Bajka z miłością w tle

"Mała Syrenka" - reż. Petr Nosálek - Teatr Lalek Banialuka im. Jerzego Zitzmana w Bielsku-Białej

Bielska Banialuka miała niedawno okazję ponownie pozytywnie zaskoczyć swoich widzów, a to za sprawą premiery „Małej Syrenki", pięknej i ponadczasowej opowieści o miłości - uczuciu towarzyszącemu człowiekowi przez całe jego życie pod różnymi jej postaciami.

Okazję tę teatr wykorzystuje jak surfer wielką falę, a to dzięki Marcie Guśniowskiej, która swoim kunsztem dramatopisarskim z zamiłowaniem komponuje uroczą sztukę o miłości, której sięgnąć nie można. Ta niezwykle barwna - m.in. dzięki kostiumom Pavla Hubicki - adaptacja baśni Hansa Christiana Andersena sprawia, że każdy, bez względu na wiek, spędza godzinę pełną wrażeń zarówno, jeśli chodzi o przekazywane treści jak i zastosowany obraz.

Nie sposób nie wspomnieć przy okazji bielskiej premiery o amerykańskiej interpretacji baśni Andersena, którą rozpoczął sam Walt Disney, a dokończył po jego śmierci z wielkim rozmachem jego brat Roy, który przypadkiem natknął się na nieskończoną adaptację „Małej Syrenki". I tak, w 1989 roku odbyła się premiera animowanej, zgoła odmiennej wersji baśni, z charakterystycznym dla hollywoodzkiej kinematografii happy-endem. Niemniej jednak produkcja ta wielkimi literami wpisała w historię kina dzięki zastosowanym w niej z wielkim rozmachem i po raz pierwszy w historii animacji kinowej efektom komputerowym, takim jak wodne bąbelki i falujące wodorosty.

I tu przenosimy się z powrotem do Banialuki, gdzie efektowne obrazy nieustannie cieszą nasze oko. Od pierwszej sceny przekonujemy się, że wersja sceniczna wcale nie odstaje od tej filmowej! Pełną podziwu podróż zaczynamy od wodnego świata zaludnionego barwnymi postaciami. Powalające kostiumy, barwne światło i niebagatelna muzyka nie pozwalają widzowi oderwać wzroku i pozostałych zmysłów od sceny i rozpoczynającej się nań niezwykłej historii. Na pierwszym planie, w zwiewnej, błękitnej sukience, ze złotym falujący rybim ogonem  pojawia się ona - Mała Syrenka. Poznajemy ją w dniu 14-tych urodzin. Jest szczęśliwa, radosna, pełna uroczej energii i ... piękna. Nic dziwnego, że jej ojciec i siostry protestują przeciwko jej urodzinowemu przywilejowi ujrzenia po raz pierwszy świata ludzi na powierzchni oceanu. Poznajemy też wiernego towarzysza Syrenki - Konika Wodnego, postać jakże uwspółcześnioną i oderwaną od morskiego krajobrazu oraz rzeczywistości andersenowskiej. Błękitny irokez, „musztardowe" lenonki, zielone bojówki i skórzana kamizelka z płetwami nadają tej postaci odpowiedni, buntowniczy charakter - nie bez przyczyny, gdyż nasz bohater jest takim właśnie małym buntownikiem. Wydawałoby się, że jest to bardziej typek z bielskich błoni aniżeli z kart baśni, lecz mimo to jego emploi idealnie wpasowuje się w klimat spektaklu, a sam Konik zyskuje sobie sympatię widzów dzięki swej dobroduszności, przyjacielskości i oddaniu sprawie Syrenki towarzysząc jej podczas tej niezwykłej, miłosnej przygody do samego końca.

Oboje wyruszają wkrótce ku ludzkiemu światu na powierzchnię oceanu, gdzie stają się świadkami katastrofy, w której niemalże ginie człowiek. Jednak dzięki spragnionej kontaktu ze światem ludzkim Syrence, rozbitek zostaje uratowany. Odwdzięcza się ciepłym umiłowaniem jej głosu, gdyż tylko to zapamiętuje ze spotkania z nieznajomą. Zachłyśnięta urokiem młodzieńca złotowłosa Syrenka zakochuje się w nim. Świadoma jednak przeszkód ludzko-morskich, wbrew woli bliskich i mimo wyraźnych sprzeciwów przyjaciela, udaje się do mrocznego zakątka morskich toni, by spotkać się z Wiedźmą z Głębin. Tutaj po raz kolejny widzowie podziwiają fantastyczne kostiumy, tym razem w atmosferze grozy spotęgowanej grą świateł i tańczącymi postaciami, a wszystko to okraszone zostaje niedwuznaczną muzyką, która nie tylko w tej scenie sprawia, że widz czuje na plecach ciarki.

Przeszkodą w zdobyciu serca  młodzieńca jest jej odmienność, czyli rybi ogon, który Syrenka chce oddać i zyskać w zamian piękne nogi, by w ten sposób zamaskować to, czego jej wybranek mógłby nie zaakceptować. Wiedźma z rozkoszą spełni życzenie zakochanej, co jednak ma swoją cenę. Kandydatka straci głos do czasu, kiedy poślubi swojego wybranka, a jeśli to nie nastąpi, zmieni się w morską pianę, czyli zginie. Godzi się Syrenka na taki układ. Zaślepiona swoimi pragnieniami nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji tej decyzji. Dzięki eliksirowi uwalnia się z niechcianego złotego ogona i, tak jak chce, ma w zamian przepiękne nogi, którym nie oprze się zapewne uratowany przystojniak, a z którym już wkrótce udaje się do jego zamku.

Znajomość ta jednak nie zmierza w wymarzonym przez nią celu. Czegoś tu brakuje. Pojawia się pewna pustka, niezrozumiana prze niemą dziewczynę. Nie pada z jej ust żadne słowo, które mogłoby wytłumaczyć zaistniałą sytuację. Taka jest konsekwencja jej zachcianki. Pustkę tą wypełnia wkrótce inna kobieta, wybrana przez księcia na balu. Rozdarte serce Syrenki ratować próbuje przyjaciel, troskliwy Konik Morski, uciekając się jeszcze raz do ośmiorniczych macek Wiedźmy i jej towarzyszki - piskliwej, ciągle spragnionej frytek chudej ryby z wielką, kolorową głową. Te jednak widzą tylko jedno rozwiązanie. Jeśli nowa wybranka księcia zginie z rąk Syrenki, klątwa nie spełni się, a jej miłość znajdzie finał w ramionach księcia. W akcie desperacji Syrenka bierze do ręki sztylet. Ostrze kieruje w plecy rywalki, jednak w ostatniej chwili rezygnuje z okrutnego czynu. Klątwa wiedźmy triumfuje.

W ostatniej scenie przerażona, smutna i jednocześnie pogodzona z losem Syrenka w tej samej błękitnej sukience, lecz tym razem przy akompaniamencie tragicznie brzmiącej muzyki powoli znika ze sceny, powodując, że serce widza z jednej strony się kraje, a z drugiej napawa je bolesna, ale prawdziwa refleksja.

Reżyser bielskiej „Syrenki"– Petr Nosalek, cytując słowa swojego ulubieńca, Zbigniewa Herberta, mawia: „Powtarzaj stare zaklęcia ludzkości, baśnie i legendy, bo tam jest największa mądrość". I taki też był jego zamiar, aby jedno z największych pragnień człowieka – miłość, stała się choć przez chwilę tematem naszych przemyśleń po obejrzeniu spektaklu, zarówno u najmłodszego widza jak i dorosłego, gdyż do tych też spektakl jest adresowany. Nikt z nas miłości nie kupi ani nie zaskarbi sobie niczyjej sympatii, o czym boleśnie i na własnej skórze przekonuje się Syrenka. Przychodzi zapłacić jej za to najwyższa cenę, mimo że dostaje szansę  odwrócenia swego losu. Nie korzysta z niej jednak.

Nikt z nas nie zasłoni swojego „rybiego ogona" (gdyż, bez wątpienia, każdy z nas go ma) czymkolwiek on jest, bo - po pierwsze - się nie da; po drugie - pewnie nie warto, gdyż cena, jaką może przyjść nam za to zapłacić, może być zbyt wysoka, a po trzecie - tak na prawdę to ktoś może po prostu lubić to, co chcielibyśmy zasłonić.

Nie sposób wyjść z teatru nie będąc poruszonym historią Małej Syrenki. Opowieść ta bez wątpienia zatrzymuje nas na chwilę w miejscu i radzi przyjrzeć się nam samym, zatopionym w XXI-wiecznym świecie, wcale nie aż tak różnym od tego XIX-wiecznego, andersenowskiego.

Tomasz Słabaszewski
Dla Dziennika Teatralnego
2 marca 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...