Bajka na dobry sen

"Życie jest snem " - reż. Lech Raczak - Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego

Skoro życie jest snem, ten spektakl to dualistyczna bajka: dzieje się na granicy średniowiecza i współczesności, w niekonkretnym miejscu, ale w Polsce. Jest industrialny zamek, postać nazywana królem i złowieszcza przepowiednia. To bajka z morałem - na dobry sen, na przebudzenie.

Lech Raczak chciał stworzyć bowiem spektakl nakłaniający widzów do przemyśleń, nie atakujący ich zbyt wieloma efektownymi obrazami. Sceneria ogranicza się właściwie do jednej, metalowej konstrukcji, która pozwala uzyskać na scenie kilka wertykalnych poziomów. Król pojawia się na podwyższeniu, po środku jest wydzielony obszar jakby tunelu, przejścia; zaś pod ziemią znajdują się więzienie. To tam przetrzymywany jest przez ojca książę Segismundo. Obserwujemy go na ekranach dwóch telewizorów ustawionych po bokach sceny.

Na scenie pojawia się mnóstwo podejrzanych osobliwości. Niektóre niepokojąco się snują, inne przebiegają chaotycznie. Przede wszystkim myślę tu o kobietach, były dosyć demoniczne: żądna zemsty Rosaura w czerwonej sukience, Zaufana Basilia w szpilkach tegoż koloru, ale przede wszystkim dwulicowa Estrella. Tę postać odgrywały równocześnie dwie aktorki, symetrycznie naśladujące swoje ruchy.

Centralną postacią „Życie jest snem" pozostaje jednak Segismundo. Kiedy wydostaje się na zewnątrz i pozbywa się jaskrawego, pomarańczowego stroju przestępcy, początkowo wydaje się dziki i nieokiełznany, ale później budzi pewien rodzaj zrozumienia. To do niego należą najważniejsze kwestie. Krzysztof Zych przez cały spektakl groźnie marszczy brwi i gra nieufną, brutalną, ale równocześnie niedoświadczoną i wrażliwą Bestię. Reakcje na jego zachowanie obnażają słabość pozostałych charakterów, głównie ojca –króla. Moim zdaniem ta rola została zagrana zbyt dramatycznie, Basilio w wykonaniu Macieja Tomaszewskiego jest aż nadto rozczulony i nieporadny. To samo tyczy się postaci kobiety w ostatniej scenie. Pomysł na wprowadzenie jeszcze jednej płaszczyzny snu jest genialny, ale patetyczne niepogodzenie Śniącej, w perspektywie całego spektaklu, który był raczej stonowany, jest lekko nieadekwatne i ostatecznie dezorientuje widza.

Za to najbardziej charyzmatyczna i najlepiej odegrana postać to zdecydowanie Clarin – w tej roli Krzysztof Boczkowski. Osoba błazna wprowadziła do spektaklu elementy groteski. Początkowo śmieszy swoim beztroskim podejściem do całej sytuacji oraz wymyślonymi naprędce filozofiami, i dlatego później jeszcze bardziej przeszywający jest moment jego zwątpienia.

Słowa Calderona wybrzmiewają odpowiednio, ponieważ, na szczęście, Lech Raczak postanowił trzymać się oryginalnego tekstu, a aktorzy bardzo naturalnie go przedstawili. Chwała mu również za to, że nie starał się użyć modnego, komercyjnego chwytu teatralnego – eksponowania nagości. Słowa uznania należą się także Pawłowi Paluchowi za świetnie dobraną muzykę i wybór instrumentów dętych, które oczywiście kojarzą się z królewskim dworem.

„Życie jest snem" to spektakl odbierany jako opowieść o dzisiejszym rodzaju fatum. Akcja przeniesiona w znane realia uzmysławia widzom, jak wielu spraw nie są w stanie kontrolować, jak kruche jest życie i ile w nim niepewności. Reżyser próbuje nakłonić odbiorców do popatrzenia na własne istnienie ze zdziwieniem i podejrzliwością. Świadomość domaga się poznania. Lecz tego reżyser nie umożliwia, daje tylko jedną radę: pogodzenie. Śpijmy spokojnie.

Gabriela Kwarta
Dziennik Teatralny Wrocław
21 czerwca 2013

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia