Ania wystawiona

„Ania z Zielonego Wzgórza" - Teatr Groteska w Krakowie

„Anię z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery znają raczej wszyscy. W ramach przypomnienia – to mała, rudowłosa sierotka, przypadkowo zaadoptowana przez starsze rodzeństwo Cuthbertów, która pomimo początkowego odrzucenia przez lokalną społeczność, uparcie walczy o akceptacje, miłość i potwierdzenie własnej wartości, aż do oczekiwanego Happy Endu. Ta urocza powieść z optymistycznym przesłaniem, jest więc idealnym materiałem na spektakl dla dzieci, a fakt, że oprócz tego to również lektura szkolna, uświadamia nas że tym bardziej „wypada" to wystawić. W Krakowie, w scenicznych adaptacjach lektur specjalizuje się Teatr Groteska, a „Anią[...]" zajął się sam dyrektor teatru - Adolf Weltschek.

W tym przypadku publiczności zaserwowano musical, oparty na subiektywnym wyborze co ciekawszych scen z życia bohaterki. Całość jednak skleja się w spójną, dydaktyczną i ładną bajkę. Zaczynamy przyjazdem niechcianej Ani na Zielone Wzgórze, a kończymy jej triumfalnym odjazdem po latach, a w tle łzy wzruszenia gawiedzi. Wypełnienie niczym kino drogi, konsekwentnie pokazuje jej dojrzewanie i mierzenie się z kolejnymi przeciwnościami, od brzydkiego kaczątka do społecznej (i samo-) akceptacji. Sens tutaj jest prosty: jeśli Cię nie lubią, to nie poddawaj się, tylko walcz i dawaj serce innym, a oni w końcu Ci je oddadzą i docenią Ciebie. I to dzieciom w zupełności wystarczy. Jak widać nad treścią nie ma co się dłużej męczyć. Gorzej niestety będzie z formą; tu męki nie unikniemy.

Scenografia wypada dwojako. Z jednej strony mamy na środku przepiękne, groteskowe drzewo, które zgrabnie współgra z światłem i cieniami, choć efekt psuje trochę jego niedbałe zsuwanie się na podłogę. Z drugiej strony mamy zestaw nijakich mebli różnej proweniencji, które w kilku zmiennych układach starają się symulować mieszkanie Mateusza i Maryli. Krzesło, nieważne jakie, byle aktor miał gdzie usiąść, a resztę zasłonimy „minimalizmem" albo stosownym milczeniem. Nie wiem czy takie podejście może efektywnie stymulować wyobraźnie dzieci, a chyba jednak o to tu chodzi? Może braki tu starano się nadrobić ekranem z tyłu, na którym w stosownym momencie pojawia się pociąg wjeżdżający na stacje lub gwiazdy. Sprawia to jednak wrażenie desperackiej próby zainteresowania widza poprzez „nowoczesne" środki audiowizualne, i na próbie się niestety kończy. Scenografie do tła sprowadzoną zaczynamy traktować jako tło i raczej ignorować.

Najboleśniejszym doświadczeniem dla mnie, jest jednak opisanie archaicznej konwencji aktorskiej. Zaznaczam że chodzi o ogólną konwencje gry, by niesprawiedliwie nie ranić aktorów. Otóż granie polega tutaj na statycznym staniu lub siedzeniu, a czasem jeszcze wyrazistym, szerokim machaniu rękoma. Oprócz tego należy dodać drażniący, zmanierowany sposób deklamacji oraz sztuczny zasób mimiki i gestykulacji. Postacie sztampowe i zarysowane na poziomie minimum, wystarczającym żebyśmy nie zaczęli ich mylić, ale bez emocjonalności. Bez emocjonalności, więc w jaki sposób chcieli tu wpłynąć na dzieci? Choć obrana forma przypomina początki wieku XX (a może nawet XIX), to paru aktorów zdaje się pod nią wciąż walczyć. Wyróżnić należy zwłaszcza Annę Sokołowską, grającą Marylę, która ratuje co się tylko da.

Wspominałem na początku że jest to musical, i całe szczęście, bo gdy już przemęczymy ciężkie momenty aktorskich deklamacji, piosenki wpuszczają trochę świeżego powietrza w zmęczonych widzów. To bynajmniej nie oznacza że są one w jakiś sposób wybitne, po prostu stają się wybitne w kontraście z fragmentami „dramatycznymi". Jednak bez dyskredytacji należy stwierdzić że są co najmniej zręcznie skonstruowane, a niektóre z nich są nawet bardzo dobre. Zwłaszcza te śpiewane na kilka głosów działają urzekająco, a piosenki dominującej, spajającej niejako epizody „Mija czas", długo się nie zapomina.

Scenom śpiewanym towarzyszą też często elementy z teatru lalek i formy, i choć widzimy je najrzadziej, to paradoksalnie one najbardziej tworzą klimat w spektaklu. Pozwalają one uchwycić wymiar lęków i fantazji głównej bohaterki. Wyobraźnia młodych widzów w końcu dostaje swoją garść stymulacji. Największych problemem motywów lalkowych jest to, że jest ich mało i pozostawiają po sobie ciągły niedosyt. Trochę szkoda że reżyser nie poszedł raczej w tę stronę, zamiast w tendencyjne pogrywanie.

Mnie, to jest stosunkowo młodemu dorosłemu, spektakl stanowczo się nie podobał. Pomimo kilku chwil chwały był tendencyjny, nudny i byle-jaki. Ale widowisko to jednak przeznaczone nie jest dla stosunkowo młodych dorosłych a jednak dla dzieci (najlepiej z piątej klasy szkoły podstawowej) i w żaden sposób nie jestem w stanie patrzeć na nie ich oczami. Mogę tylko zakreślić zakres błędu i zastanowić się, co na dzieci może wpływać w teatrze? Co może je poruszać? Myślę, że piosenki są trafione, w końcu Disney uczy nas o tym od lat. Nie sądzę jednak, żeby w równy sposób działała na nie owa szorstka i bez wyrazu koncepcja aktorska. Mamy tutaj do czynienia z teatralnym trupem, który zmartwychwstaje tylko na czas śpiewu, a potem znów widzimy trupa.

Ale nie oszukujmy się, nieważna jest tutaj jakość; ważne że to lektura, i dzieci i tak będą tutaj masowo zwożone wycieczkowymi autokarami. Mam tylko nadzieję, że to nie jest jeden z tych spektakli, po którym teatr wpada w wieczna szufladkę „nudne". Mam nadzieję, że się mylę.

Magdalena Mąka
Dziennik Teatralny Kraków
1 lutego 2017

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Dzień Dziecka w Baju P...
Zbigniew Lisowski
Wycieczka po Teatrze Baj Pomorski w T...