Artystów portret własny

"Portret Doriana Graya" - reż. Michał Borczuch - TR Warszawa

Można sobie tylko wyobrażać, jaką zabawę mieli aktorzy TR-u z Michałem Borczuchem. Współczesna, możliwa interpretacja powieści Wilde\'a jakoś narzucała od razu charakter współczesnej elity pokazanej w ,,Portrecie Doriana Graya". Bo to ona, a nie tytułowy bohater, gra główną rolę w spektaklu twórcy ,,Wertera".

Widać to już w pierwszej scenie. Henryk Wotton (Tomasz Tyndyk) i Bazyli Hollward (Sebastian Pawlak) siadają na ruchomych fotelach i przesuwają sobie wzajemnie mikrofon w dystyngowanym dialogu z pierwszego rozdziału książki. Portret Doriana, który przedstawia hrabiemu malarz, jest namalowany raczej w stylu Kandinsky’ego czy Francisa niż bliski kanonowi piękna młodego cherubinka. Z zachowania i ekstrawaganckich strojów można wywnioskować, że obaj rozmówcy to bohema swoich czasów. Wotton od razu stara się okręcić wokół palca zdezorientowanego Graya (Piotr Polak). Powoli wtajemnicza go w świat fleszy i wyuzdania elit, żyjących dla mediów i według mediów. Scena seksu Henryka z Gladys (Katarzyna Warnke) jest przykładem nasycenia wszelką namiętnością, sprowadzoną do pozycji, polecanych przez popularne poradniki.

Hrabia narzuca Dorianowi wizję rychłej śmierci i starości. Ten, przerażony ich realnością, pragnie dołączyć do grupy ,,pięknych wyzwolonych”. Fakt, że Gray jako tako nie posiada szczególnych talentów, nie sprawia, że on sam nie może poczuć się jak artysta. Artysta, którego pojęcie zostało dzisiaj zdewaluowane do umiejętnego wykorzystywania swojej twarzy. Obdarzony szczególną facecją Dorian staje się więc dla innych bóstwem – sam zresztą tę rolę chętnie przyjmuje. Wotton, zafascynowany tym zjawiskiem, nie zdaje sobie sprawy, że otworzył puszkę Pandory. Zakochanie Graya w swoim wizerunku stwarza go jako nowy symbol popkultury – obok Jamesa Deana, Marilyn Monroe i Kurta Cobaina. Wieczna młodość bohatera polega więc na utrwaleniu jego wizerunku, od którego staje się całkowicie zależny. Choć to on jest centrum świata, jest przez to kompletnie skrępowany. Jest bogiem tak długo, jak zechcą tego inni.

Twardy mechanizm kreowania medialno-kulturowych kultów pokazał Borczuch niezwykle celnie. Bardzo szybko Dorian wyrywa się spod wpływu Wottona. Postać kreowana przez Tyndyka to hochsztapler, gwiazdor małego ekranu. W jego zabawie z młodym towarzyszem czuć wyraźne konotacje z Fryderykiem z Gombrowiczowskiej ,,Pornografii”. Przebojowy, zmanierowany, choć jednocześnie skrajnie inteligentny, wygłasza wielki monolog o triumfie nowego hedonizmu. To on jest powiernikiem ,,nowej” sztuki, skupionej na twórcy, będącym jednocześnie zarówno własnym kreatorem, jak i dziełem. Sam sobą nie prezentuje żadnej innej wartości. Ostatecznie, po latach, już jako stary człowiek, po dziesiątkach sesji w solarium i operacjach plastycznych, boi się swojej starości i skażonej fascynacji Gray’em. Gladys jest zimna i nieczuła, stara się uwodzić Doriana, ale są to wyłącznie wyuczone zabiegi starej podrywaczki. Śpiewa rockową wersję „Non, je ne regrette rien”. Początkowo wodzi za nos każdego niemal mężczyznę w przedstawieniu, potem, jak i jej mąż, desperacko pragnie zbliżyć się do Doriana. Bazyli Pawlaka jest najosobliwszą postacią w spektaklu. Ćpun i samozwańczy artysta, kocha Graya czystą miłością, łączącą się z nienawiścią. Musi zginąć, bo wkracza w sferę boskości wielkiego znaku młodości, jakim jest jego obiekt admiracji. Sybilla Vane Julii Wyszyńskiej to karykaturalne wykrzywienie ideału miłości samego Graya. Gdy zostaje on odrzucony i zdyskredytowany, głównemu bohaterowi zostaje tylko skupienie na samym sobie.

I o ile obraz bohemy – Tyndyk, Warnke, Pawlak – został zobrazowany przez aktorów groteskowo, ale z wielkim polotem, o tyle rola Polaka pozostawia dużo do życzenia. Jego Dorian zupełnie niezauważalnie przechodzi kolejne fazy swojej psychologicznej ewolucji. Nie ma punktów węzłowych, które mówiłyby jasno o kolejnych transformacjach. Jakoś za łatwo przychodzi na przykład mu odrzucenie Sybilli. Czy to tylko wpływ Wottona? Może to być i wina reżysera, który świadomie pokazuje Graya jako marionetkę większych mechanizmów. Tym samym Polak wypada blado wobec swoich partnerów.

Jest jednak jeszcze James Vane (Lech Łotocki). Brat Sybilli, poszukując winnego moralnie śmierci siostry Graya, przeprowadza wywiad z środowiskiem Henryka. Przybiera to formę wywiadu, z którego robi się wielki talk-show. Później, gdy marynarz znajduje już Doriana, tańczą razem do ,,Sweet Thing” Davida Bowie. Oszukany Vane odchodzi, zostaje później zastrzelony rykoszetem przez Gladys, próbującą wyładować swoje frustracje, strzelając w powietrze z rewolweru. James jest znakiem odchodzącego pokolenia, próbującego szukać w sztuce sprawiedliwości i jakiejkolwiek ostoi. Że wygląda i zachowuje się żałośnie – to inna sprawa.

Borczuch musiał chyba czytać ,,Kiedy byłem dziełem sztuki” Erica-Emmanuella Schmitta. Tamtejszy Zeus Peter Lama został tu rozłożony na postacie hrabiego i malarza. Henryk-Harry dał ideę. Bazyli namalował obraz i wytatuował sobie na plecach tatuaż z twarzą Graya. Doszło do całkowitego uprzedmiotowienia sztuki. Odwrotnie niż u Schmitta, nie ma odkupienia. Dorian, świadomy swojego upodlenia, zasuwa prześwitującą zasłonę (otaczającą całą scenę) i na tym sztuka się kończy. Obraz krwawi, ale Gray nie może umrzeć. Jest symbolem; jego nieśmiertelność staje się dla niego przekleństwem.

Mimo bardzo bogatej treści, ,,Portret…” sprawia wrażenie epigona spektakli artystów z okresu Rozmaitości końca lat 90. i początku XXI wieku. Przeładowanie wulgaryzmami i skrajnym kiczem w pewien sposób były niezbędnym etapem dla dojrzewającego artystycznie Borczucha. W dodatku reżyser nie ufa Wilde’owi ani trochę. A szkoda, bo współczesny Oscar zapewne używałby ostrego języka; w swoim czasie był  przecież krytykowany za styl, jak dzisiaj Klata czy Kleczewska. Inna sprawa, że dialogi w ,,Portrecie…” to majstersztyk, a pozostał tylko manifest Wottona. Twórca ,,Branda” nawet nie próbuje idealizować Piękna, o którego apologię apelował pisarz. To zresztą jego metoda. W ,,Werterze” zmarginalizował całkowicie historyczne znaczenie Sturm Und Drang, w ,,Metafizyce dwugłowego cielęcia” odarł z iluzji fascynację Witkacego światem Australii i Oceanii. Borczuch działa wyłącznie analitycznie, pozwalając swoim aktorom na chwile samowolki w ściśle wyznaczonych granicach. To dlatego, mimo ideowej konsekwencji, sprawia jednak ,,Portret…” wrażenie przedstawienia przeintelektualizowanego treściowo w stosunku do formy. Reżyser zrobił to przedstawienie konsekwentnie, ale zastrzeżeń jest mnóstwo. Nie tak powstają wielkie dzieła. Bazylim Hollwardem Borczuch nie jest, jego ,,Portret” nie zachwyci.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
19 grudnia 2011
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...