Ambiwalentne odczucia

Jaka jest sytuacja Teatru Dramatycznego na koniec sezonu 2012/2013?

Gdy Tadeusz Słobodzianek w październiku 2012 roku objął Teatr Dramatyczny w Warszawie, przejmując jednocześnie tak naprawdę cztery sceny (bo do wcześniej kierowanego przez niego Teatru Na Woli i Laboratorium Dramatu Biuro Kultury dorzuciło jeszcze dwie: wielką i kameralną), odezwał się chór malkontentów, którzy argumentowali, że jedna tak silna osobowość kierująca tyloma scenami nie poradzi sobie, doprowadzając do wielu konfliktów personalnych, wynikających choćby z potrzeby i przymusu pogodzenia ze sobą dwóch zupełnie innych zespołów aktorskich: ten wywodzący się z Woli i Laboratorium współpracował ze Słobodziankiem od co najmniej 2005 roku, właściwie rozwijał się pod jego okiem i uważa go za swego mentora oraz przewodnika.

Natomiast zespół dawnego Dramatycznego to "szkoła Krystiana Lupy", otwarta na eksperyment i daleko idące artystyczne ryzyko (nawet jeśli określenie "artystyczne" trzeba by niejednokrotnie doprecyzować, biorąc pod uwagę premiery Dramatycznego za dyrekcji Pawła Miśkiewicza, 2008-2012). W zażartych debatach pojawiał się też argument, że Słobodzianek swoimi rządami, chcąc nie chcąc, doprowadzi do unifikacji warszawskiego teatralnego pejzażu. Co dodatkowo miałoby jeszcze skutkować centralizacją życia kulturalnego - urzędnicy ze stołecznego Biura Kultury łatwiej kontrolują takie "teatralne przedsiębiorstwa", sprawiając wrażenie silnej kontroli społecznej, co dużej części obywateli, niekoniecznie związanych z teatrem, przypada nawet do gustu. Jednym z wyraźnych głosów przeciwko mianowaniu Słobodzianka były np. chwytliwe określenia Jacka Poniedziałka, który stwierdził, że będziemy mieli do czynienia ze "Slobopleksem". Niektórzy nawet ochrzcili nowego szefa Dramatycznego mianem "Car Slobodan". Ze wszystkich tych ostrych sporów oczywiście niewiele wynikło, bo każdy pozostał przy swoim zdaniu. Ja sam, przyznaję, zgadzałem się co do jednego: unifikacja jest dla kultury zawsze groźna, niewątpliwie podporządkowuje tę sferę jeszcze bardziej politycznej codzienności i zakulisowym, nieetycznym rozgrywkom, których nie sposób wyśledzić.

Ale jaka jest sytuacja Teatru Dramatycznego na koniec sezonu 2012/2013? Biorąc pod uwagę premiery, nie było ich do maja zbyt wiele (ten numer K MAG-a ukazuje się w czerwcu - w tym właśnie miesiącu i lipcu planowane są jeszcze dwie, a być może nawet trzy premiery, dlatego nie jest to podsumowanie całościowe). Na pierwszy ogień poszła "Operetka" Witolda Gombrowicza w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Widowisko w dużej mierze pomyślane jako musical okazało się w gruncie rzeczy zbył łatwą interpretacją jednego z naszych sztandarowych historiozoficznych dramatów. Natomiast nie można mu było odmówić wizualnej i muzycznej atrakcyjności. To był taki teatr dla każdego, dla siebie odnajdą w nim coś zarówno fani tego tekstu, jak i nowe pokolenie, któremu w tym spektaklu nieco się dostało. Po premierze "Operetki" nastąpiła długa cisza. Dopiero w marcu mogliśmy obejrzeć "Kamasutrę" według poematu Watsjajany Mallanagi w reżyserii Aldony Figury. O przedstawieniu jednak należało jak najszybciej zapomnieć. W kwietniu przyszła pora na "Cudotwórcę" Briana Friela w reżyserii debiutującego Wawrzyńca Kostrzewskiego. Tekst nader skomplikowany okazał się mimo wszystko frapującym materiałem dla aktorów, a zwłaszcza dla Adama Ferencego, który z roli człowieka uzdrawiającego innych, ale nieradzącego sobie ze swoim życiem, wycisnął tyle, ile się dało. Był to jakiś sukces, bo teatru kameralnego, granego bardzo blisko widza, w Warszawie niemal już nie ma. W międzyczasie pojawił się na afiszu także performance w reżyserii Michała Zadary, ale trudno o nim mówić w kategoriach czysto teatralnych. Na początku kwietnia zobaczyliśmy w końcu "Młodego Stalina", najnowszy dramat Słobodzianka w reżyserii Ondreja Spiśaka. Premiera podzieliła obserwatorów. Przeciwnicy zarzucili inscenizacji błahą interpretację zdarzeń i dziejów, brak odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się fenomen sowieckiego ludobójcy. Zwolennicy zaś ripostowali, mówiąc, że to propozycja łącząca w sobie cechy teatru epickiego i rozrywkowego, takiego, który wie, jak się przypodobać widzom, ale też proponuje szeroką perspektywę w spojrzeniu na XX-wieczną historię. Ja zaliczam się do tego drugiego grona. Pierwszy chyba raz duet Slobodzianek-Spišak wygrał, tak wyraźnie stawiając na humor. Niezwykle inteligentny. Spektakl pokazuje ludzi z otoczenia Stalina w sposób podobny, w jaki Quentin Tarantino zarysował bohaterów ze swoich "Bękartów wojny", tyle że idzie dalej, oferując nam gorzką diagnozę: wszyscy jako ludzie, widząc szansę w jakiejś idei, zachowujemy się tak samo, liczymy na możliwość zmiany rzeczywistości. Gorzej, jeśli w tej naszej grupie znajdzie się prawdziwy psychopata - nie poznamy go, bo najprawdopodobniej będzie się zachowywał najnormalniej ze wszystkich, proponując racjonalne rozwiązania. "Młody Stalin" to triumf zespołowego grania (udało się zaangażować zarówno aktorów dawnego Dramatycznego - choć w mniejszości - jak i wypróbowane oraz znane już nazwiska od Słobodzianka). Marcin Sztabiński zbudował rolę Stalina bardzo ograniczonymi, ale za to skutecznymi środkami. Oglądamy również wielką rolę Agnieszki Warchulskiej jako jego leninowskiej opiekunki (dawno w teatrze nie widzieliśmy tyle kobiecości; ta aktorka ma siłę scenicznej obecności). Po raz kolejny także Krzysztof Dracz udowadnia, w jak licznych konwencjach potrafi się odnaleźć. I jeszcze dawno niewidziana Agnieszka Wosińska - aż dziw bierze, że tak rzadko wykorzystywana na scenie, ale teraz powinno się to zmienić.

Przemysław Skrzydelski
KMAG
11 czerwca 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...