Amant, dżentelmen, szlachetna osobowość

wspomnienie Andrzeja Łapickiego

Dobijałem się do obłożonego obowiązkami artysty ze trzy doby, aż się udało i Andrzej Łapicki zgodził się odwiedzić redakcję. Wysłuchał naszych bólów i okazał nam pełne zrozumienie. Nazajutrz zadzwonił i prosił mnie o dostarczenie mu do biura poselskiego kilku wydrukowanych przez redakcję tekstów. Miesięcznik ukazuje się po dziś dzień - wspomina Henryk Tronowicz, były sekretarz redakcji "Kina".

Andrzej Łapicki zapisał się w polskiej kulturze z dziesiątków powodów. Z głosem tego wybitnego aktora dzisiejsze starsze pokolenie zetknęło się po wojnie, kiedy zaczął czytać komentarze w Polskiej Kronice Filmowej. W tamtym czasie Łapicki raczył słuchaczy swoim niepowtarzalnym tembrem głosu, przyciągając przed odbiorniki pół radiowej Polski, gdy w roku 1955 czytał co wieczór odcinki kryminału Andrzeja Piwowarczyka "Królewna". 

Ci widzowie, którzy mieli przyjemność oglądania Andrzeja Łapickiego na deskach scenicznych, nie mają wątpliwości, że był to aktor nade wszystko teatralny. Aktor wybitny. Był artystą wprost urodzonym do ról amantów. W teatrach zagrał ponad sto ról, a kilkadziesiąt w Teatrze Telewizji. W stołecznym Teatrze Współczesnym był na przykład świetnym partnerem Tadeusza Łomnickiego w "Trzy po trzy" Aleksandra Fredry. Pamiętam aktora z Teatru Kameralnego w sztuce Mrożka "Letni dzień" w reżyserii Kazimierza Dejmka, kiedy widownia po każdym spektaklu wywoływała go po kilkakroc gromkimi oklaskami (Skąd to wiem? Byłem trzy razy). Z równym powodzeniem odtwarzał role w tragedii i w komedii.

Większość widzów zapamiętała Łapickiego z dużego ekranu. Przed kamerą zadebiutował rok po wojnie w "Zakazanych piosenkach", gdzie zagrał pamiętną rolę wykonawcy wyroku na konfidencie. Potem, po kilku filmach obyczajowych, wystąpił w słynnym filmie "Salto" Tadeusza Konwickiego, w którym dawał popis w epizodach granych ze Zbyszkiem Cybulskim. Parę lat później Konwicki obsadził Łapickiego w swoim filmie "Jak daleko stąd, jak blisko" i aktor - jako narrator - kierował do partnera znamienne zdania: "Widzisz Maks, to jest całe nasze miasto. Wielokrotnie okupowane przez obcych, torturowane, równane z ziemią. Nasze miasto. Czasem w środku Europy, kiedy indziej wschodnioeuropejskie. Popatrz na te znicze na miejscach straceń. Ostatni ślad po ludziach, których tak ciężko obcym zrozumieć".

Parokrotnie powierzał Łapickiemu role w swoich filmach Andrzej Wajda. We "Wszystko na sprzedaż" [na zdjęciu] artysta wcielał się w dwuznaczną postać reżysera Andrzeja, w "Weselu" w postać Poety, w "Panu Tadeuszu" był księdzem. Prawda postaci odtwarzanych przez Łapickiego zawsze poruszała, zawsze budziła respekt. Nigdy nie zapomnę w "Sposobie bycia" w reżyserii Jana Rybkowskiego autentyzmu w banalnym epizodzie, w którym aktor rozsmakowuje się w konsumowaniu jajka na miękko.

W filmie "Naprawdę wczoraj" idzie z Beatą Tyszkiewicz do łóżka i ona - obnażając się bez ceregieli - pyta go: "Co się tak na mnie patrzysz? Robię coś złego?". Łapicki, zawsze wzór nienagannego dżentelmena, wstydliwie odwraca głowę. Trudno też zapomnieć sceny telefoniczne Łapickiego z Kaliną Jędrusik w komedii "Lekarstwo na miłość". Potrafił rozweselać krytyków najsmutniejszych. Styl aktorstwa Łapickiego w komedii filmowej zasługuje na osobne studium. Mistrzowsko odgrywał dwuznacznych, jak w "Zazdrości i medycynie" Janusza Majewskiego według powieści Michała Choromańskiego. Andrzej Łapicki pozostanie w pamięci również dzięki roli w telewizyjnym spektaklu Jerzego Antczaka "Epilog norymberski", w którym grał postać prowadzącego obrady amerykańskiego prokuratora Jacksona. Łapicki pokazał klasę. Ale on nie musiał tej roli grać. On był taki ze swej natury na co dzień.

Chciałbym dodać tu skromny wątek upamiętniający moje dwukrotne spotkania z Andrzejem Łapickim. Był przełom lat 1989/1990. Pracowałem jako sekretarz redakcji w miesięczniku "Kino". Nad finansami firmy gromadziły się chmury. Koledzy postanowili zwrócić się o pomoc do Andrzeja Łapickiego. Aktor był wtedy posłem na Sejm. Miałem nawiązać kontakt. Dobijałem się do obłożonego obowiązkami artysty ze trzy doby, aż się udało i Andrzej Łapicki zgodził się odwiedzić redakcję. Wysłuchał naszych bólów i okazał nam pełne zrozumienie. Nazajutrz zadzwonił i prosił mnie o dostarczenie mu do biura poselskiego kilku wydrukowanych przez redakcję tekstów. Miesięcznik ukazuje się po dziś dzień.

Henryk Tronowicz
POLSKA Dziennik Bałtycki
24 lipca 2012
Portrety
Andrzej Łapicki

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia