Arcydzieło realizmu

"Zabić prezydenta" - reż. Piotr Ratajczak - Teatr Współczesny Szczecin (Teatr Mały)

Kiedy w grudniu 1922 roku Eligiusz Niewiadomski dokonał zamachu na świeżo zaprzysiężonego prezydenta Gabriela Narutowicza cały świat zastanawiał się, co tak naprawdę stało za tym dramatycznym czynem.

Odpowiedzi na pytanie szukali dziennikarze, psycholodzy, pisarze, a także nieliczni znajomi artysty, ale wersji wydarzeń było co najmniej tyle, ilu autorów domysłów. W najnowszej sztuce szczecińskiego Teatru Współczesnego „Zabić Prezydenta", Eligiusz staje przed publicznością we własnej osobie i – niczym na akademickim wykładzie – krok po kroku wyjaśnia swoje motywacje. A przynajmniej tak mu się wydaje...
W krótkim i bardzo dynamicznym spektaklu, wyreżyserowanym przez Piotra Ratajczaka, w rolę Niewiadomskiego wcielił się Arkadiusz Buszko. Pomimo ascetycznej formy samego monodramu i ograniczonego arsenału środków wyrazu jakimi dysponował aktor, udało mu się stworzyć zaskakująco wiarygodną, wielowymiarową kreację malarza. Już podczas zajmowania miejsc, widzowie byli entuzjastycznie witani przez Buszkę na sali, co delikatnie zatarło granicę między teatrem a rzeczywistością i pomogło zbudować wrażenie uczestniczenia w czymś w rodzaju wykładu na temat twórczości prelegenta (wszak Niewiadomski pracował m.in. jako wykładowca i krytyk sztuki). Gdy już rozpoczął swoją przemowę był rzeczowy i opanowany, choć z miejsca dostrzegało się w nim charyzmę, jaką musiał emanować odgrywany przez niego bohater. Opowiadając o twórczych założeniach i prezentując obrazy artysty (jak choćby „Portret Stefana Żeromskiego") za pomocą projekcji, spokojnie wyjaśniał zasady, jakimi malarz kierował się w sztuce. Przechodząc do komentowania recepcji jego dzieł, która wyraźnie mijała się z oczekiwaniami Niewiadomskiego, doskonale oddawał stopniowo budzącą się w nim irytację. Kiedy zaś dotarł do politycznych wątków biografii malarza, publiczność mogła naprawdę przekonać się, na czym polegał opisywany w biograficznych artykułach, zadziwiający kontrast między lodowato spokojną powierzchownością malarza a jego kipiącym niczym przelewająca się magma wnętrzem. Przysłuchując się prowadzonemu przez niego z wielką mocą, hipnotycznemu wywodowi, łatwo było dać się opętać jego retoryce. Uwierzyć i przyjąć podsuwane przez niego racje, traktując je jak własne.

W tym właśnie tkwi siła spektaklu „Zabić prezydenta". Odbiorcy mimochodem stają się jego częścią. Występują w roli świadków przemiany bohatera z malarza i krytyka sztuki w aktywnego działacza politycznego. Słuchają, jak z pasją opowiada o swoich kolejnych krokach jako członka tajnej Ligi Narodowej, tropiciela szpiegów w szeregach polskiego wojska czy porywczego uczestnika walk o niepodległość ojczyzny, śniącego o efektownych akcjach, takich jak wysadzanie mostów na Wołdze i – chcąc nie chcąc – muszą zdecydować, co jest bezpośrednim motorem podejmowanych przez niego decyzji, a co więcej, uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nie zaczynają nagle podzielać zapędów mówcy. Rozmaite przesłanki (z których najbardziej przekonującą jest w moim odczuciu zmienne, jakby trochę przypadkowe typowanie ofiary – najpierw Piłsudskiego, później Narutowicza) wskazują na dręczące artystę poczucie niespełnienia, pozostawania niezauważonym i niedocenionym. Nieprzychylne reakcje otoczenia, które odbiera on jako rażącą ignorancję, mają swój początek w sposobie odbioru jego sztuki. Jest ona lekceważona, ponieważ – jak twierdzi Niewiadomski – reprezentuje niemodny realizm, tymczasem to właśnie w tym nurcie malarz widzi najlepszą drogę do wyrażania prawdy. Z podobnym lekceważeniem spotykają się jego polityczne projekty i propozycje. Niezrozumiany i odrzucony na wielu frontach jednocześnie, artysta zmaga się z narastającą frustracją, która okazuje się zabójcza dla osoby o tak wybujałym ego.

Jego nastroje podgrzewa kampania nienawiści skierowana przeciwko Narutowiczowi, którego na piedestał wyniosła lewica do spółki z mniejszościami narodowymi i partią PSL „Piast". Sfrustrowany Niewiadomski, pielęgnujący w sobie prawicowe przekonania i rozpaczliwie łaknący wielkiego, znaczącego czynu, okazuje się podatnym gruntem dla zasiewanego dookoła ziarna i dokonuje dramatycznego wyboru. Scenę morderstwa w spektaklu oddaje prosty, acz doskonale wykorzystany gest umazania czystych blejtramów krwistoczerwoną farbą. W ten oto sposób malarz tworzy największe ze swych realistycznych dzieł, które jest jednocześnie zabójstwem i samobójstwem (choć Niewiadomski nigdy nie przyznałby się przed sobą do planowania tego drugiego).

Spektakl „Zabić prezydenta" to nie tylko fenomenalnie wygrana, pozbawiona zapychaczy (skromną, lecz wymowną scenografię dopełniają wyłącznie ubogacające całość projekcje z wycinkami prasowymi i fragmentami filmu Kawalerowicza „Śmierć prezydenta", przygotowane przez Kingę Dalską) i przemyślana co do centymetra realizacja sztuki Piotra Rowickiego. Osobiście postrzegam go także jako ważne i aktualne ostrzeżenie przed podsycaniem agresywnych społecznych nastrojów, za którym w równym stopniu stoją obliczone na zysk działania mediów (sterowanych przez różne strony), jak i hejt rozsiewany przez jednostki – czasem dla określonych korzyści, częściej z małostkowości, rozżalenia prywatnymi sprawkami i zwykłego braku wyobraźni.

Do czego może to prowadzić przekonaliśmy się w ostatnich latach kilkakrotnie. Najbardziej boleśnie podczas aktu samospalenia dokonanego przez Piotra Szczęsnego pod Pałacem Kultury i w dniu zamachu na prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza.

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny Szczecin
11 października 2019
Portrety
Piotr Ratajczak

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia