Albo tekst, albo granie!

rozmowa z Mirosławem Neinertem

- Teatr jest dla mnie pojęciem towarzyskim. Lubię pracować z ludźmi, których lubię. Może to niewłaściwe, może należałoby pracować z wymagającymi, niesympatycznymi gburami, ale po co, skoro wokół mam zdolnych przyjaciół - mówi Mirosław Neinert, od 20 lat dyrektor Teatru Korez w Katowicach

Sztajgerowy Cajtung: Korez ma dwadzieścia lat - czy to już czas na podsumowania, zamknięcie pewnego etapu?

Mirosław Neinert: Etapy w życiu teatru następują niezależnie od nas. Nie są wyznaczane datami, a współpracą z innymi, czy to aktorami, czy reżyserami; bądź tym, że któryś spektakl osiągnie spektakularny sukces i jeszcze długo ciągnie teatr do przodu. Natomiast sama data jest przyjemna, bo nigdy nie spodziewałem się, że ten teatr będzie tak długo funkcjonował

Sz. C.: Wyobrażał Pan sobie te dwadzieścia lat temu, że przyszłość będzie tak wyglądać?


M. N.: Nie. Wtedy nie mieliśmy nawet własnej siedziby. Graliśmy trochę dla pieniędzy, trochę dla zabawy, a trochę po to, by pokazać dzieciom, że teatr może być fascynujący, że można zrobić spektakl, który nie będzie chałturą, czy nudną adaptacją nudnej lektury szkolnej. Tak się złożyło, że trafiliśmy na odpowiedni czas i nasze działania spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem. Potem już poszło samo.

Sz. C.: Jak to się w ogóle stało, że trafił Pan na "starych" Korezowców?

M. N.: Chyba jak oni trafili na mnie! (śmiech). W chorzowskim Młodzieżowym Domu Kultury działał Teatr Faktorium. Udzielałem się w nim jeszcze w latach 70-tych, jako młody człowiek, wspólnie z instruktorem Leonardem Dreszerem, który dzisiaj jest dyrektorem teatru w Berlinie. Gdy większość składu porozjeżdżała się po świecie, jeden z jego członków, Tadeusz Ogrodowczyk, założył Teatr Korez. Gdy i on wyjechał, po Korezie została nazwa, jeden członek, no i ja. Właściwie mogliśmy nazwać się inaczej, ale zostaliśmy przy Korezie.

Sz. C.: "2" to kolejny spektakl w reżyserii Roberta Talarczyka. Aż tak lubicie razem pracować, czy może po prostu nie chce Pan pracować z nowymi ludźmi?

M. N.: Teatr jest dla mnie pojęciem towarzyskim. Lubię pracować z ludźmi, których lubię. Może to niewłaściwe, może należałoby pracować z wymagającymi, niesympatycznymi gburami, ale po co, skoro wokół mam zdolnych przyjaciół. A Robert ma w sobie pewien rodzaj uczciwości, ludzkiej i tej artystycznej. I dlatego zawsze chętnie z nim pracuję, czy to przy wspólnej reżyserii, czy w relacji aktor-reżyser. On zresztą uczciwie przyznaje, że "2" reżyserował tylko w części, gdyż z powodu długiej choroby był nieobecny na wielu próbach, więc razem z Grażyną Bułką wprowadziliśmy do spektaklu kilka własnych pomysłów. Jego wkład jest jednak nie do przecenienia, bo ktoś przecież musiał to wszystko wymyślić i połączyć w sensowną całość.

Sz. C.: Zaczęliście od znalezienia tekstu i późniejszego dobierania obsady, czy może na odwrót - chciał Pan zagrać z Grażyną Bułką i szukaliście odpowiedniego materiału?


M. N.: To Robert pokazał nam tekst "2". Był już wystawiany w Polsce, gdzieś na Wybrzeżu, ale nie odniósł większego sukcesu. Spodobało nam się to, że nie potrzeba tam właściwie żadnych rekwizytów, co również, jak na nasze warunki, jest ważne. Wybór Grażyny był naturalny i dość oczywisty. Planów co do kolejnych premier nigdy nie ma, ponieważ nie chcę, by ciążyła nad nami jakakolwiek presja, że musimy zrobić coś nowego, bo ludzie czekają. Nie musimy, więc się nie spieszymy, czekając na odpowiedni tekst.

Sz. C.: Aktor Niebudek wygadał się, że dyrektor Neinert nie lubi prób - prawda to? Skąd ta niechęć?

M. N.: Prawda. Ja zwyczajnie lubię grać. Nie lubię aktorów, którzy wieczne próbują, a później na granie nie starcza im już siły i chęci. Uważam, że to w kontakcie aktora z publicznością powstaje coś wyjątkowego, czego na próbach mi brakuje. Pamiętam jedną próbę do "2" zaimprowizowałem wtedy jakąś scenę, a Robert zawołał "no właśnie tak to masz grać! Tylko tekstu się naucz!". Odpowiedziałem mu, żeby się zastanowił, bo albo tekst, albo granie (śmiech). Pozwoliliśmy sobie na drobne zmiany w tekście, tak, by idealnie nam pasował i by łatwiej było go nam przyswoić. I choć za próbami nie przepadam, w przypadku "2" pracowałem chętnie, głównie dzięki Grażynie. Napędzała mnie do działania. Zachęty potrzebowałem wtedy szczególnie, bo jako świeżo upieczony tata bliźniaczek nie spałem po nocach i do teatru przychodziłem wyczerpany. Wiedzieliśmy jednak, że nie możemy odpuścić, przełożyć tego na później, bo wtedy w ogóle moglibyśmy tego nie skończyć. Nie poddaliśmy się i widzę, że było warto.

Sz. C.: A które z tych wcieleń jest Panu najbliższe? Którą postać się najprzyjemniej gra?

M. N.: Trudno powiedzieć, bo każda z nich jest inna. Lubię Grubasy, ale bardziej chyba lubię scenę, w której grając chama uderzam Grażynę w twarz. Ta scena jest wyjątkowa, gdyż publiczność jest tu wpuszczana w pułapkę - najpierw jest zabawnie, a chwilę później wszyscy milkną, zastanawiając się, jak w ogóle mogło ich to bawić. Z kolei publiczność przepada za Ćmą - małym podrywaczem i oszustem, z nieziemską peruką. Wyszedł nam spektakl słodko-gorzki, z gatunku moich ulubionych.

Magda Widuch
Gazetka Festiwalowa Sztajgerowy Cajtung
2 sierpnia 2010

Książka tygodnia

Życie niedokończone
Wydawnictwo Żywosłowie
Lech Raczak, Jacek Głomb

Trailer tygodnia