardessa (ten zawód mógł imponować 20 lat temu, ale dzisiaj?). Dysonans czasowy podkreślają także kostiumy Katarzyny Lewińskiej, która poprzebierała aktorów w rozciągnięte bluzki i wzorzyste swetry, kojarzące się z czasem przełomu, najdalej z kiczowatym początkiem lat 90. XX wieku. Możliwe, że twórcom przyświecała idea osadzenia spektaklu w czasie uniwersalnym, „zawsze, czyli nigdy”, ale wówczas zbędne wydają się nawiązania do trzech różnych dekad. 

W warstwie środków scenicznych „Aktorzy prowincjonalni” opierają się na jednym pomyśle – pokazaniu widzom teatru od środka, ze szczególnym uwzględnieniem maszynerii. Najpierw wprowadza się widzów na scenę licznymi korytarzami, pozwalając im przyjrzeć się garderobom, charakteryzatorniom, magazynom. Od czasu do czasu przemknie gdzieś aktor z ostatnim przedspektaklowym papierosem w ustach. Największa atrakcja czeka na samej scenie, na której rozsadzeni zostają widzowie. Oto po kilku minutach spektaklu publiczność odkrywa, że siedzi na obrotówce, dzięki której w cenie biletu do teatru dostajemy także przejażdżkę ogromną karuzelą. A mówiąc poważniej – użycie obrotówki pozwoliło Holland na pełne wykorzystanie możliwości sceny w Opolu, na stworzenie wielu miejsc akcji i sprawne przemieszczanie się widzów pomiędzy nimi. Pozwoliło także na charakterystyczny dla tego przedstawienia filmowy montaż scen – cały spektakl składa się z krótkich sekwencji przerywanych właśnie pracą obrotówki. Jednak po godzinie zaczyna dręczyć pytanie, czy czasem nie stało się tak, że środek niepostrzeżenie stał się celem samym w sobie? Czy zabawa ze sceną obrotową nie przyćmiła całej reszty? Czy nie przyćmiła świetnej sceny teatru lalek w wykonaniu Aleksandry Cwen i reżyserii Marioli Ordak-Świątkiewicz? Czy nie przysłoniła świetnych aktorsko historii: suflerki Maliny (Ewa Wyszomirska), maszynisty Adasia (Przemysław Czernik), aktora Andrzeja (Andrzej Jakubczyk) i wielu innych? Obawiam się, że za rok, dwa wiele osób z tego przedstawienia zapamięta właśnie obrotówkę. A to ogromna szkoda dla kilku kreacji aktorskich (oprócz wspomnianych na uwagę zasługują także Judyta Paradzińska, Maciej Namysło i Norbert Kaczorowski), intrygujących choćby ze względu na niezwykle cienką linię, jaka w tym przedstawieniu oddziela pracę od prywatności.

Anna Wróblowska
ArtPapier
6 lutego 2009
Prasa
artPAPIER

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia