Antypolski paszkwil

"Wyzwolenie" - reż. Anna Augustynowicz - Teatr Polski w Warszawie

Ten spektakl został zrealizowany dla uczczenia 106. rocznicy powstania Teatru Polskiego w Warszawie i 150. rocznicy urodzin Stanisława Wyspiańskiego. Jednak takiego prezentu urodzinowego nie życzyłabym nikomu. Ta inscenizacja "Wyzwolenia" Stanisława Wyspiańskiego to hańba dla teatru. O pani reżyser Annie Augustynowicz zaś można tylko powiedzieć, że lizusostwo w stronę lewackich środowisk realizujących ideologię tzw. poprawności politycznej się nie opłaca. Bo jaki jest tego efekt - widzimy na scenie: chaos, bełkot, bezsens. Miernota.

Toteż nadziwić się nie mogę entuzjastycznym recenzjom. A jeszcze bardziej zdumiewa mnie przypisywanie spektaklowi myśli, wartości, przesłań, których w tym przedstawieniu nie ma. Bo spektakl Augustynowicz jest pusty i prymitywny. Z tego, co widać na scenie, można wysnuć wniosek, iż jedyny cel, jaki przyświecał pani reżyser, to "dowalić" katolikom, Kościołowi, środowiskom patriotycznym pielęgnującym tradycyjne, konserwatywne wartości. No i oczywiście umizgiwanie się do liberałów i lewaków. Stąd tekst pozmieniano w wielu miejscach, podopisywano kwestie, dołożono fragmenty innych utworów Wyspiańskiego (w tym ze "Studium o Hamlecie", z czym już sobie zupełnie nie poradził Grzegorz Falkowski jako Konrad). Nie mówiąc już o całkowicie "położonych" wielkich monologach zawartych w dramacie. Wprawdzie kilkakrotne pojawianie się Jerzego Treli i świetnie wygłoszony przezeń słynny monolog "Chcę, żeby w letni dzień", a także scena z Konradem - Falkowskim, gdzie Trela gra rolę Starego Aktora, to chwile najlepsze w spektaklu, ale za mało, by ratować przedstawienie, które moim zdaniem jest nie do uratowania w tej wersji interpretacyjnej i inscenizacyjnej, którą proponuje Anna Augustynowicz, a także w tej wersji obsadowej.

Żenująco nieudana rola Grzegorza Falkowskiego jako Konrada jest kompromitacją aktorską. Zresztą, nie tylko jego. Wystarczy popatrzeć, co wyprawia na scenie Dorota Stalińska. Niby to wróżka, ale my na scenie widzimy jakąś obłąkaną, chwilami agresywną wiedźmę, wywrzaskującą swoje kwestie. Tak prowadzi tę postać Stalińska.

Pomysł Anny Augustynowicz, by pokazać na scenie zbiorowisko Polaków jako motłoch, hołotę składającą się z niedorozwiniętych przygłupów, gdzie jakiś prymitywny ksiądz z wiadrem wody (niby święconej) macha kropidłem jak miotłą, święcąc wszystko, co popadnie. Nawet widownię. Aktor zapewne uważa, iż gra w amatorskim kabarecie. Nie lepszy jest robiący dziwaczne miny Prymas grany przez Jerzego Schejbala. A co ma oznaczać kobieca postać nierozstająca się z młynkiem do kawy? Albo inna, jakaś niezrównoważona psychicznie kobieta trzymająca figurę Matki Bożej. Co mają oznaczać cierniste korony na głowach prymitywnego tłumu coś bełkoczącego? Dlaczego Geniusz - Mickiewicz (w tej roli Mirosław Zbrojewicz) schodzący z pomnika, owinięty "kibolskim" szalikiem w narodowych polskich barwach z wizerunkiem orła, ów szalik składa niczym stułę księżowską i kładzie na mównicy, a dalej następuje bluźniercza parodia Eucharystii? Albo dlaczego Marcin Bubółka gra postać Reżysera jako chłopczyka?

Niech Anna Augustynowicz nie wpaja widzom, że pokazuje na scenie dyskurs między kilkoma pokoleniami. Bo tego w tej inscenizacji nie widać. Aktorzy wałęsają się po scenie, Konrad Falkowskiego głównie jest milczący, a nawet jeśli mówiący, to i tak nic z tego nie wynika, czyli nadal jakby milczący. A właściwie gdyby go na scenie nie było, pewnie nikt by nawet nie zauważył. Podobnie jak trudno zobaczyć niezwykle ważną u Wyspiańskiego scenę z Maskami, bo jej tu po prostu nie ma. W tym postmodernistycznym bełkocie reżysersko-aktorskim niezauważenie "przelatuje" jakże istotna dla dramatu część rozgrywająca się w katedrze wawelskiej z aktu III.

Czyżby "Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego wyreżyserowane przez Annę Augustynowicz według lewicowej "partytury" ideologicznej miało pełnić funkcję publicystyczno-propagandową? Bo przecież nie artystyczną. Ta przestrzeń (poza kilkoma wyjątkami, jak sceny z Jerzym Trelą) jest tu sprowadzona do zera.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
20 lutego 2019

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...