Anioły bez skrzydeł

Anioły w Ameryce – reż. Marianne Elliott – National Theatre in London

Wybierając się na spektakl teatralny do Multikina, nie spodziewałam tych wszystkich wrażeń, które po dziś dzień (od pierwszej części minął równo tydzień) nadal wzbudzają we mnie wiele sprzecznych emocji. „Anioły w Ameryce" okazały się czymś wyjątkowym na wielu płaszczyznach. W momencie aplauzu na stojąco wiedziałam, że to ponad ośmiogodzinne wydarzenie stanowczo za wysoko podniosło poprzeczkę moich wymagań względem teatru. A przecież nic tego początkowo nie zapowiadało.

Przenosimy się do Ameryki połowy lat 80-tych XX wieku. Miejsca i czasu mało szczęśliwego dla ludzi o odmiennej tożsamości płciowej i kulturowej. To właśnie wtedy rozszalała się pandemia AIDS, na którą między innymi zachorowała dwójka głównych bohaterów. Prior Walter (Andrew Garfield) zaczyna widzieć duchy i anioły, oznajmiające mu, że jest wybranym prorokiem. Lecz jego bardziej zajmuje fakt, że zostawił go długoletni chłopak. Louis (James McArdle) zamiast spędzać czas przy szpitalnym łożu, wybiera łóżku ze swoim nowym kochankiem Josephem (Russell Tovey), który dopiero od niedawna zaczął być świadomy swej seksualnej odmienności, pozostawiając chorą żonę Harper (Denise Gough) samą sobie. Louis nie zdaje sobie sprawy, że Joe pracuje dla żądnego władzy i pieniędzy prawnika Roya Cohna (Mark Arnold), który, choć nie może w to uwierzyć, również zostaje zarażony wirusem HIV.

Trudno pisać o sztuce tak dobrze poprowadzonej fabularnie, a przy okazji dopieszczonej w najdrobniejszych szczegółach. Niełatwo stwierdzić, czy wątki w pierwotnej wersji zostały podzielone na główne i poboczne, bowiem nawet jeżeli tak się stało, nie sposób zobaczyć najmniejszej różnicy pomiędzy nimi. Akcja płynie. Na scenie teatru dzieje się bardzo dużo, ale nigdy w sposób przytłaczający widza. Sceny pełne humoru mieszają się z poważnymi - nadzwyczaj swobodnie. Z biegiem zdarzeń moja pierwotna wizja „Aniołów w Ameryce" zaczęła się zmieniać, zachęcając mnie do odczytywania tego tytułu w dwóch płaszczyznach.

Pierwszą z nich jest prosty, wymagający mało wnikliwego spojrzenia wydźwięk tej historii. Można przyjąć, że „Anioły w Ameryce" mają przede wszystkim bawić widza, pozwalając mu podejrzeć przez dziurkę od klucza amerykański świat homoseksualistów. Ujrzeć obraz ludzi chorych na AIDS, którzy ze względu na swoją tragedię tracą albo bliskich, albo swoją wysoką pozycję zawodową. Udaje się również podejrzeć problemy osobowościowe człowieka, zaczynającego przyjmować do świadomości swą odmienną tożsamość, który dla bycia z mężczyzną zostawia chorą małżonkę ku nieszczęściu własnej matki.

Jednakże można na to wszystko spojrzeć okiem bardziej wnikliwym i zastanowić się, jak wiele sytuacji udaje się odczytać mniej dosłownie. W „Aniołach w Ameryce" otrzymujemy ogromną ilość poukrywanych symboli, poprzez które twórcy zmuszają widza do szerszego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość. Wtedy też ów spektakl nie będzie dział się jedynie w Ameryce w XX wieku. Zostanie przybliżony do naszej współczesności, w której nadal ludzie chorują i umierają, kochają i nienawidzą, są dyskryminowali, a przede wszystkim walczą sami ze sobą o to, by nadal istniał sens jutra.

Między innymi o tym rozmawiają bohaterowie. Ich trafne obserwacje na temat sytuacji politycznej i kulturowej, w której się znaleźli, oraz szczere dialogi wychodzą poza teatralne role. Scenariusz do „Aniołów w Ameryce" to jedna z najlepiej napisanych myśli o życiu, śmierci, niebie, piekle oraz przede wszystkim o miłości. Bezpośrednio trafia do serca widza i może nawet udaje mu się zostać w nim nieco dłużej.
Choć – przyznam szczerze – nie potrafiłabym powiedzieć, jak wiele jest w tym zasługi samego tekstu, a ile mądrości i talentu reżyserki, i jak wiele pracy aktorów. Dawno już nie widziałam takiej naturalności, w której każdy odnalazł się tak naturalnie w swojej roli. Mogłabym na piedestale postawić Andrew Garfielda, którego ekspresja, umiejętnie powściągnięty sceniczny temperament, stosowny gest i głosu brzmiący najwłaściwiej do wypowiadanej właśnie frazy zmuszały mnie do podążania za kolejnymi decyzjami Priora Waltera. Właściwie każdy z aktorów zasługuje na owacje na stojąco za naturalnie i pięknie przekazane nam wartości, za efekt trudu włożonego w kreowane postacie.

Obejrzałam „Anioły w Ameryce" dzięki projekcji Multikina w wersji oryginalnej z polskimi napisami. Widziałam tylko to, co umożliwiła mi kamera. Nie zmienia to jednak faktu, że podziwiałam wyjątkową scenografię, w której najważniejszą rolę odegrały ruchome platformy oraz gra świateł. Na ogromnej scenie teatru wątki dzieją się równolegle i jedynie wygaszenie i włączanie poszczególnych sekwencji świateł przenosiły widza w świat innego epizodu. Nie zabrakło naturalnie efektów specjalnych, takich jak chociażby pochodnia zionąca ogniem pojawiająca się nie wiadomo skąd.

Warto wiedzieć, że „Anioły w Ameryce" to sztuka, za którą autor, Tony Kushner, otrzymał nagrodę Pulitzera, a także dwie nagrody Tony, dwie Drama Desk Awards, The Evening Standard Award i wiele innych. Na podstawie sztuki powstała opera skomponowana przez Petera Eötvösa i sześcioodcinkowy serial wyreżyserowany przez Mike'a Nichols'a. Dzieło Kushnera także i w Polsce zostało przychylnie przyjęte, a w głównych rolach polskiej wersji „Aniołów..." Krzysztofa Warlikowskiego odnajdziemy między innymi takie nazwiska jak: Stanisława Celińska, Magdalena Cielecka, Dorota Landowska, Maja Ostaszewska, Danuta Stenka, Andrzej Chyra, Maciej Stuhr i Jacek Poniedziałek.

Każdy, kto oczekiwał po tym spektaklu kontrowersyjnej, mocno przekombinowanej opowieści o gejach, mam nadzieję, że zmienił zdanie. „Anioły w Ameryce" to krótko mówiąc genialna, jedyna w swoim rodzaju, wielowątkowa sztuka, o której opinię trzeba wyrobić sobie samemu. To wydarzenie, w którym warto, a może nawet powinno się uczestniczyć. Szczególnie gdy myślimy o nim w kontekście konserwatywnego kraju, jakim jest Polska.

„Anioły w Ameryce", a dokładnie: „Anioły w Ameryce. Gejowska fantazja na motywach narodowych", to wielowątkowa sztuka skłaniająca do licznych przemyśleń filozoficznych bądź zwykła opowieść o wpływie choroby na ludzkie życie. Wyjątkowa, gdyż trwająca ponad osiem godzin - podzielona na dwie części – opowieść. Bo to teatr, którego racjonalność formy, stosowność warsztatowa i artystyczna stylizacja nie są jeszcze zbyt powszechnie widziane na deskach polskich scen. To także teatr nacechowany otwartością, wrażliwością, delikatną troską o drugiego człowieka oraz myśleniem o tym człowieku bez filtra kontekstu własnego, bez tak często ostatnio nadużywanej stygmatyzującej „klauzuli sumienia", która coraz bardziej naznacza i charakteryzuje naszą współczesność. Marianne Elliott zaaplikowała nam coś, co powinniśmy postarać się zrozumieć, zaakceptować, przyswoić i starać się stosować we wszelkiego rodzaju relacjach pomiędzy dalszymi i bliskimi nam ludźmi, z przydarzającymi się nam kłopotami ze zrozumieniem najbliższych nam istot. Do nas, chcących poznać i zrozumieć problemy naszej zachodnioeuropejskiej cywilizacji, do której przynajmniej część z nas chciałaby należeć, kieruje przesłanie tego spektaklu.

Gorąco polecam, bo to spektakl mądry, ciekawy, atrakcyjny, pełen smutku i uśmiechu, dla młodych, i niemłodych. A dla wrażliwych - bardzo przydatny do życia.

Marta Cecelska
Dziennik Teatralny
20 listopada 2017
Portrety
Marianne Elliott
Wątki
Teatr w kinie

Książka tygodnia

Polski teatr po upadku komunizmu. Lupa, Warlikowski, Klata
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia