Amerykańskie cukierki

"Daisy Miller" - reż. Janusz Kukuła - Teatr Polskiego Radia

Podobno nie ma smaczniejszych cukierków, niż te, które można kupić w Ameryce. Tak przynajmniej twierdzi Randolf, brat tytułowej bohaterki spektaklu Teatru Polskiego Radia "Daisy Miller". Wyznanie to nie jest przypadkowe, zwłaszcza w momencie, gdy pada na szwajcarskiej ziemi. Podróż na inny kontynent to okazja do skonfrontowania się z innymi, zastanowienia nad sobą. W przypadku Millerów wyprawa ta jest nie tylko zderzeniem różnych kultur, ale przede wszystkim okazją do nawiązania ciekawych znajomości

Do Europy przyjeżdża zatem młoda urocza dziewczyna, która szokuje ludzi swobodą swoich zachowań, zawadiacki łobuziak i ich matka. W hotelu natrafiają na Fredericka Winterbourne\'a, również Amerykanina, ale wychowanego na Starym Kontynencie. Mężczyzna podczas pogawędki z chłopakiem, zwraca uwagę na jego starszą siostrę. Wszystko, co się później wydarzy, jest tylko konsekwencją tego spotkania.

Choć scenariusz wydaje się prosty, słuchowisko „Daisy Miller” nie tak łatwo jest w sposób jednoznaczny zakwalifikować. Nie jest to ani komedia, ani zwykły romans, ani też banalny spektakl obyczajowy. Radiowa adaptacja XIX-wiecznego opowiadania niesie ze sobą więcej znaczeń, niż mogłoby się wydawać. Równocześnie jednak, akcja jest wartka i trzymająca w napięciu. Dialogi nie są „przesłodzone”, a scena finałowa nie została przesadnie udramatyzowana. 

To, co Winterbourne\'a najbardziej w przybyszce pociąga, to prawdopodobnie jej inność. Odrębność dziewczyny nie jest jednak spowodowana jedynie różnicami międzykulturowymi. „Daisy Miller” to nie tyle zestawienie przeciwstawnych wzorców, czy ukazanie purytańskiej Europy w krzywym zwierciadle, ile raczej historia jednostkowa. W dodatku bardzo prawdziwa. Wymiar ogólny spektakl zyskuje raczej w czasie rozmowy między Winterbournem i małym chłopcem, niż w wątku romansowym. To właśnie na samym początku słuchowiska mamy okazję zastanowić się nad tym, w jaki sposób miejsce, w którym się urodziliśmy, determinuje nasz sposób myślenia. Prowokują do tego proste i jednocześnie bardzo urocze wypowiedzi Randolfa.

Spektakl Teatru Polskiego Radia został znakomicie zagrany. W przypadku słuchowiska z całego warsztatu aktorów dostępny jest tylko głos. Ale za jego pomocą są oni w stanie wyrazić praktycznie wszystko. I tak z postaci Daisy (Joanna Sobieska) niemal emanuje dziewczęca, może nieco trzpiotowata radość życia, a Fredericka Winterbourne\'a (Andrzej Ferency) odbieramy przez pryzmat zdystansowanej fascynacji młodą kobietą. „Daisy Miller” jest spektaklem, w którym rozwinąć skrzydła mogą również aktorzy grający postacie drugoplanowe. Prawdziwymi, silnymi charakterami odznacza się choćby ciotka Winterbourne\'a (Hanna Stankówna) czy wymieniany już  Randolf Miller (Grzegorz Drojewski). Są to kreacje, które na długo zapadają w pamięć.

Już w imionach głównych bohaterów zawarta jest pewna sprzeczność. Po przetłumaczeniu znajdziemy w nich zarówno „stokrotkę” (Daisy), jak i „zimę” (Winterbourne). Nie jest to jedynie określenie charakterów. Losy postaci są w pewien sposób zdeterminowane, a wielka, szczęśliwa miłość raczej nie stanie się ich udziałem. Jednakże nie sposób odnaleźć tu choćby cienia egzaltacji czy sentymentalizmu, co zwykle charakteryzuje tego typu produkcje. Podróż po Europie zyskuje raczej wymiar wieczornych spacerów, tak uwielbianych przez Daisy, niż wielkiej wyprawy na odległy ląd.

Można zastanawiać się, do kogo właściwie adresowana jest „Daisy Miller”. Trudno jednoznacznie określić „docelową grupę odbiorców” tego słuchowiska. Wydaje się jednak, że każdy odnajdzie tu coś dla siebie. Jeśli bowiem nie zachwyci się obrazem XIX-wiecznej Europy, nie wzruszy historią miłosną, ani nie zapragnie spojrzeć z boku na swoje – europejskie – przyzwyczajenia, to zawsze może po prostu dać się porwać znakomitym kreacjom aktorów występującym w spektaklu.

Barbara Englender
Dziennik Teatralny
20 października 2010

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia