Barbarzyńcy na narodowej scenie

komentuje Piotr Zaremba, komentator, publicysta

Czy Polacy, wszyscy Polacy, muszą finansować kolejny sto pięćdziesiąty akt demaskacji polskich wad narodowych, dokonywany w tak prymitywny, infantylny sposób, jak w przypadku owej niedoszłej "Nie-Boskiej Komedii"? Czy musimy płacić za permanentną propagandę feministyczną i homoseksualną? - oburza się .

O teatrze każdy pisać może...

 

Kiedy usłyszałem o zakłóceniu przedstawienia w krakowskim Starym Teatrze, zrazu reagowałem sceptycznie. Wolę, jak w świecie sztuki teatralnej ścieramy się na argumenty, nie na okrzyki. Jednak tekst Witolda Gadowskiego, jednego z rzeczników tej akcji, uświadomił mi, że był to akt rozpaczy. Nadal upieram się, że lepiej naciskać na ministra kultury i wszystkich świętych, niż wymyślać aktorom. Co jednak począć, gdy mamy do czynienia z prawdziwym pójściem w zaparte?

Grupa widzów zorganizowanych przez fotografa Stanisława Markowskiego przerwała przedstawienie "Do Damaszku" Augusta Strindberga, na swoje czasy skandalizującego dramaturga. Dramaturga, który jednak nie kazał swoim postaciom wykrzykiwać "Idźmy w ch..." albo wykonywać na scenie kopulacyjne ruchy. Uczynił to za niego dzisiaj Jan Klata, dyrektor teatru i reżyser tego spektaklu. Ze sposobu, w jaki próbuje się dziś przerabiać takie utwory, wyziera nie skandal nawet, lecz totalna pustka.

"Nie-Boską" w antysemityzm

Ale zza tego incydentu wyziera też historia dużo poważniejsza. Klata, mianowany przed rokiem dyrektorem Starego Teatru w Krakowie, sceny z gigantyczną tradycją i dorobkiem, zlecił realizację "Nie-Boskiej Komedii" Zygmunta Krasińskiego chorwackiemu reżyserowi Oliverowi Frljiciowi. Ten przyjechał do Polski z tezą, że inscenizacja powinna być okazją do rozliczenia polskiego antysemityzmu. W efekcie aktorzy mieli ze sceny ogłaszać, że "Nie-Boska Komedia" to sztuka antysemicka (występuje tam chór przechrztów) i że w związku z tym oni chcą być Żydami, nie Polakami. Odpowiedzią miał być hymn śpiewany po polsku i po rosyjsku na melodię "Deutschland, Deutschland iiber alles". Są tacy, którzy twierdzą, że jest w tym drugie, a nawet trzecie dno. Może i czwarte, ale w stan naszej pożal się Boże debaty o fatalnej polskości wpisuje się to świetnie.

Sprawa wyciekła na etapie prób dzięki "Dziennikowi Polskiemu" (któremu chwała za to). Zbuntowali się aktorzy z Anną Dymną i Tadeuszem Hukiem na czele, ludzie, którzy byli gwiazdami Starego Teatru w czasach, kiedy Jan Klata nosił koszulę w zębach. To sytuacja w teatrze niezwykle rzadka - pomógł fakt, że w pomysłach Chorwata dopatrzono się obrazy sławnego reżysera Konrada Swinarskiego, autora inscenizacji "Nie-Boskiej Komedii" z 1965 r. Próby przerwano. Anna Polony, ikona tej sceny, chce ją opuścić.

Teatru bronią "Gazeta Wyborcza" i "Polityka". Czasem jedynie obśmiewaniem oponentów Klaty jako mrocznych zwolenników cenzury, czasem sugestiami, że w całym sporze chodzi o politykę. Wystarczy, że wśród krytyków teatru Klaty można rozpoznać prawicowych przeciwników obecnego rządu. Tego argumentu ima się także dyrektor, który jeszcze kilka lat temu demonstrował niechęć wobec PO (z pozycji lewicowych) i przyjaźnił się ze środowiskami prawicowymi. To, że tak było, pokazuje, iż to nie polityka jest w tym starciu najważniejsza.

Minister za artystami bez granic

Niemniej Klacie pozostał najważniejszy obrońca - minister Bogdan Zdrojewski, który go mianował. Ten na konflikt zareagował w sposób zdumiewający. "Protesty przeciw określonej polityce, np. repertuarowej, mają swoje granice" - oznajmił, nie wytyczając za to żadnych granic dobrego smaku czy zdrowego rozsądku samym twórcom. "Wolność artysty musi być chroniona, bo jest wartością absolutnie nadrzędną" - to opinia ministra. I jeszcze uwaga: "Ja nie oceniam repertuaru, nie odnoszę się do konkretnego spektaklu". To chwalebne, że władza nie próbuje się bawić w teatralnego krytyka, ale przy użyciu jakich kryteriów mają być weryfikowani dyrektorzy czołowych scen w Polsce?

Ta niewolnicza wobec inscenizatorów postawa ministra ignoruje kilka faktów oczywistych. Stary Teatr nie jest jedną z wielu placówek, lecz sceną narodową, nałożono na nią szczególne obowiązki, np. edukacyjne. Jest zarazem placówką, którą z tego tytułu finansują podatnicy. Jak to się ma do wolności twórczej - to temat na odrębny tekst. Z pewnością ci, którzy teatr otrzymali od państwa w zarząd, powinni o tym pamiętać, podobnie jak sam minister, podejmując decyzję, komu go powierzyć.

Dla porządku przypomnijmy, że nie wszyscy ten problem ideologizują. Oto Klatę skrytykował mocno znakomity recenzent teatralny, ale też umiarkowany zwolennik teatru, który nazwijmy umownie nowoczesnym, Jacek Wakar, dziś szef kultury w Programie Drugim Polskiego Radia. Był on zwolennikiem mianowania Klaty, lecz dziś zarzuca mu chaos organizacyjny i co ważniejsze, intelektualny.

Szczególnie ciekawa jest wypowiedź posła PO i zarazem krakowskiego aktora Jerzego Fedorowicza. Przypomniał on, że Stary Teatr jest teatrem narodowym. Z ust polityka i artysty padły słowa, które dziś niektórzy uznają za symbol "ciemnogrodu". "Tu z szacunkiem powinna być wystawiana klasyka literatury. Na razie obserwujemy jej profanowanie. Kraków tego nie chce".

Fedorowicz próbował przekonać do tego stanowiska ministra, powołując się na opinie postaci ze środowisk kulturalnych i artystycznych bliższych obozowi obecnej władzy. Dorzućmy jeszcze "Dziennik Polski", też nieznany z PiS-owskich zaangażowań, który punktuje "dorobek" Klaty. I dodajmy, że politycy PiS nigdy nie próbowali sterować teatralnym repertuarem, dowodzi tego choćby polityka Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta Warszawy. Pytanie jednak, czy nie dotarliśmy, z PiS czy bez PiS, do jakiegoś punktu krytycznego.

Minister, który nie sprawia wrażenia szalonego nowinkarza, upiera się przy bezwarunkowej obronie Klaty. Czy jest rzecznikiem wykrzykiwania przez aktorów sloganów o polskim antysemityzmie przy okazji wystawiania "Nie-Boskiej Komedii"?

Pierwsza warstwa tego sporu to pytanie o granice manipulowania cudzymi tekstami. Poirytowany pytaniami krakowskich dziennikarzy o wierność inscenizacji "Nie-Boskiej Komedii" zastępca Klaty zadeklarował wreszcie, że przecież można by wystawić pokaleczony tekst Krasińskiego pod innym tytułem. Ale prawdopodobnie gdyby nikt się nie wtrącił, doszłoby do wystawienia głupawego happeningu z masowo podopisywanymi kwestiami pod szyldem romantycznego dramatu.

Bunt czy czkawka?

A przecież nikt nie broni Frljiciowi albo i Janowi Klacie napisać własną sztukę, która będzie polemiką z Krasińskim. I nikt nie każe im wystawiać konserwatywnej "Nie-Boskiej Komedii", jeśli się z nią nie zgadzają. Oni jednak uważają za swoje dobre prawo pastwić się nad cudzym tekstem. Pastwić się, powtórzmy, na scenie narodowej, której zadanie jest inne. Jakkolwiek by to brzmiało staroświecko, taki teatr powinien przybliżać nam, a nie nicować i traktować jak ścierki do podłogi, wytwory dawnej myśli. To nie jest wcale, jak nam dzisiaj wmawiają, głos na rzecz teatralnego "muzealnictwa". To można robić twórczo, oryginalnie, ba, nawet buntowniczo.

Bo spór o wierność inscenizacji oryginałowi trwa od zawsze. W latach 70. na "Dziady" Adama Mickiewicza wyreżyserowane w Starym Teatrze przez wspomnianego już Swinarskiego do Krakowa przyjeżdżały z całej Polski tysiące ludzi. Krąży anegdota, że przyjechał też Gustaw Holoubek, pamiętny Gustaw Konrad z "Dziadów" w reżyserii Kazimierza Dejmka.

Holoubek, wchodząc do Starego Teatru, zobaczył postaci uczestniczące w obrzędzie "Dziadów", witające widzów już we foyer. Zobaczył i po prostu... wyszedł. Bo pan Gustaw, rasowy polityczny liberał, był w dziedzinie sztuki teatralnej konserwatystą. To były jego zdaniem niegodne artysty sztuczki, podczas gdy Mickiewicz powinien przemawiać samą siłą słowa.

Takie napięcia rozumiem. Dziś niektórzy obrońcy Klaty przywołują tamte spory wokół Swinarskiego. Np. wokół pytania, czy Wielkiej Improwizacji powinni towarzyszyć w tle chłopi obojętnie pożerający jajka. Swinarski chciał pokazać w ten sposób samotność artysty w społeczeństwie. Nie był w tym nazbyt łopatologiczny? Moim zdaniem był. Niektóre sceny z "Dziadów" czy właśnie "Nie-Boskiej Komedii" kwalifikowano jako bluźniercze? Nie szedł w nich za daleko? Moim zdaniem szedł.

Różnica jest taka, że Swinarski wadził się z romantycznym dramatem, tak jak Konrad wadzi się w "Dziadach" z samym Bogiem. W jego inscenizacjach był rozmach, była wielkość, była poezja, była Wielka Improwizacja w wykonaniu Jerzego Treli. To, o czym czytamy dzisiaj w relacjach z prób "Nie-Boskiej Komedii", jest czystym pętactwem, infantylizmem, wykwitem głupoty. Swinarski był kontrowersyjny, mylił się czasem. Klata jest niedojrzały, jak zresztą pokaźna część współczesnego teatru.

Klasyka dobra na wszystko

Krótka dygresja: to skądinąd zdumiewające, jak mocno teatralni eksperymentatorzy upierają się przy majstrowaniu przy klasyce. Piszę tu już nie tylko o głośnych skandalach. Także o inscenizacjach traktowanych jako rutyna. Oto czytam, że Grzegorz Jarzyna przeczytał "Makbeta" Shakespeare'a przez pryzmat współczesnych wojen w Afganistanie i Iraku. I że, cytuję recenzję, "chętnie sięga po rozwiązania z amerykańskiego kina wojennego, przy okazji obnażając ukryty w nich ideologiczny przekaz".

No pięknie, ale czy do tego potrzebny jest Shakespeare? Czy to się nie odbywa kosztem jakichś dziwacznych łamańców, a co najważniejsze - intelektualnego fałszu? A czy zarazem nie jest wielkim triumfem tamtych twórców nad współczesnością? Po to, aby się przejechać po współczesnych Amerykanach, polski reżyser musi się posłużyć tekstem XVI-wiecznego Anglika. Bo nie ma nic własnego do dyspozycji. Współczesna epoka jawi się tu jako martwa.

Czasem sztuczki polegające na współczesnych wtrętach w klasyczną sztukę są zabawne, jak wtedy gdy Adam Hanuszkiewicz wprowadzał do "Balladyny" Juliusza Słowackiego czołgi i motory - poetyka tego akurat dramatu zawieszonego poza historycznym czasem absolutnie do tego pasowała. Ale jak wspaniale aktorzy, z Anną Chodakowską na czele, recytowali w tamtym przedstawieniu z lat 70. romantyczny wiersz!

W czym za to mieli uczestniczyć aktorzy recytujący, że nie chcą być Polakami, i myjący się na gruzach dramatu Krasińskiego mydłem zrobionym jakoby z Żydów? Moim zdaniem w totalnym kiczu, w głupstwie.

Za co płacą Polacy?

Zdaję sobie sprawę, że dowodzenie tego nie jest proste. W świecie sztuki, również w teatrze, wszystko jest mocno subiektywne, wystarczy przyznać się do odpowiedniej estetyki, aby mieć alibi. Ale do wszystkich, także do radykalnych postępowców, którym to się podoba niejako "z urzędu", apeluję: przyznajcie się choć sami przed sobą, że to BEŁKOT. Bo jeśli zatracimy zdolność odróżniania bełkotu od mowy, teatr nie ma sensu.

I jest jeszcze inny problem. Nie jest prawdą, jak napisała w "GW" Katarzyna Kolenda-Zaleska, że ci dziwni ludzie, którzy przyszli zakłócać dobre samopoczucie Klaty, to wyłącznie rzecznicy "mitów wynikających z polskości". Oni bronili sensu, zdrowego rozsądku zapisanego w dorobku całej ludzkiej kultury (nieprzypadkowo bój rozegrał się na przedstawieniu sztuki Strindberga). Ale kontekst polskości istnieje także.

Tak się składa, że ten współczesny teatr, zjadający własny ogon, jest dziwnym zlepkiem. Z jednej strony eksperymenty formalne, przypominające wygłupy Stomila z "Tanga" Sławomira Mrożka. Przypomnijmy, że genialny dramatopisarz pokazał nam ludzkość w stanie pełnego rozkładu, gdy nawet bunt nie ma sensu. Ale inne fragmenty tego teatru składają się z czystej publicystyki, na ogół natrętnej i topornej. Czasem te agitki mają współczesnych autorów, jak Monika Strzępka i Paweł Demirski odkrywający w widowisku "Bitwa warszawska 1920", że Feliks Dzierżyński niósł nam w roku 1920 socjalny postęp. Jednak częściej z powodu braku talentu ukrywają się za tekstami innych.

I tu, skoro mamy do czynienia z politgramotą, trzeba, polemizując, używać języka polityki. Czy Polacy, wszyscy Polacy, muszą finansować kolejny sto pięćdziesiąty akt demaskacji polskich wad narodowych, dokonywany w tak prymitywny, infantylny sposób, jak w przypadku owej niedoszłej "Nie-Boskiej Komedii"? Czy musimy płacić za permanentną propagandę feministyczną i homoseksualną? Naturalnie te środowiska mają prawo do własnych scen i widzów. Ale czy nie dokonuje się tu jakieś wielkie oszustwo? Ani większość publiczności taka nie jest, ani nawet minister Zdrojewski. On tylko boi się, że opiniotwórcze środowiska uznają go za nienowoczesnego.

Czas przebudzenia nadchodzi?

Czy jednak nie będzie musiał się choćby liczyć z buntem "dołów". Po pierwsze, wystąpienie aktorów budzi ograniczoną nadzieję. Ograniczoną, bo po krakowskim środowisku teatralnym można by się spodziewać reakcji wcześniejszej i gwałtowniejszej.

Pamiętam, jak przed laty Jerzy Stuhr, też weteran Starego Teatru, cytował z aprobatą swojego profesora ze szkoły teatralnej, Eugeniusza Fuldego. Zwykł on mawiać do studentów: "Można wystawić Hamleta nago i na strychu. Ino po co". Szkoda, że krakowscy aktorzy na co dzień nie pamiętają nauk swojego profesora. Ale może nastąpi przebudzenie.

Ze wzruszeniem odnotowałem ostatnio wypowiedź Krzysztofa Kowalewskiego, który zapraszał do warszawskiego Teatru Współczesnego na "Hamleta", do którego nikt niczego nie dopisał i w którym nikt nie każe aktorom śpiewać. Jeśli kogoś sztuki Shakespeare'a nudzą, nie musi ich wystawiać, ale po co się nad nimi pastwić? W teatrach stolicy też zdarzały się jednostkowe bunty aktorów. Grzegorz Małecki z Teatru Narodowego nie chciał grać w "Orestei", którą Maja Kleczewska uparła się sztukować fragmentami tekstów Ingmara Bergmana i mów George'a Busha. Nie w imię wartości nawet odmówił, lecz zdrowego rozsądku.

No i jest bunt publiczności. Na razie słaby, nieco bezładny, ale nie da się go załatwić krzykami oburzenia i wołaniem o policję. Zwłaszcza że skandaliści prezentują się w tej roli groteskowo. Nie da się go też opędzić nieśmiertelnym straszeniem prawicą. Tego nie można wreszcie, panie ministrze, zbyć okrągłymi komunikatami o wolności artystycznej. Za scenę narodową odpowiada pan szczególnie.

I ktoś pana zapyta w końcu: dlaczego pan wpuścił na nią barbarzyńców?!

Piotr Zaremba
W Sieci
5 grudnia 2013

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia