Aplauz błazna

"Paw królowej" - reż. Paweł Świątek - Narodowy Teatr Stary im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Spokorniała nam ostatnio Masłowska. Buntownicza, krótkowłosa fryzura ustąpiła włosom do ramion. Wizerunek awanturniczki liżącej słoik z burakami przemienił się w obraz szczęśliwej kobiety patrzącej w niebo. Pisarka zamieniła glany na spódnicę. Ta przemiana dobrze odbija się w najnowszym dziele Masłowskiej - Kochanie, zabiłam nasze koty. Gdzie jest ta dawna kontestatorka polskiej rzeczywistości? A może rodowite realia nie budzą już w niej takiego sprzeciwu?

Nachodzą mnie te pytania, gdy oglądam sceniczną wersję "Pawia królowej". Druga powieść pisarki była zbliżona do poetyki książek Sławomira Shuty. Ostry, pełen wulgaryzmów język został tutaj ubrany w konkretną formę, której brakowało w "Wojnie polsko-ruskiej". Nie da się jednak ukryć, że stylistyka Masłowskiej jest zbyt chaotyczna. Nie pozostaje to bez wpływu na to, co dzieje się na scenie. W całej powieści zdania rymują się niczym wersy hiphopowych piosenek. Daje to twórcom teatralnym ciekawy materiał. Problem w tym, że dużym partiom tekstu brakuje rytmiki. Masłowska oddała niedźwiedzią przysługę raperom, ponieważ zastosowana przez nią stylizacja przedstawia sztukę ulicznego rymowania w sposób stereotypowy. Opiera się ona u niej na rymowaniu czasowników lub przedłużaniu zdań bez oglądania się na płynność i brzmienie.

Paweł Świątek nie traktuje jednak wystawianego tekstu jak monolitu. Rapowanie (cokolwiek groteskowe) występuje tutaj na szczęście rzadko. Aktorzy operują scenariuszem w szerokim zakresie. Śpiewają, nucą, recytują, chociaż niejednokrotnie gubią przy tym tempo wypowiadanych kwestii. Za pomocą głosów samych grających tworzy się tutaj tło muzyczne. Znane melodie, jak m.in. ,,Lollipop", towarzyszą poszczególnym sekwencjom. Przez scenę przewija się cała galeria postaci z Pawia: celebryta Stanisław Retro, który godzinami gra w ,,Rambo"; Patrycja Pitz, marząca o życiu jak z telewizji; Anna Prasik, fanka Stanisława, konsekwentnie śledząca idola; dziennikarka Małgorzata, zadająca pytania z całą sztucznością, jakiej wymaga telewizja.

Twórcy w ślad za autorką wyśmiewają układy panujące w ,,warszafce", moralne zepsucie ,,gwiazd" czy wszechobecny mediany banał. Ale te spostrzeżenia już u Masłowskiej nie były pierwszej świeżości. Wprost przeciwnie, Świątek kpi z banalności pewnych zjawisk, ale sam w taką trywialność popada. Spektakl nie jest jadowitą wiwisekcją ,,świata lepszych", bowiem posługuje się tego świata stylistyką, pełną efekciarstwa i uproszczeń. Aktorzy nie dostają do zagrania żadnych konkretnych ról. Odgrywają jedynie pewne zachowania. Opowiadają jedynie o postaciach, które mogliby zagrać. Tym samym indywidualne historie stają się tylko opowiastkami, do których nie przywiązuje się szczególnej uwagi.

Natłokiem słów próbuje się osiągnąć kilka efektów naraz. Jednym z nich ma być wydźwięk komiczny. Rzeczywiście, nie sposób chociaż nie uśmiechnąć się, gdy słyszy się niektóre wiązanki w udanych interpretacjach aktorskich. Ale są to tylko smaczki wobec pozostałego słowotoku. Opowiadane na bieżąco koleje losu poszczególnych postaci są obfite w szczegóły. Nie znajduje to swojego odbicia w działaniu scenicznym. Powstaje tym samym wrażenie dysonansu. Poprzebierani w białe koszulki i spodenki aktorzy chyba nie do końca wiedzą, na czym mają się skupić. Mimo to młody zespół stara się wspomagać siebie nawzajem. Nie ma tutaj kreacji w pełnym tego słowa znaczeniu. Grający bawią się po prostu tekstem. Najbardziej swobodnie czuje się w tym Małgorzata Zawadzka.

Odnoszę wrażenie, że całe zamieszanie wokół tego widowiska wynika z tego, że sięgnięto po powieść znanej pisarki. Sam Świątek jest kolejnym reżyserem powielającym oklepane postmodernistyczne rozwiązania. Kompletnie pozbawione sensu jest wprowadzenie na scenę symbolu Anonymus - maski Guya Fawkesa. Inscenizator zapewne zrobił to, żeby Paw zyskał szerszy kontekst. Tylko że absolutnie nic z tego nie wynika. Scenografia pokazuje salę dyskotekową, w której zamiast kuli pod sufitem podwieszono piłkę gimnastyczną. ,,Blichtr, fitness, zabawa i lans: oto show-biznes" - zdaje się mówić Świątek. Symbolika z jakiej korzysta razi jednak uproszczeniami i brakiem wiary w inteligencję widza. Jeśli bowiem odejmiemy tekst Masłowskiej od rozwiązań inscenizacyjnych, spotkamy się z zupełną pustką. Tylko język autorki "Wojny polsko-ruskiej" pozwala na utrzymanie uwagi publiczności.

Odbiorcy oferuje się tutaj wideoklip w stylu Bloodhound Gang, ale pozbawiony podobnej siły rażenia. Chwilami jest śmiesznie, częściej jednak nudnawo. Pytanie tylko, kto nadmuchał ten cały balon? Widzowie, recenzenci, a może Nike?

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
25 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia