Albośmy to jacy, tacy...

"Krakowiacy i Górale" - reż. Michał Kmiecik - Teatr Polski w Poznaniu

Teatr polski jako dobro publiczne przyszedł na świat w trudnym momencie - oto sypała się Polska, u bram stali już wrodzy żołnierze, a elity polityczne kraju nie miały jednomyślnych poglądów na temat tego, cóż począć dalej. I choć nie w modzie były wtedy zagadnienia ściśle polityczne na scenach, nie dało uciec się od aluzji na temat sfery publicznej i politycznej.

W roku jubileuszowym 2015, gdy świętowaliśmy 250. rocznicę tych narodzin, mieliśmy, wydawać by się mogło, o wiele stabilniejszą sytuację pod wieloma względami. Jesteśmy też mądrzejsi mądrością dziesięciu wcześniejszych pokoleń. A jednak ciągle istnieją jakieś "rachunki krzywd", a jednak wojna toczy się tuż za granicami naszego kraju, a jednak trudno powiedzieć, czy na pewno jesteśmy wolni i czy szanujemy demokrację. Niuanse te dostrzega Michał Kmiecik, jeden z najmłodszych polskich reżyserów - i dlatego na deskach poznańskiego Teatru Polskiego wystawia "Krakowiaków i górali" Wojciecha Bogusłąwskiego, dramat właściwie już archaiczny, w dosyć nowoczesnym anturażu.

Estetyka całości bardzo przypomina spektakle Jana Klaty. Nie bez znaczenia jest fakt, że scenografię opracowała Justyna Łagowska - aktorzy poruszają się pod najprawdziwszymi sygnalizatorami świetlnymi, w otoczeniu ruchomych konstrukcji przypominających skatepark. Stylistykę Klaty przypomina też fakt, że spektakl uzupełniony jest muzyką dynamiczną, nowoczesną. U Kmiecika dobór utworów sięgał przede wszystkim do nawiązań folkowych i ludowych we współczesnej aranżacji - tutaj ukłon w stronę Goorala, autora tejże. Muzyka zresztą ma niebagatelne znaczenie, nadaje rytm, dynamizuje poszczególne sekwencje, buduje napięcie często intensywniej niż same dialogi. Kmiecik zaprezentował dosyć swobodny stosunek do muzycznej strony przedstawienia - część piosenek aktorzy zwyczajnie recytują, część śpiewają.

Największe wrażenie robi jednak ruch sceniczny. Niezwykle precyzyjny, stworzony przez Maćko Prusaka. Część elementów przypomina jako żywo balet, inne - hipnotyczne i bazujące na powtarzalnych sekwencjach - budują uczucie niepokoju i zagrożenia. Bo choć tytułowi bohaterowie, reprezentanci dwóch skłóconych grup, żyją tym, co ich łączy i dzieli, są tylko trybikami w wielkiej machinie walki i wojny. Kmiecik nieustannie przypomina kontekst historyczny dramatu. Miał on wszak premierę na kilka tygodni przed wybuchem powstania kościuszkowskiego - zryw ten był nie tylko rozpaczliwym gestem w obronie upadłej i tak ojczyzny, lecz także momentem, od którego nie można było już więcej ignorować chłopów jako klasy społecznej. Powstanie było inicjatywą oddolną, prócz postulatów wolnościowych stawiało sobie także cele społeczne i ekonomiczne. Wtedy chodziło o uwłaszczenie tych na samym dole, by mogli żyć godnie - między innymi po to chwycili za kosy. Dzisiaj, powiada Kmiecik, walka i wojna to nie zadanie elit, to nie oni wierzą w to, co robią. Stąd od samego początku spektaklu towarzyszy nam Marianna (Ewa Szumska), symbol wolności. Ucharakteryzowana jak wolność wiodąca lud na barykady ze słynnego obrazu Delacroix, z odsłoniętą piersią; to ona podżega, buntuje, poniża króla, który nie rozumie, skąd wieje wiatr zmian.

Zastanawiać jednak mogą użyte przez Kmiecika symbole. W centralnej części wydarzeń od samego początku obecna jest palma. Z czym ma się ona kojarzyć? Z instalacją Rajkowskiej na rondzie De Gaulla? Z egzotyką we społeczności, z elementem obcym, narzuconym, a jednak oswojonym? Palma ląduje już na samym początku na podłodze, postaci po niej skaczą, chowają się w niej, próbują ją rekonstruować. W scenie bitwy między krakowiakami i góralami bohaterowie rebelii zamiast klasycznej broni przywdziewają kartonowe czołgi, wyciągnięte lufy stają się w pewnym momencie pałkami, którymi aktorzy okładają się wzajemnie. To z kolei aluzja do licznych konfliktów zbrojnych, targających nie tylko odległe zakątki świata, lecz także bliską Ukrainę.

Bo konflikt krakowiaków i górali w spektaklu Kmiecika przedstawiony jest jako wojna bratobójcza, bazująca na rozbuchanym ego jednej ze strony i uporu drugiej. Wszystkie te cechy, traktowane jako wrodzone i oczywiste, prowadzić mogą tylko do katastrofy. W wersji Bogusławskiego, która jest wszak wodewilem, wszystko kończy się dobrze - agresorzy zyskują nauczkę, bardziej pokojowi krakowiacy odzyskują utracone mienie i spokój. Kluczowa jest tutaj jednak rola inteligenta, studenta - w tej roli Jakub Papuga - który za pomocą elektryczności, zjawiska chłopom obcego, doprowadza do zwycięstwa krakowiaków. Kmiecik sięga raczej po hipnotyczne narzędzie, przedziwny instrument, emitujący dźwięki fal. Jego dźwięk, straszliwie nieprzyjemny, wprowadza wojowniczych chłopów w stan jakby hipnozy, zawieszenia. Czy to współczesny Chochoł i jego skrzypeczki wprawiające w otępienie i marazm? Papuga jest jakby performerem, uruchamia maszynę i zarazem zmienia rzeczywistość. A rzeczywistość skrzeczy...

W finale wreszcie wszystkie postaci gromadzą się z tyłu sceny, odgrodzone metalową barierą. Znamy ten rekwizyt z teatru (tutaj oczywiste jest skojarzenie z przedstawieniem "Dziady. Mickiewicz. Performance" Pawła Wodzińskiego) i z życia codziennego - służy on oddzieleniu manifestantów. Oddziela ich fizycznie, ale i symbolicznie. Chroni - ale kogo przed kim? Ich przed wrogami? Oprotestowywanych przed nimi? Ich samych przed hasłami, które tak łatwo wykrzykują? Aktorzy machają flagami, krzyczą, wreszcie - przewracają barierę, biegną przed siebie. Wolność? Światło gaśnie.

Dziwny to spektakl - mimo wszystko odważny, stawiający jasne tezy i bolesne diagnozy. Reżyserowi udaje się uniknąć pułapki komedii i jej lekkiego nastroju. Wyposaża inscenizację w mroczne tony, jakby ostrzegał przed zbyt dobrym samopoczuciem rodaków. Całość na szczęście utrzymuje pewną dyscyplinę, nie tylko intelektualną, lecz także aktorską, co pozwala na uniknięcie dłużyzn i zbędnego moralizatorskiego tonu. Wszystko to ma jednak gorzki, ironiczny posmak.

--

Czymże byłby teatr bez edukacji? Polskie instytucje wreszcie szukają sposobu, by przyciągnąć najmłodszego widza, rozsmakować go w teatrze i pozwolić na twórczą samorealizację. Nie inaczej postąpiła nowa dyrekcja poznańskiego Polskiego - od teraz każdej premierze ma towarzyszyć projekt edukacyjny, którego owocem będzie pokaz warsztatowy, taka mini premiera.

Słuszny to cel, nawet pomimo pewnych niebezpieczeństw w nim się kryjących. Jak bowiem ocenić jakość artystyczną działania edukacyjnego? Czy w ogóle trzeba ją oceniać? Ale przecież młodzi artyści sami stają przed publicznością... "Cud mniemany" uzupełnia więc premierę "Krakowiaków i górali" i jest pewną wariacją na temat dramatu Bogusławskiego. Teksty wypowiadane przez występujących są kolażem dramatycznym, tylko szkieletowo związanym z pierwowzorem. Na scenie prezentuje się kilkanaście osób - w wieku od późnej podstawówki do studentów. Grupa to dosyć zróżnicowana, pod względem zarówno wiekowym, jak i doświadczenia czy umiejętności. Ryzykowny to pomysł, ale i obiecujący.

A różnorodność form ekspresji, po które sięgają uczestnicy warsztatów, jest imponująca. Zaczyna się od tańca, który bazuje na motywach krakowiaka, a jednak jest zdecydowanie dynamiczniejszy - w muzyce pobrzmiewają echa energetycznego folku. Konflikt między krakowiakami i góralami zarysowuje się zrazu powoli, jakby niepewnie - zagłusza go uczta, w czasie której rekwizyty zastępowane są powtarzalnymi sekwencjami gestów. Nie brakuje też od samego początku elementów improwizacji - kwestie, które aktorzy wypowiadają (zwłaszcza w scenach zbiorowych) są po prostu spontaniczne, a przez to dosyć emocjonalne. Daje to niekiedy wrażenie chaosu, niezbyt jednak konstruktywnego. Student u Bogusławskiego był niejako deus ex machina. Tutaj student jest spiritus movens, krąży między aktantami, ingeruje w ich etiudy, wygłasza swoje kwestie tonem nieznośnym, moralizatorskim. Przeprowadza jednak widza przez spektakl, ale czyni to w manierze showmana. Wokół dzieje się ciągle za wiele - tutaj przyśpiewki, których sens jest niezbyt jasny (zwłaszcza gdy ze sceny płynie przeróbka "Jesteś lekiem na całe zło" Krystyny Prońko), tam znów choreografia, a nad wszystkim góruje Baśka w krakowskim stroju, przypomina ona Matkę Boską (i najpewniej nią będąca).

Na to nałożona jest zaskakująca metafora - konflikt krakowiaków i górali to konflikt o jakość sztuki. Kraków jest naturalnie konserwatywny (co za banał), górale bardziej postępowi. Kraków rzeźbi - górale mażą to sprayem. Kraków przeżywa monolog dramatyczny - górale wysuwają performerkę udającą walenia. Kraków wysuwa tradycyjny chór - górale zagłuszają ich, jak mogą. I tak dalej. Wszystko w estetyce talent show. Najdziwniejszy jest jednak koniec. Czuwająca nad wszystkim Baśka rozrzuca kulki z plasteliny, reszta zlepia je w kształt przypominający święta figurę i jakby oddaje jej cześć, a potem wszyscy śpiewają jedną z piosenek z "Krakowiaków..." z akompaniamentem ukulele.

Wyszłam z teatru z mętlikiem w głowie. "Cud mniemany" nie zaskoczył mnie ani pod względem oryginalności, ani tym bardziej szczególnych walorów edukacyjnych. Zastanawia mnie natomiast inna kwestia - jak wyglądał proces twórczy, na ile młodzież rozumiała to, co grała? Całość nie jest najłatwiejsza nie tylko pod względem formalnym, lecz także intelektualnym. Takie natężenie niekoniecznie czytelnych symboli było trudne do zniesienia dla mnie, wykształconej teatrolożki - a przecież aktor powinien rozumieć, co robi - zwłaszcza gdy nie robi tego zawodowo, a dla efektu edukacyjnego. W "Cudzie mniemanym" nie dostrzegłam specjalnego zrozumienia poruszanej kwestii, tego pewnego rodzaju empatii, który cechować powinien partycypantów. Jest tylko bałagan, który może po prostu zaszkodzić.

Edukacja teatralna to bardzo delikatna materia, należy więc podchodzić do niej nie tylko z rozsądkiem, lecz także z pomysłem. Przesada absolutnie niewskazana - nie chodzi przecież o efekt artystyczny, tylko o młodzież. Na wysublimowaną symbolikę i nadmiar środków formalnych będzie jeszcze czas.

Ewelina Szczepanik
teatrdlawas.pl
23 stycznia 2016

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia