Artystyczny śmietnik

"Straszny dwór" - reż. David Pountney - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

"Straszny dwór" to jedna z naszych najważniejszych oper narodowych, jeśli nie najważniejsza. Zarówno pod względem formalnym, jak i tematycznym zasługuje na taką pozycję w kanonie polskich dzieł narodowych. Tak jak instrumentalna muzyka Fryderyka Chopina zawiera w sobie kwintesencję polskości, tak opery Stanisława Moniuszki są najdoskonalszymi przykładami symbiozy idiomu polskości z formą muzyczną powstałą przed wiekami w odległej Florencji.

Libretto Jana Chęcińskiego powstało na podstawie "Starych gawęd i obrazów" Kazimierza Władysława Wójcickiego. Nie jest to wybitna literatura, ale też rzadko twórcy oper korzystali ze znanych i uznanych arcydzieł. To właśnie w "Starych gawędach" znalazł Władysław Wolski opowieść zatytułowaną "Góralka", na podstawie której stworzył następnie libretto do "Halki". Niezależnie od zasług Chęcińskiego jako reżysera, pedagoga i organizatora życia teatralnego w ówczesnej Warszawie, trudno uznać go za arcymistrza pióra, toteż akurat pod tym względem "Straszny dwór" nie zachwycał nawet kompozytora. Pisał zatem Moniuszko po warszawskiej premierze do swego przyjaciela Edwarda Ilcewicza: "Pieśń z kurantami starego zegara i prolog najwięcej się podobały. Orkiestra serdecznie mnie służyła. Kohler (w roli Macieja) tylko na trzeci raz zachrypł, że ledwo mówić mógł. Nowy mazur, rodzony "Halkowego" braciszek, ożywia czwarty akt, który w libretto bez życia wlecze się do wiadomego wszystkim od początku rozwiązania...".

Narodowa historia

Jak pamiętamy, rzecz cała dzieje się w pierwszej połowie XVTII w. Z wycieczki wojennej powracają do swego dworku dwaj rycerze - bracia Zbigniew i Stefan. Składają nawzajem "śluby kawalerskie" i postanawiają nigdy się nie żenić, aby w każdej chwili być gotowymi na wezwanie ojczyzny. Gdy jednak odwiedzają Miecznika, sąsiada i przyjaciela ich nieżyjącego ojca, zakochują się w jego pięknych córkach - Hannie i Jadwidze. Mimo intryg stryjenki Cześnikowej i sfrancuziałego Damazego oraz zabawnych nieporozumień, młodzieńcy postanawiają złamać nieopatrznie złożone śluby, wyznają miłość i proszą Miecznika o rękę jego córek, Stefan - Hanny, a Zbigniew - Jadwigi.

Ot i cała historia. Gdyby nie wspaniała muzyka: uwertura, tercet braci pancernych, Zbigniewa i Stefana oraz ich sługi Macieja do słów "W cichym domku modrzewiowym", aria basowa Skołuby "Ten zegar stary...", aria Stefana z kurantem "Cisza dokoła, noc jasna...", chór prząśniczek, aria-polonez Miecznika "Kto z mych dziewek serce której..." i mazur, nikt by nie pamiętał niezbyt interesującej opowiastki, odwrócenia "Ślubów panieńskich" Aleksandra Fredry. Jako arcydzieło muzyczne, pełne uczuć, melodyjności i nawiązań do polskiego charakteru, opera Moniuszki zyskała gen nieśmiertelności.

Nic zatem dziwnego, że to właśnie "Straszny dwór" wystawiany był z okazji ważnych wydarzeń i jubileuszy. Tak też było chociażby 20 listopada 1965 r. (a więc równo pół wieku temu) z okazji inauguracji działalności odbudowanego po wojennych zniszczeniach Teatru Wielkiego, a także z powodu przypadającej wówczas 200. rocznicy powstania Teatru Narodowego. Wówczas to wystawiono właśnie "Straszny dwór". Oczywiście bywały też premiery kolejnych inscenizacji "Strasznego dworu", które wystawiano bez konkretnej okazji. Jednak za każdym razem było to wydarzenie, jeśli nie artystyczne, to przynajmniej patriotyczne. Od momentu pojawienia się tej opery na scenie aspekt patriotyczny był niezwykle istotny. Czyż nie z tego powodu w czasie pierwszych przedstawień, gdy słyszano arię Stefana o utraconej w dzieciństwie matce, płakano nad utraconą ojczyzną? Czy nie dlatego rosyjska cenzura zdjęła tę z pozoru błahą komedię z afisza zaledwie po trzech przedstawieniach, mimo ogromnego zainteresowania warszawskiej publiczności? Tymczasem stara się nam wmówić, że nie musimy już w ten sposób odczytywać "Strasznego dworu", że patriotyzm to sprawa nieaktualna i nie warto przywoływać obrazu Rzeczypospolitej szlacheckiej "ku pokrzepieniu serc". Czy rzeczywiście każda lekcja patriotyzmu musi się kojarzyć z "napuszonym tonem i martyrologią", a nie z nowoczesnością?

Zgrabna błazenada

Brytyjski reżyser David Pountney po prostu zakpił z polskiej publiczności. A niewątpliwie zakpił ze mnie. Przynajmniej ja tak to odbieram... Być może uczynił to nieświadomie. W licznych wywiadach i enuncjacjach prasowych twórca inscenizacji bez oporów przyznawał, że nie rozumie i nie ma szans, by zrozumiał przesłanie Moniuszkowskiego dzieła, a szczególnie tak istotnego jego elementu jak owa pogardzana powszechnie "kontuszowość". Dlatego postanowił przenieść akcję z XVIII w. do wieku XX, a ściślej rzecz biorąc, do lat międzywojennych.

Toteż gdy rozsuwa się kurtyna, całą przestrzeń wypełnia "Cud nad Wisłą" Jerzego Kossaka, a gdy obraz znika, widzimy koszary i śpiących żołnierzy. Po porannej gimnastyce, ubierają się w mundury przedwojennych oficerów i szykują do powrotu. Do owego "domku modrzewiowego" z arii Stefana. A "domek" to miejsce, gdzie znajdują się ogromne schody oraz model dworku, sięgający nieco powyżej pasa bohaterów. Ale za to palą się w jego okienkach światła, a z komina unosi się dym. Wokół kręcą się wyfraczeni lokaje (jak to w każdym prowincjonalnym dworze), a zastępy ustawionych w szereg służących machają do rytmu... mopami. Istne "Downton Abbey"!

We dworze Miecznika i jego córek nie ma już śladu po międzywojniu, a żeński chór występuje w krynolinach, zaś ubrani na brytyjską modłę myśliwi prowadzą spór o to, kto zabił dzika. Tylko Miecznik występuje w kontuszu, dzięki czemu jego aria-polonez brzmi przekonująco i nie dziwią jego żądania w stosunku do przyszłego zięcia: "Niech kontusza i żupana nie zamienia w obcy strój!". A później lokaje przesuwają ogromne szafy z żywymi obrazami naśladującymi obrazy XVIII-wiecznych malarzy Francois Bouchera i Joseph-Marie Viena. Dlaczego i po co? Przecież żywe obrazy modne były dużo wcześniej, a nie w latach dwudziestych XX w.

Dość zgrabnie pokazana jest aria z kurantem, bowiem nie ma tu w zasadzie żadnej ingerencji reżysera. No i mazur! Rany boskie! Pomieszanie z poplątaniem... Tańczą jakieś postaci niczym z rosyjskiego baletu, biegają śnieżynki, pędzą sanie wymalowane w psychodelicznym stylu. Pojawiają się postaci z dell'arte, kręcące się parasolki i lambeth walk. Nagle na ekranie widać złowrogi cień samolotu, a rytm tańca się łamie. A więc zbliża się koniec pewnego świata. Ale jakiego? Czy tych postaci przebranych za reniferki i bałwanki? Symbolika nachalna niczym wymowa słusznie zapomnianego politfilmu "Pamiętnik pani Hanki"... Ale mazur niczym obłędny taniec z "Wesela" trwa, choć brytyjski Wernyhora jest wśród nas...

Spektakl "Strasznego dworu" stał się śmietnikiem znaczeń i rozmaitych skojarzeń wrzuconym do jednego worka. Tak naprawdę zaś akcja rozgrywa się w Polsce Alfreda Jarry'ego, czyli nigdzie...

Broni się tylko muzyka Moniuszki, chociaż też nie do końca. Orkiestra gra bez polotu i mija się co rusz z solistami, chór śpiewa też nierówno i niezrozumiale. Na szczęście są polskie i angielskie napisy. Świetny - jak zwykle - jest Adam Kruszewski jako charyzmatyczny Miecznik, tylko szkoda, że nie ma w nim dumy i dostojeństwa, a za przeproszeniem - pierdołowatość. Dzięki reżyserowi! Tadeusz Szlenkier i Rafał Siwek, jako Stefan i Zbigniew, są marni aktorsko albo też źle prowadzeni. Niezła jest Hanna, a na Jadwigę czekam, gdy tę niewielką stosunkowo rolę zaśpiewa Anna Bernacka. Ale dlaczego chórzyści, którzy byli atutem Teatru Wielkiego, śpiewają tak marnie? Okazuje się, że niedawno został zwolniony z pracy jeden z najlepszych fachowców w tej branży prof. Bogdan Gola, wieloletni szef chóru Teatru Wielkiego - Opery Narodowej. Jeszcze jeden dowód na to, że o wszystkim w teatrze operowym decydują zwykle niedouczeni muzycznie reżyserzy...

Dyryguje dyrektor muzyczny TW - Andryi Yurkevych, reżyseruje David Pountriey, autorami scenografii i kostiumów są Leslie Travers i Marie-Jeanne Lecca, a światłami zajmował się Fabrice Kebour. Chwalić Boga, że nie kazano bohaterom śpiewać po węgiersku! Patrz, Moniuszko, na nas z nieba. I zapłacz...

Stanisław Bukowski
Gazeta Polska codziennie
19 listopada 2015

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia