Arcydzieło w populistycznej oprawie

"Trojanie" - reż. Carlus Padrissa - Opera Narodowa w Warszawie

Funkcjonowanie pojęcia "konia trojańskiego" jako metafory podstępem wprowadzonego niebezpieczeństwa dla całego narodu jest wciąż aktualne. Także i dziś, także i u nas. A premiera opery Hectora Berlioza "Trojanie" w Operze Narodowej pokazuje, że ów koń trojański ma nawet wymiar futurystyczny

Reżyser opery Carlus Padrissa zainspirowany filmem George´a Lucasa "Gwiezdne wojny" umieścił akcję w kosmosie, bohaterów ubrał w kosmiczne kostiumy i na scenę wprowadził wielkiego potwora o nazwie koń trojański, który zaraża wyjątkowo parszywym wirusem, prowadząc do całkowitego zniszczenia społeczeństw. W reżyserii Carlusa Padrissa wojna oznacza zawirusowanie przeciwnika. Jest to oczywiście aluzja do odkryć technologicznych, które obracają się przeciwko człowiekowi. Jedni infekują drugich i tak wyniszcza się cywilizacja. W związku z tym na scenie jest jak w kosmosie. Rozmaite elementy jakby żywcem wyjęte czy to z "Gwiezdnych wojen", czy z gier komputerowych. Nagromadzenie wątków i multimediów.

W pierwszej części opery Kasandra na tle tego ogromnego potwora, czyli kosmicznego konia trojańskiego, wygląda jak bajkowa Calineczka. Tylko ona czuje podstęp w tym "prezencie" od Greków. Wie, że to pułapka. Ale nikt jej nie słucha, nikt nie bierze serio jej przepowiedni o zagładzie Troi. Rozradowani mieszkańcy wprowadzają kosmicznego konia-smoka do miasta. I wtedy z brzucha potwora wyskakują greccy żołnierze, każdy z bronią, czyli laptopem, z którego w każdej chwili można wystrzelić wirusa. Aż roi się od błyszczących laptopowych monitorów. W finale zostaną wykorzystane do ułożenia metaforycznego stosu lub też - jak kto woli - grobowca, w którym spocznie Dydona, popełniwszy samobójstwo z miłości do Eneasza. Pomysłowości reżyserowi nie brakuje, raz po raz zaskakuje widza jakąś nowinką techniczną...

Dynamiki dziania się rozmaitych zdarzeń dopełniają projekcje wideo. Ileż tam różności, już niekoniecznie kosmicznych. Dużo dzieje się na ekranie, dużo w żywym planie na scenie. Wszystko jest ogromnych rozmiarów i ma charakter monumentalny. Tylko czy ten multimedialny spektakl można jeszcze nazwać operą? Pod względem muzycznym oczywiście tak. Ale w planie inscenizacyjnym jest to po prostu wielkie, populistyczne widowisko, dla którego najbardziej adekwatnym miejscem jest nie tyle scena teatru operowego, ile zewnętrzna, otwarta przestrzeń pleneru. Ulica, skwer, park. Widowisko to pod względem rozmachu inscenizacyjnego ma wiele cech charakterystycznych dla teatrów ulicznych. Potrzebuje wielkich przestrzeni, w których artyści i ogromne rekwizyty mogą swobodnie poruszać się w miarę rozwoju akcji. Bo w ujęciu Carlusa Padrissa "Trojanie" są operą akcji. I to akcji opowiedzianej futurystycznie w gatunku science fiction. Owszem, nie brakuje scen bardzo ciekawych plastycznie i interesująco rozwiązanych. Na przykład Kapłan Plutona (Robert Dymowski) pożerany przez węże to znakomicie pomyślana i zrealizowana scena zarówno w sensie plastycznym, jak i choreograficznym. Doskonała robota.

Ale w którymś momencie jednak następuje przesyt multimedialności i chciałoby się zobaczyć tę tak rzadko wystawianą w całości - a w Polsce po raz pierwszy - operę Berlioza w "normalnym" kształcie artystycznym. W inscenizacji wypływającej wprost z partytury muzycznej. Bo te wszystkie efekty techniczne bawią, zajmują jedynie oko (i to też tylko do pewnego momentu), ale nie mają żadnej myśli przewodniej. Nie tworzą spójnego obrazu pod względem myśli przewodniej czy idei plastycznej. Eklektyzm w scenografii, kostiumie, rekwizytach. Prezentowane obrazy w zasadzie mają charakter dość infantylny. I nie wynikają z partytury. Ale na pewno są bardzo atrakcyjne wizualnie.

Natomiast największą, niezaprzeczalną wartością tego spektaklu jest część muzyczna. Bardzo piękna, dramatyczna muzyka tej opery, znakomicie oddana przez orkiestrę pod batutą Valerego Gergieva, to dla publiczności prawdziwa uczta duchowa. Do tego tak znakomici soliści jak Francuzka Sylvie Brunet, która swym doskonałym sopranem dramatycznym i świetną interpretacją aktorską wyraża stan ducha Kasandry wieszczącej nadchodzące niebezpieczeństwo dla całego narodu. Dydona Anny Lubańskiej, wielkiej artystki dysponującej jednym z najpiękniejszych mezzosopranów, to duże wyzwanie wokalne dla śpiewaczki. Jej bohaterka przeżywa ogromną rozpiętość uczuć: od strachu i smutku do radości, od wielkiej miłości do silnej nienawiści zakończonej tęsknotą za ukochanym Eneaszem i targnięciem się na własne życie. Wprawdzie trochę brakowało mi u Anny Lubańskiej takiej stricte aktorskiej ekspresji w budowaniu postaci Dydony, ale w końcowych scenach głęboki, mocny głos artystki w pełnych wyrazu frazach doskonale oddał tragizm przeżyć jej bohaterki. Także świetne wykonanie męskich partii, na przykład Eneasza (Sergey Semishkur) czy Narbala (Rafał Siwek). Wreszcie wspaniale wybrzmiewający chór znakomicie przygotowany przez Bogdana Golę.

Napisane w połowie XIX wieku arcydzieło "Trojanie", pięcioaktowa heroiczna opera o wojnie, podstępem zdobytej władzy, tragicznie zakończonej wielkiej miłości Dydony i Eneasza - niestety jest dość rzadko wykonywana. A już obejrzenie i usłyszenie całości dzieła to wyjątkowa sytuacja. Nie doświadczył jej autor Hector Berlioz - nigdy nie widział swojej opery w całości na scenie.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
19 stycznia 2011

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia