Artysta naprawdę smutny

"Komediant" - reż. Waldemar Śmigasiewicz - Teatr Powszechny w Warszawie

W czasach największej ekspansji teatru, czyli w wiekach średnich, komedianci nie byli obiektami szczególnego uwielbienia. Raczej pokpiwano sobie z nich, a nawet gardzono profesją aktora, którą stawiano w rzędzie najbardziej podłych zajęć, jakich może się podjąć dorosły człowiek. Dopiero wielka reforma europejskiego teatru postawiła ten zawód na piedestale. Aktorstwo stało się misją, a jako rzemiosło - tematem wielu sztuk teatralnych

Reżyser i aktor z wykształcenia są osobami, które (jak mało kto) znają środowisko twórców teatralnych i realia powstawania spektaklu. Waldemar Śmigasiewicz, bo o nim tutaj mowa, wziął na warsztat komedię, w której mogli się osobiście wypowiedzieć zarówno on (jako reżyser), jak i każdy aktor uczestniczący w omawianym projekcie artystycznym.

„Komediant” Thomasa Bernharda wpisuje się w krąg dzieł nacechowanych autotematyzmem. Jeżeli bowiem w teatrze widzimy na scenie aktora przygotowującego się do odegrania komediowej roli, to ta komedia jest z definicji autotematyczna, zorientowana na rozmowę o tworzywie teatru, jego istocie i kondycji aktora w tym miejscu. Kazimierz Kaczor spełnia wszystkie warunki, aby stać się na tej podwójnej scenie prawdziwym koryfeuszem. Posiada zdolności przywódcze, a przynajmniej sprawia takie wrażenie na widzach spektaklu. A spektakl dopiero co miał swoją premierę. W takim stadium sztuka jeszcze ewoluuje i dochodzi do ostatecznego kształtu, ale dziś już można z czystym sumieniem stwierdzić, że jest to autentyczny sukces.Wielka w tym zasługa autora, Thomasa Bernharda.

Największy austriacki dramatopisarz i prowokator bezwzględnie analizuje psychikę aktora. Wkłada w jego usta niepoprawne politycznie teksty, czym prowokuje widza i rozśmiesza go do łez. Być może jest to szczery aż do bólu śmiech przez łzy, ale widziałem na widowni tak żywe reakcje, że wszelkie tropy zawarte w dialogach i monologu okazują się niezwykle trafne. Thomas Bernhard rozlicza się w „Komediancie” z teatrem, zawodami aktora i reżysera, a także dramatopisarza.

Kazimierz Kaczor świetnie odgrywa przypisane swojej postaci kompleksy, jakie ona miewa. Jest zarazem śmieszny, tragiczny i ironiczny. Wydaje mu się, że zjadł wszystkie rozumy, a przy tym prezentuje całą gamę lęków i uprzedzeń właściwych jednostkom wybitnym, ale zarazem apodyktycznym. Niezważający na żadne okoliczności aktor i dyrektor własnej trupy teatralnej, terroryzuje rodzinę, którą zaangażował do inscenizacji swojej sztuki. Chorobliwie ambitny człowiek traktuje swoich najbliższych jak marionetki w teatrze kukiełkowym. Ten niespełniony w życiu demiurg usiłuje się odegrać na scenie. Naprawdę jest smutnym, samotnym i niezrozumiałym artystą. Najwierniejszym powiernikiem jego skarg i żalów jest właściciel prowincjonalnej gospody, w której ma się odbyć przedstawienie. Raczej: miało się odbyć, ale nigdy do niego nie dojdzie. Stonowany w reakcjach Krzysztof Stroiński w roli słuchacza monologu Kazimierza Kaczora wypadł rewelacyjnie. Z właściwym taktem i dystansem prowincjonalny oberżysta chłonie słowa wielkiego aktora. Ten, widząc zainteresowanie partnera, usiłuje wciągnąć go w rozmowę, a gdy mu to nie wychodzi, terroryzuje po kolei wszystkich członków swojej rodziny. Przekonująca gra Anny Moskal, teatralnej córki maestro Bruscona, Sary, i równie starannie wystudiowane zachowanie Michała Napiątka w roli syna, Ferrucia, potrafią doprowadzić postronnego obserwatora do ekstazy. Szczególnego rodzaju są te emocje, bo nie ma w nich aktów strzelistych, ale naprawdę sięgają one zenitu. Pod naciskiem skupionego na swoich celach egoisty, dzieci eksplodują w krótkim, emocjonalnym monologu, po czym przestraszone cichną i powracają do swoich zwyczajnych ról posłusznych sług, wykonawców poleceń ojca. W tym komediodramacie, czy raczej tragikomedii skonstruowanej z ludzkich niepowodzeń, najbardziej niesamowite jest milczenie. Wymowna pauza, jaka następuje po naszpikowanych kalumniami wykrzyknikach, sprawia równie silne wrażenie na odbiorcy, jak najbardziej intensywny dialog bohaterów. Reżyser Waldemar Śmigasiewicz wypełnił te wymowne przerwy zabawną wymianą gestów, gombrowiczowską walką na miny i solowymi popisami drugoplanowych postaci dramatu.

Podobnie silne wrażenie jak reżyseria, wywołuje doskonale wkomponowana w akcję, ergonomiczna scenografia Macieja Preyera. Nawet teatr klasyczny dawno pożegnał się ze sceną pudełkową, a już na pewno w Teatrze Powszechnym nie po raz pierwszy mamy do czynienia z kompletnym przestawieniem sceny i widowni, łącznie z nowoczesnym operowaniem aparaturą dźwiękową i światłami. Można długo zachwycać się nad wyważonym doborem tych środków, ale trzeba zmierzać do finału. Zacytuję więc na koniec zamieszczoną w sieci notkę oceniającą omawiane przeze mnie dzieło: „ »Komediant« to niewątpliwie jeden z najlepszych dramatów Thomasa Bernharda, do którego wracają ciągle teatry na całym świecie, dając aktorom okazję do stworzenia wielkich kreacji, a reżyserom szansę na zmierzenie się z ironiczną wizją Bernhardowskiego teatru, w którego krzywym zwierciadle powraca znane już skądś pytanie o kondycję artysty: kapłan czy błazen?”

Zgadzam się w całej rozciągłości i polecam każdemu ten spektakl, bo każdy odnajdzie w nim cząstkę siebie.

Zbigniew Kowalewski
ksiazeizebrak.pl
14 lutego 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia