Bankructwo Rudowłosej

"A, nie z Zielonego Wzgórza" - reż: K. Raduszyńska - Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

Serię książek autorstwa Lucy Maud Montgomery o życiu Ani Shirley z pewnością można określić mianem kultowej. Kolejne pokolenia młodych dziewcząt wychowywały się bowiem na historiach o rudowłosej marzycielce, która odnalazła dom, przyjaźń, a w końcu miłość. W wałbrzyskim spektaklu "A,nie z Zielonego Wzgórza" w reżyserii Katarzyny Raduszyńskiej Ania funkcjonuje jednak jako postać egzaltowana i archaiczna, a jej problemy nijak nie przystają do dylematów współczesnej kobiety

 Na scenie pojawiają się zresztą dwie Anie. Ta literacka jest wiecznie, niewiarygodnie uśmiechniętą ciężarną kobietą (oczywiście z burzą rudych loków), której największym sukcesem jest realizowanie wymarzonych od dzieciństwa ról: żony i matki. Druga to współczesna trzydziestolatka powracająca do rodzinnego domu, by ostatecznie się z nim pożegnać. Ich opowieści będą się dopełniać i przeplatać na zasadzie kontrastu XIX-wiecznego sposobu wychowania układnej panny i dzisiejszych kobiecych ambicji. 

Spektaklem rządzi dziewięć kobiet, występujących w rolach matek, żon, kuzynek, ciotek i przyjaciółek (na czele z tą najważniejszą – Dianą). Pojawiający się na scenie na moment Gilbert jest postacią bardzo eteryczną i - choć nosi strój arcymęskiego kowboja - wydaje się tylko nieśmiałym chłopcem. Przedstawienie otwiera śpiewny monolog Ani Shirley (bardzo dobra Rozalia Mierzicka), która z wielkim entuzjazmem przypomina swoje literackie losy; wpada przy tym w szalony trans, przemawia niczym amerykański telewizyjny kaznodzieja. W tle słychać jednak chór kobiecych głosów, które boleśnie obnażają jej proste myślowe mechanizmy – mówią o tym, że przemiana życia jest możliwa tylko wówczas gdy: „dziękować będziesz Bogu za każdy dzień” i: „spełnisz warunków sto pięć”. Rudowłosa bohaterka wycofuje się zatem na podwyższoną platformę, z której obserwuje rozmowy pozostałych postaci. 

Główną bohaterką staje się Ania współczesna (świetna rola Agnieszki Kwietniewskiej), uwięziona wśród wspomnień dzieciństwa spędzonego w PRL-owskiej rzeczywistości (o czym świadczy choćby scenografia: wzorzysty dywanik, pokryta poduszkami wersalka – w tle brakuje tylko meblościanki na wysoki połysk). Wspomina dom, w którym główną zasadą wychowania był szantaż emocjonalny, ezoteryka zastąpiła religię, a pieniądze i seks były tematem tabu. Ukazuje toksyczność relacji z matką (która czytuje jej listy w imię opiekuńczości i troski), ciotką (owładnięta manią kadzidełek i zdrowego stylu życia) i kuzynką (ślepo posłuszną swojej rodzicielce). Równowagę psychiczną ratuje dzięki przyjaźni z Dianą (Mirosława Żak, kolejna dobra rola). Rozmowy kobiet przerywają monologi Ani Papużki (Małgorzata Białek), która zwracając się wprost do publiczności, udziela rad, jak wychować córkę bezwolną, zakompleksioną i wierną matce. 

Z wypowiedzi postaci znajdujących się w nieustannym ruchu (wszystkie panie noszą zresztą stroje do aerobiku) wyłania się obraz bankructwa XIX-wiecznych ideałów, zestawionych ze współczesnym feminizmem. Jakże gorzko brzmi w ustach Ani Shirley wyznanie, że mimo wykształcenia, pełni wyłącznie obowiązki kury domowej („Gilbert został lekarzem, a Ania została żoną”). Dochodzi do głosu kobiece rozgoryczenie, rozczarowanie światem, w którym tylko mężczyznom dane jest coś osiągnąć. Zamroczona alkoholem Diana wyznaje, że jedynym zadaniem kobiety jest czekanie: na miłość, na odpowiedniego mężczyznę, na powrót męża do domu, na koniec świata (szczególnie przejmująco brzmi kobiecy chór śpiewający w niepokojącym rytmie tylko jedno słowo: „czekam”). W finałowej scenie pięknie uśmiechnięta Ania Shirley staje się tylko zmęczoną kobietą, uświadamiającą sobie bankructwo swoich ideałów i nierealność życia marzeniami.

Spektakl, wzbogacony piosenkami, jest bardzo spójny, angażuje uwagę widza od samego początku. Już w momencie zajmowania miejsc przez publiczność, aktorki, przy włączonym świetle, siedzą na scenie, czekając, by opowiedzieć swoją historię. Choć uderza w tony poważne, dramatyczne, zachowuje lekkość dialogu. Sarkazm i satyrę zestawia z intelektualnym namysłem i psychologiczną głębią. Niewątpliwie wartość spektaklu budują bardzo dobre role kobiece – obok wyżej wymienionych Ań i Diany znakomicie wypadają też ciotka – Sabina Tumidalska oraz kuzynka Madzia – Angelika Cegielska. Na dynamikę przedstawienia składają się również grupowe układy choreograficzne i – przede wszystkim – wpadające w ucho (i nękające naszą pamięć jeszcze długo po wyjściu z teatru) piosenki. „Dojrzałym” dialogom towarzyszą poza tym dziecięce przekomarzania, szybki rytm wypowiadanych zdań (jak w komicznej rozmowie dwóch kobiet spierających się, która z nich bardziej kocha swoją matkę).  

Przedstawienie ukazuje różne wzorce kobiecości, rozdartej między rolą żony i matki a dążeniem do wykształcenia i samorealizacji. Nie podaje gotowych odpowiedzi, drażni raczej naszą wrażliwość, obnażając kobiece rozterki. Strąca przy tym z piedestału postać Ani Shirley, która z radosnej egzaltacji popada w rozpacz. Ale właśnie jej smutne milczenie, tak nam bliskie i znajome, przemawia najmocniej. Bo pod maską entuzjazmu odnajdziemy w końcu bezradność, tak oczywistą, że prawdziwą.

Karolina Augustyniak
Dziennik Teatralny Wrocław
7 listopada 2011

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

12. Festiwal Sztuk Alt...
Paweł Wrona
Odkrywanie świata sztuk alternatywnyc...