Barbarzyńcy w teatrze

Przykład kariery Jana Klaty pokazuje mechanizmy tworzenia się karier

Przykład kariery Jana Klaty pokazuje mechanizmy tworzenia się karier w Polsce i usadzania swoich ludzi na wysokich stanowiskach. No, bo czymże pan Klata zasłużył sobie na aż tak wyjątkowe wyróżnienie i wysokie stanowisko jak kierowanie najważniejszym, o najwspanialszej tradycji, najbardziej zasłużonym na przestrzeni lat teatrem w Polsce? Ani nie posiada dorobku artystycznego na odpowiednim poziomie, ani to dobry reżyser, ani sprawny menedżer teatralny, ani interesujący intelektualnie człowiek teatru.

Podczas przedstawienia "Do Damaszku" Stanisław Markowski, główny organizator protestu widzów, odważnie stanął w obronie wartości, uznając, że dość już obrażania Polaków. Wołał "hańba" wraz z grupą widzów, dla których godność Polaka nie jest na sprzedaż, co doprowadziło do przerwania przedstawienia i "eleganckiego" zachowania Jana Klaty każącego publiczności wynosić się z teatru.

Gdy w grudniu 2005 roku pisałam o spektaklach Jana Klaty prezentowanych w Warszawie w ramach festiwalu "Klata Fest", specjalnie dla niego zorganizowanego przez dyrektora Instytutu Teatralnego, swój tekst kończyłam słowami: "Zastanawiam się, o co chodzi w tym nachalnym lansowaniu Jana Klaty. Bo na pewno o coś chodzi. Może o stanowisko dyrektora teatru?". Odpowiedź pojawiła się siedem lat później.

W styczniu 2012 roku Jan Klata zasiadł na dyrektorskim stołku w Starym Teatrze w Krakowie. O lepszym miejscu trudno byłoby marzyć. Tym bardziej że Klata może czuć się tu pewnie i mieć nadzieję na niemal dożywotnie stanowisko. W każdym razie dopóki nie zmienią się obecne władze w naszej Ojczyźnie, wszak Bogdan Zdrojewski, minister kultury, broni Klaty do upadłego.

Tajemniczy awans

Przykład kariery Jana Klaty pokazuje mechanizmy tworzenia się karier w Polsce i usadzania swoich ludzi na wysokich stanowiskach. Podobno zmienił się system ustrojowy, mamy rzekomo demokrację, ale mechanizm budowania karier pozostał ten sam. No, bo czymże pan Klata zasłużył sobie na aż tak wyjątkowe wyróżnienie i wysokie stanowisko jak kierowanie najważniejszym, o najwspanialszej tradycji, najbardziej zasłużonym na przestrzeni lat teatrem w Polsce? Ani nie posiada dorobku artystycznego na odpowiednim poziomie, ani to dobry reżyser, ani sprawny menedżer teatralny, ani interesujący intelektualnie człowiek teatru. Wręcz przeciwnie, przedstawienia Jana Klaty wskazują na niepokojące wręcz ubóstwo intelektualne reżysera. Ciśnie się zatem na usta pytanie: jak pan się tu dostał, panie Klata? Czy raczej: w zamian za co pan się tu dostał?

Instytut Teatralny festiwalem "Klata Fest" w ciągu paru dni wypromował reżysera. Jego nazwisko stało się głośne w całej Polsce. Warszawa wzdłuż i wszerz była oblepiona plakatami z nazwiskiem i wizerunkiem faceta z pióropuszem na głowie. Billboardy, słupy ogłoszeniowe, pierwsze strony gazet, media elektroniczne itp. Że nie wspomnę już o portalu Instytutu Teatralnego, na którego stronach internetowych aż roiło się od ilości tekstów nieprzytomnie zachwalających spektakle Klaty. Słowem, zalew "klacizmu". Obserwując sposób owej promocji i ogromne zaangażowanie Instytutu Teatralnego dysponującego na ten cel, jak widać, niezłą sumą pieniędzy podatników, można by sądzić, że oto pojawił się na mapie teatralnej Polski wybitny talent na skalę międzynarodową, niemal jak w muzyce Chopin. I cóż ten "wybitny talent" wówczas zaprezentował na swoim festiwalu?

Lewacka agitacja

Pokazane spektakle nie tylko nie przyniosły mu chwały, ale wręcz obnażyły poważne braki merytoryczne w umiejętnościach zawodowych, a nade wszystko niewydolność intelektualną i artystyczną. Pewnie z powodu owej niemocy intelektualno-artystycznej Jan Klata w swoich realizacjach, zwłaszcza utworów autorstwa naszych wieszczów, zamiast wnikać w treści zawarte w tych dziełach i przesłania autorskie, traktuje je jako agitki propagandowo-plakatowe. Oczywiście, zgodnie z duchem dzisiejszych czasów, a więc w kierunku lewacko-liberalnym, z deprecjonowaniem i ośmieszaniem wartości narodowych, szydzeniem z symboliki religijnej itp. Weźmy dla przykładu dwa spośród prezentowanych na festiwalu spektakli: obrazoburcze "Lochy Watykanu" Andre Gide'a (spektakl ten wyreżyserował w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu) czy antynarodowy "Fantazy" Juliusza Słowackiego (Teatr Wybrzeże, Gdańsk). Oba spektakle marne artystycznie, wypreparowane z myśli i szokujące widza wulgaryzmami, obscenami itp.

W "Lochach Watykanu" Klata starał się ośmieszyć nie tylko Kościół, katolików, ale nawet nieżyjącego już Jana Pawła II, m.in. poprzez naigrawanie się z ulubionej pieśni Ojca Świętego "Barka", karykaturalnie wykonywanej przez aktora wijącego się po scenie niczym w ataku epilepsji do akompaniamentu gitary w rękach bandziora przebranego za kardynała. Przypomnijmy, iż był to rok 2005, kiedy jeszcze świeżo przeżywaliśmy odejście Jana Pawła II. Oczywiście, zgodnie z kierunkiem lewacko-liberalnym nie mogło zabraknąć karykatury modlitwy różańcowej słyszanej z Radia Maryja i szydzenia z zawieszonego w centralnym miejscu sceny ogromnych rozmiarów obrazu przedstawiającego Pana Jezusa z bijącym sercem specjalnie kiczowato podświetlonym na czerwono, co budziło śmiech na widowni. W "Fantazym" zaś z szokującymi obscenami ordynarnego seksu uprawianego przy pieśni "Czerwone maki na Monte Cassino", "baletami" na wózkach inwalidzkich żołnierzy w Iraku i zamianą języka poetyckiego na współczesne rynsztokowe wulgaryzmy, z dzieła Słowackiego nie pozostało nic poza imionami postaci.

W normalnych warunkach, gdzie funkcjonują prawdziwe kryteria artystyczne, a nie "znajomi królika", festiwal Klaty byłbym końcem jego kariery. Tymczasem Jan Klata właściwie miał już odtąd otwarte drzwi do wszystkich teatrów. Jego lanserzy zadbali też o wizerunek światopoglądowy swego pupila, by uwiarygodnić go w środowisku prawicowo-katolickim. W swoim, czyli lewacko-liberalnym, nie musieli, bo przecież był ich człowiekiem, w reżyserowanych przez siebie przedstawieniach wyrażał ich ideologię. No więc błyskawicznie medialnie wykreowano Jana Klatę na człowieka, który nie rozstaje się z różańcem. Gdy ogląda się jego przedstawienia, jawi się zatem pytanie: w jakim celu Klata nosi różaniec w kieszeni, skoro szydzi z wartości katolickich i wyśmiewa wiernych modlących się na różańcu? Ale podawana nachalnie i nieustannie przez dziennikarzy wiadomość, iż Klata nosi w kieszeni różaniec, utrwaliła się i funkcjonuje do dziś.

Funkcjonariusz ideologiczny

Cóż za paradoks. Zwłaszcza w kontekście pamiętnej bluźnierczej "Trylogii" w reżyserii Jana Klaty niby według Sienkiewicza (Stary Teatr w Krakowie), gdzie wyszydzony został Cudowny Obraz Matki Bożej Jasnogórskiej i gdzie na zaimprowizowanym ołtarzu jasnogórskiej kaplicy aktorzy w takt pieśni religijnej (też wyszydzonej) prowadzili karykaturalne tańce ośmieszające to święte dla Polaków miejsce. Albo inny, najnowszy przykład dotyczący ostatnich skandalicznych wydarzeń związanych z brutalną ingerencją reżyserską całkowicie zmieniającą tekst "Nie-boskiej komedii" Zygmunta Krasińskiego w Starym Teatrze w Krakowie. Na szczęście próby przerwano i nie doszło do premiery. Cóż z tego, że reżyserem tego ohydnego antypolskiego i antykatolickiego dziwoląga, niemającego nic wspólnego z dziełem Krasińskiego, jest nie Klata, a bośniacki reżyser Oliver Frljić. Ale to przecież Jan Klata jest dyrektorem artystycznym i odpowiada za całość, za prowadzenie teatru, za repertuar, za to, jakie treści są przekazywane ze sceny, jak i za to, jakich reżyserów zaprasza. Nie ma co fałszywie powoływać się tu na wolność artystyczną twórcy. Wolność artystyczna nie jest wolnością bezkresną, istnieje pewna granica, poza którą to już nie jest wolność, tylko anarchia zniewalająca drugiego człowieka, raniąca jego uczucia i system wartości.

Dla Jana Klaty termin "godność Polaka" jest pewnie zwykłym produktem handlowym. Wystarczyło obejrzeć jego "Transfer" zrealizowany za niemieckie pieniądze, chyba na polityczne zamówienie, o pojednaniu z Niemcami, spektakl dla Polaków moralnie nie do przyjęcia, poprawny politycznie, lecz z prawdą historyczną dotyczącą polsko-niemieckich relacji niewiele mający wspólnego. Albo inne przedstawienie, na przykład "Tytus Andronikus", współfinansowany przez Niemców, gdzie grają aktorzy polscy i niemieccy. Polaków Klata obsadził w roli barbarzyńców i tak poprowadził, by ich prymitywne zachowania nasuwały skojarzenia z zachowaniem zwierząt, zaś Niemców obsadził w roli przedstawicieli cywilizacji rzymskiej. Polskich patriotów, katolików pokazanych jako bohaterów godnych naśladowania próżno by szukać na scenie Starego Teatru. W "Bitwie warszawskiej 1920" (tekst Pawła Demirskiego, reżyseria Moniki Strzępki), gdzie zanegowane jest znaczenie tej bitwy, Marszałek Piłsudski jest ukazany jako postać do obśmiania, prymitywny przygłup. Nawet śmierć księdza Skorupki nie jest uszanowana. Na piedestale bohatera ustawiono zaś zbrodniarza Dzierżyńskiego. Takie to są proporcje, "mocium, panie".

Na koniec dwa pytania: jak naprawdę jest z tym różańcem Klaty? A może to taki różaniec z odwróconym do dołu krzyżem? No i kim właściwie jest Jan Klata: artystą czy funkcjonariuszem ideologicznym?

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
7 grudnia 2013
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...