Albo wilk ciebie zeżre, albo ty zeżresz wilka

Rozmowa z Adolfem Weltschkiem

My jesteśmy teraz w momencie kompletnego rozwalenia wszystkiego, a tak się nie da przecież funkcjonować. Społeczeństwo musi działać według określonych norm i zasad. Potrzeba jakiegoś porządku, i nie chodzi o to by stać się Rydzykiem lub anty-Rydzykiem tylko o sformułowanie sobie elementarnych wartości, który ten porządek buduje. Jest cały zestaw ogólnie rzecz biorąc śródziemnomorskich wartości i katolickich, i protestanckich, które konstytuują uczciwe społeczeństwo oraz uczciwych, porządnych ludzi. Tego nam brakuje. Dziś bycie awangardowym to bycie neoklasycznym czyli przypominanie o tym, że są jakieś normy, jest porządek estetyczny i moralny.

Z dyrektorem Teatru Groteska w Krakowie - Adolfem Weltschkiem - rozmawia Ryszard Klimczak.

Ryszard Klimczak: Jesteśmy po premierze „Ani z Zielonego Wzgórza" w pańskiej reżyserii. To ogromnie interesująca adaptacja i w dodatku próba pokazania młodym widzom nieco pokrytej patyną formy teatralnej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Bardzo mi się podobało, było to urokliwe ponieważ przypomniało mi czasy dzieciństwa i młodości kiedy chodziło się właśnie do takiego teatru, na takie spektakle. Co stało u podstaw pańskiej decyzji aby rozpocząć sezon „Anią z Zielonego Wzgórza"?

Adolf Weltschek: Na początku odniosę się w paru słowach do tej patyny. To jest tak, że teatr na pierwszy rzut oka wygląda nam, czyli współczesnym widzom na patynę. A to troszkę mylące.

Mówię to w dobrym słowa znaczeniu.

Tak wiem, oczywiście, ale to troszkę myląca perspektywa. Trzeba sobie powiedzieć, że teatr taki jak ten, w tej konwencji, o której mówimy, w normalnym, globalnym świecie teatralnym funkcjonuje sobie obok nowomodnych dziwactw na równych prawach.

Na przykład w jakich teatrach? W jakich krajach?

W całej Europie, a nawet powiedziałbym, że na całym świecie.

A w Polsce gdzie?

W Polsce szczerze powiedziawszy nie wiem dokładnie gdzie, ale znając realizacje, inscenizacje kolegów z mojego rocznika, sądzę, że podejście do tej materii teatru nie odbiega za bardzo od tego, co zdecydowałem się dziś zastosować.

Czy to, o czym pan mówi dotyczy wyłącznie teatru dla dzieci i młodzieży czy teatru w ogóle?

W ogóle całego teatru. Staram się nie rozróżniać, nie wprowadzać pojęcia teatru dla dzieci i młodzieży, czy dla dorosłych. Bardziej to zależy od tematyki i formy.

A jeśli już rozróżniamy, to starajmy się właśnie lepiej robić ten teatr dla dzieci, z większą dbałością.

To prawda. Można powiedzieć tylko, że jest teatr albo dobry albo zły. Więc to nie jest tak, że ta patyna jest to rodzaj czegoś, co już nie funkcjonuje, jest nieobecne. Oczywiście, coraz rzadziej można spotkać, zwłaszcza w polskim teatrze, kostium z epoki, w której powstawał tekst czyli świat, z którego ten tekst wyrasta. I to może budzić jakiś rodzaj zaskoczenia, zdziwienia. Ponieważ jak tu „Anię z Zielonego Wzgórza" można wystawiać bez sukni z bufkami? To jest w ogóle niemożliwe.

Wiemy, że najwyraźniej jest to możliwe, ponieważ były już realizowane takie spektakle.

To nie jest możliwe dla ludzi rozsądnych. Dla nierozsądnych wszystko jest możliwe. Więc ja mówię o jakimś elementarnym poczuciu rozsądku i uczciwości wobec autora, ale także widzów. Okazuje się po tej premierze, że część dzieci ze zdziwieniem stwierdziło, że są jakieś bufki, a one nic o tym nie wiedzą. I muszą się przecież dokładnie dowiedzieć co to jest, dlaczego i tak dalej. Taki jest więc aspekt uprawiania tego rodzaju teatru, on mówi trochę szerzej o świecie, czasie, historii. Rezygnowanie przez teatr z takiego aspektu przedstawienia wydaje mi się często rzeczą mocno wątpliwą, czy też właśnie nierozsądną.

Dlaczego „Ania ..."?

To jest przecież historia Kopciuszka w jakimś sensie, pewnego archetypu. To jest podobnie jak w Kopciuszku opowieść o potrzebie akceptacji, poczuciu bezpieczeństwa ponieważ bez tego przecież trudno nam funkcjonować jako ludziom w zbiorowości. Bezpieczeństwo, to elementarna wartość, a z niej rodzi się akceptacja. I „Ania..." o tym opowiada - co sprawia, że człowiek jest akceptowany i jak poprzez tą akceptację uzyskuje poczucie bezpieczeństwa. To są wartości niezbędne do zdrowia psychicznego i normalnego funkcjonowania. „Ania z Zielonego Wzgórza" jest moim zdaniem, jak na dzisiejsze czasy, niezwykle ważnym tekstem, zwłaszcza wśród dzieciaków wykorzenionych przez reformy szkolne z własnych środowisk i budujących nieustannie to swoje środowisko od nowa. U nich, poczucie akceptacji i bezpieczeństwa jest mocno zagrożone. Więc opowieść o tym, jak to się robi i o osobie, która odnosi pod tym względem sukces posiadając takie cechy charakteru jest dla mnie niezwykle ważna. Dlatego też między innymi sięgnąłem do tej „Ani...". Pomijam aspekt dorosłych w tej sztuce, który też jest niezwykle dojmujący, powiedziałbym, że zaczynam go teraz rozumieć patrząc z perspektywy z jakiej patrzę w życiu.

No tak, „Ania..." to bardziej uwspółcześniony Kopciuszek, ale z bardziej adekwatnymi do dzisiejszych czasów problemami.

Oczywiście, to jest pewna struktura narracyjna, schemat fabularny. Podobnie jest w „Brzydkim Kaczątku". To praktycznie ta sama historia – „Kopciuszek", „Brzydkie Kaczątko" i „Ania z Zielonego Wzgórza". Te same narracje, tutaj po prostu ubrane w bufki.

Czy to był tylko jeden element, moim zdaniem zresztą znaczący i bardzo charakterystyczny dla tego teatru, czy zamierzacie w tym sezonie kontynuować takie relację z widzami, która bawi, uczy i podpowiada młodym ludziom jak się zachować w określonych sytuacjach?

Staram się właśnie tak budować repertuar od początku swojego dyrektorowania. Następną premierą będą „Trzy świnki", którymi zresztą zainteresowało się też Radio RMF FM. Wkrótce wydadzą audiobook właśnie z tą zaadaptowaną przeze mnie wersją. Zresztą, to jest kolejna opowieść pokazująca jeden z elementarnych momentów w życiu każdego człowieka – dojrzewania i opuszczania domu. To jest też niezwykle istotna rzecz w życiu, te przygotowywanie się i rozmyślanie o tym co to znaczy być dorosłym, być odpowiedzialnym za swoje słowa i czyny, rozumienie prostej zasady przyczyny i skutku. O tym są „Trzy świnki" i jest to też narracja ważna, dotykająca takich fundamentalnych procesów w życiu każdego z nas. To jest moment, w którym jesteś sam i musisz podejmować decyzje na własną rękę, i albo wilk ciebie zeżre, albo ty zeżresz wilka i będziesz funkcjonować normalnie,. To właśnie jest następna historia, którą będziemy opowiadać w tym sezonie.
W gruncie rzeczy, ja uchodzę za wstecznika ponieważ jestem zwolennikiem budowania repertuaru w oparciu o archetypiczne struktury narracyjne, takie właśnie jak „Kopciuszek", „Trzy świnki" itp. Wydaje mi się to niezwykle potrzebne. To są opowieści, które zakorzenione są w naszej kulturze europejskiej od wieków i muszą mieć w sobie coś istotnego skoro dalej funkcjonują. Utrzymały się najpierw w przekazie ustnym, potem zostały spisane przez Charles'a Perrault, Hansa Christiana Andersena i braci Grimm. To są przecież opowieści pokazujące schematy, pewne fundamenty naszych elementarnych potrzeb. I takie rzeczy staram się opowiadać.

To raczej nie tak, że jest Pan wstecznikiem. Uważam, że to jest właściwie w dzisiejszych czasach wtórnie prekursorskie wyjście do przodu, przed to co się dzieje obecnie w teatrze. Po tej euforii najnowszych trendów musi przyjść taki moment oddechu, refleksji, że jednak ten teatr powinien o czymś opowiedzieć, coś powiedzieć. Wielu reżyserów teraz nad treścią się w ogóle nie zastanawia, tylko leci obok tego cyrku co się dzieje na scenie w ogóle bez troski o słowa, ich wartość, istotę, którą przekazują.

Generalnie rzecz biorąc bez troski w jakimkolwiek znaczeniu. Ja jestem uważany przez środowisko za wstecznika bo nie realizuję powstających nowych tekstów, utrzymuję klasykę, tyle ile się da, no i jeszcze w formie dosyć nienowoczesnej czyli takiej, która zachowuje koherencję estetyczną, jednorodność stylistyczną ponieważ wydaje mi się to znowu niezwykle ważne. Głoszę taki pogląd, że dziś bycie awangardowym znaczy bycie neoklasycznym. Neoklasycyzm to jest trend w kolejnych wiekach, który powstaje w wyniku tego, że jest pewnego rodzaju zgoda społeczna co do pewnych norm moralnych, estetycznych. Dziś tego właśnie nam brakuje w życiu społecznym, wspólnej przestrzeni aksjologicznej. Nie mamy obecnie klasy średniej, która jest moderatorem tych wartości niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania społeczeństwa przez ileś tam dziesiątków lat. Potem to kostnieje, trzeba to rozwalić i zbudować od nowa. Taki jest proces historyczny.

Przychodzi po prostu nowe pokolenie.

Oczywiście. My jesteśmy teraz w momencie kompletnego rozwalenia wszystkiego, a tak się nie da przecież funkcjonować. Tak jak mówię, społeczeństwo musi działać według jakiś norm i zasad. Potrzeba jakiegoś porządku, i nie chodzi o to by stać się Rydzykiem lub anty-Rydzykiem tylko o sformułowanie sobie elementarnych wartości, który ten porządek buduje. Jest cały zestaw ogólnie rzecz biorąc śródziemnomorskich wartości i katolickich, i protestanckich, które konstytuują uczciwe społeczeństwo oraz uczciwych, porządnych ludzi. Tego nam brakuje. Dziś bycie awangardowym to bycie neoklasycznym czyli przypominanie o tym, że są jakieś normy, jest porządek estetyczny i moralny.
Jeszcze jedna sprawa, o której już wspomniałem, że część osób w środowisku teatralnym nie przykłada znaczenia do wartości. To jest syndrom kulturowo-pokoleniowy, bardzo groźny zresztą. Branie odpowiedzialności za siebie, świat dookoła i za swoje słowa - wtedy się mówi serio. Nie mówi się w cudzysłowie, nie robi się gry z konwencją tylko mówi się w swoim imieniu. I istnieje przed tym poważny lęk. Jest ironia, sarkazm, dystans, rozwalanie konwencji – to wszystko się chętnie uprawia. Tylko, że to się robi nie na własny rachunek. Przyjmuje się postawę szyderstwa, dystansu. Jest obecnie lęk przed powiedzeniem publicznie co się naprawdę myśli. To jest rzecz, która jest coraz mniej obecna w sztuce. I to się wiąże z całym tym pokoleniem kulturowym tzw. 1000 euro, jak nazywamy ludzi żyjących z rodzicami, nie wchodzących w role dorosłych. To jest w tej chwili poważny problem socjologiczny, społeczno-kulturowy.

Wchodzi w to też na przykład niechęć do zawierania małżeństw i rodzenia dzieci.

Też, oczywiście. Na zachodzie to już jest poważny problem, na którym się poważnie zastanawiają co zrobić. Póki co, tak jest.
Więc rozumiem, że idealnie by było, aby więcej twórców zajęło się tymi problemami, uświadamiali pewne decyzje i postawy.
Jeśli tego nie będzie, grozi nam chaos. To co się teraz dzieje to jakiś bałagan, bunt przeciwko nie wiadomo czemu.

Rozumiem, że repertuar na ten sezon jest już ustalony?

Mamy zaplanowane jeszcze spektakle „Tomek Sawyer" i „Nie płacz koziołku". Czyli z „Anią z Zielonego Wzgórza" i „Trzema świnkami" to razem cztery premiery w tym sezonie.
Staram się rzeczywiście utrzymywać jednorodność tego, co jest tu wystawiane, tym bardziej, że docierają do mnie liczne pozytywne opinie, chwalące nas za to co robimy w teatrze. Na przykład, rodzice wiedzą, że jak przychodzą na bajkę dla maluchów to dostaną integralny spektakl z określoną kolorystyką, utrzymany w jednorodnej stylistyce, a nie jakiś śmietnik pomysłów wytrzaśnięty nie wiadomo skąd.

Teatr Groteska jest znany też z działań okołoteatralnych.

Funkcjonuje u nas Scena dla dorosłych co jest trudne z wielu powodów, również finansowych. Nie mamy wystarczających środków aby generować odpowiednia liczbę premier, ale staramy się ponownie nadać charakter tej Scenie – taki, jaki miała kiedy ojcowie założyciele konstruowali repertuar dla dorosłych. To jednak był teatr plastyków. My staramy się do tego nawiązywać, parę lat temu wystawiliśmy „Hommage a Chagall" i chcemy kontynuować w jakiś sposób tę formułę teatru plastycznego. Jakoś mnie to kusi, wydaje mi się to w ostatnim czasie interesującą przestrzenią.
Z tego też wziął się festiwal Materia Prima. Z tego myślenia o tym jakim teatrem byliśmy i jakim chcemy być w świadomości widzów. Festiwal jest dedykowany twórcom, którzy materię teatralną uznają za fundament swojej pracy. Przez materię teatralną mam na myśli to, co jest poza tekstem literackim. Plastyka, muzyka, ruch to są takie rzeczy, które są ze sobą zlepiane i z tego powstają fascynujące, artystyczne zdarzenia. Ja nazywam ten teatr „teatrem wolnych ludzi". Ponieważ to jest teatr, który pozostawia tak olbrzymie pole interpretacyjne poprzez to, że jest symboliczny, niedopowiedziany. Wolny człowiek czuje się w takim teatrze znakomicie. Człowiek, który chce i potrafi się w tym świecie poruszać, współuczestniczyć i w oparciu o te impulsy, które płyną ze sceny budować sobie swoje światy, wyobrażenia, sensy. To jest coś niezwykłego oraz pięknego, i choćby z tego względu warto coś takiego zaszczepiać w Polsce. Oczywiście mieliśmy mistrzów, jeszcze żyje Mądzik, ale też Kantor, Grotowski, który jest mistrzem czystej formy w teatrze, środków aktorskich.
To jest jedna część – Scena dla dorosłych i festiwal Materia Prima. No i oczywiście jest również Parada Smoków już od piętnastu lat. Jak się ostatnio zastanawialiśmy to doszliśmy do wniosku, że w ciągu tych lat już z milion osób w niej uczestniczyło. 30-50 tysięcy na wieczornym widowisku plus przez dwa dni pikniku spokojnie jakieś 30 tysięcy więc się nazbierało około miliona widzów, którzy się otarli w jakiś sposób o naszą paradę. Zresztą w ogóle ludzie bardzo się w to angażują. Często rodzice budują te smoki z dziećmi w przedszkolach, szkołach, domach kultury, a następnie cała rodzina – mama, tata, dziecko, babcia, dziadek albo jakaś ciotka, idzie w tej paradzie. To jest niesamowite i stało się już tradycją.

A Shopka (Reality Shopka Show), która przecież też miała olbrzymie tradycje i z której zrezygnowaliście po piętnastu edycjach? Nie było już zainteresowania?

Wręcz przeciwnie. Z każdym rokiem było coraz większe zainteresowanie i wszyscy lamentują, że nie robimy już Shopki. Natomiast my uznaliśmy, że nie możemy już dalej tego robić.

Dlaczego?

Ponieważ przez piętnaście lat taka formuła wypala się. W człowieku, realizatorach, wykonawcach. Wszystko zaczęło niestety tracić już ten fajny walor, który miało na początku, pewnej takiej dezynwoltury towarzysko-politycznej. Jak zaczęło to tracić, że tak się wyrażę, żar i myśmy go też stracili, no to nie ma co takich rzeczy robić na siłę bo one mają sens tylko jak jest ten żar.

A gdyby to jakoś przewartościować? Zmienić ideę?

Niestety nowe idee nie rodzą się tak na poczekaniu jakby człowiek sobie tego życzył. Zastanawiamy się, być może to nie jest koniec tylko przerwa. Jeśli wrócimy do tego, to na pewno nie w tej formule, która była.

Czyli trzeba dać publiczności oraz realizatorom czas na oddech i pozwolić im zatęsknić.

Przede wszystkim twórcom, zwłaszcza Małgorzacie Zwolińskiej i Jackowi Stankiewiczowi, którzy włożyli w ten projekt najwięcej pracy. Trudno sobie wyobrazić Shopkę bez ich wiedzy, zwłaszcza Zwolińskiej, na temat zasobów magazynów kostiumowych w Krakowie ponieważ przez te piętnaście lat ona była zmuszona zrealizować około 1200 kostiumów. Tyle było numerów przez lata trwania Shopki. I oczywiście trzeba to było zrealizować w zasadzie za darmo, z minimalnymi nakładami finansowymi. Więc wszystkie krakowskie zasoby magazynowe zostały już wykorzystane. Znaczna cześć rzeczy została przemielona kostiumowo już kilka razy i nie mamy nawet z czego ich robić. Musimy po prostu odpocząć.

Do kiedy ma Pan kontrakt?

Nawet nie wiem. Mam stały kontrakt jeszcze ze trzy albo cztery lata.

Ponieważ chodzi o to, czy teatr ma jakąś dłuższą perspektywę wyglądającą poza sezon w sensie planowania, idei?

No tak. To wszystko o czym mówiliśmy będzie kontynuowane.

Jeszcze parę słów o Kulturalnej Kontrrewolucji.

Kontynuujemy Kontrrewolucję oczywiście. W zasadzie w tym sezonie jest to tylko Kod mistrzów, mieliśmy w tym miesiącu spotkanie z Mają Komorowską, w następnym miesiącu będzie Artur Rojek – choć młody to już mistrz w swoim gatunku, a w styczniu kompozytora Koniecznego. I w tej chwili toczymy rozmowy z kolejnymi osobami.

Ile osób ma być gośćmi teatru w tym sezonie?

Zaplanowaliśmy jedną na miesiąc.

Jaki duży jest zespół aktorski?

Dwadzieścia osób.

Czy w ostatnim czasie dokonano zmian, albo są jakieś w planach?

Nie. Przyszedł tylko nowy kolega, niedługo po szkole lalkarskiej w Białymstoku. I gościnnie występuje parę osób. Zespół jest stabilny.

Jaka jest kondycja finansowa Teatru?

Przez długi czas Teatr był w komfortowej sytuacji. Ja mam w ogóle wrażenie, że w Krakowie rozumienie potrzeb instytucji kultury jest całkiem dobre. Jednak ostatnie dwa lata to był kłopot dla budżetu miasta z różnych powodów i to się troszkę odbiło nie tylko na kulturze ale też na oświacie itp. Te kłopoty w budżecie Krakowa trochę zaciążyły na naszej sytuacji. Są jednak plany na przyszły rok i mamy nadzieję, że ta sytuacja się poprawi.

Dziękuję za rozmowę.

Adolf Weltschek – reżyser i aktor teatralny, dyrektor Teatru Groteska w Krakowie. Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1980 zdał eksternistycznie egzamin aktorski, a w 1986 ukończył Wydział Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST. Z krakowskim Teatrem STU związany jako aktor i reżyser (1975–1986). Reżyser w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej (do 1986), Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie (do 1989) i Teatrze im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze (do 1991). Od 1991 związany z krakowskim Teatrem Lalki, Maski i Aktora Groteska (od 2012 Teatrem Groteska). Był kierownikiem literackim tej instytucji. Od 1998 dyrektor naczelny i artystyczny.

Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
11 grudnia 2015
Portrety
Adolf Weltschek

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...