Bardzo sentymentalna pawana

o spektaklach Wrocławskiego Teatru Pantomimy

"Mikrokosmos", "Historia brzydoty" i "Szatnia" Wrocławskiego Teatru Pantomimy, gościnnie w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim. Pisze Piotr Wyszomirski w Gazecie Świętojańskiej.

Nie pamiętam dokładnie, czy był to jeszcze stan wojenny, czy tuż po. Wszystko było bez sensu i nagle, w środku czarnej dziury, w kraju pogrążonym w beznadziei, w mieście mego urodzenia i miłości, pojawili się tancerze króla Artura. Dziś powiedziałbym, że uderzenie, jakiego wtedy doznałem, było mega, ale choć nie znałem wówczas tych słów adekwatnych to i tak byłyby chyba za małe. "Rycerze króla Artura", XVII program WTP, pozostaje do dziś jednym z absolutów. Czy był ktoś wtedy w Gdańsku, w Teatrze Wybrzeże? Czy ktoś pamięta dokładną datę?

Wybierając się na tryptyk Wrocławskiego Teatru Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego (WTP) do Teatru Szekspirowskiego wiedziałem, że to nie ten czas i nie ta dolina, że WTP z bardzo zmiennym rezultatem próbuje nawiązać do świetności, że nawet Markowi Oleksemu to się nie udało i że mogę się bardzo rozczarować.

Faktycznie, początek był bardzo słaby. "Historia brzydoty", autorskie przedstawienie Anny Piotrowskiej (reżyseria, choreografia, scenografia, kostiumy wspólnie z Adamem Królikowskim oraz światła) premierowane 7 lutego 2014 roku rozczarowuje wszechstronnie. Poza bardzo pomysłowymi układami wykorzystującymi ruchy dłoni i rąk, ciężko jest cokolwiek wyróżnić w tej chyba dodatkowo zmniejszonej w Gdańsku inscenizacji (występują tylko cztery aktorki, zamiast pięciu awizowanych w programie).

Rzecz o uzależnieniu od odchudzania, codziennej kontroli, o anoreksji. Świat, którym rządzi waga - kat, konfesjonał, wyrocznia. Obsesja wyglądu, kompleks fizyczności, przekleństwo ciała organizują życie chyba wszystkich, być może nie występują u niektórych mnichów niektórych religii. Ruch, taniec, śpiew, słowo - "Historia brzydoty" nie mieści się gatunkowo w potocznym rozumieniu pantomimy, kursując pomiędzy spektaklem teatru tańca a performansem, zaciera różnice i gubi wyjątkowość, jakim jest pantomima. Tancerki, choć chyba bardziej aktorki, nie radziły sobie z mimiką, skupiając się na ruchu, tym samym ich cierpienie nosiło znamiona powierzchownego. Najbardziej jednak rozczarował zwykły brak pomysłów, a finał po prostu - po zdziwieniu - irytował nachalną, muzyczną bajaderą. "Historia brzydoty" według Umberto Eco pozostała tylko z nazwy, bo jakkolwiek by spojrzeć na spektakl, pojęcie brzydoty, osobliwej czy zwykłej, ustąpiło miejsca problemowi społecznemu, jakim bez wątpienia jest przesadna dbałość o wygląd prowadząca do choroby, obsesja kilogramów, poczucie przynależności do zewnętrznie doskonałych.Tancerki schowane w GTS w głębi sceny, nie przemawiały do widza, choć chyba założenie początkowe było inne, aktorki bowiem wychodziły z widowni, aby dostać się na scenę.

"Szatnia" w reżyserii Zbigniewa Szymczyka, premierowana 20 grudnia 2012, przynosi 10 fragmentów inscenizacji z lat 1961-1999, momentami może nawet bardziej pamięci o Programach Henryka Tomaszewskiego, bo tak nazywał swoje produkcje Henryk Karol König. Podane, oprócz jednego przypadku, w kolejności chronologicznej, czasami pod nieco zmienionymi tytułami, są wspomnieniem i podróżą do historii pantomimy. Najstarsze ("Ziarno i skorupa" i "Strzelnica" z 1961 oraz "Labirynt" i "Kobieta" z 1963) urzekają prostotą, minimalizmem i naiwnością, ale przede wszystkim wzruszają, gdy spojrzymy na nie jako zapis drogi artystycznej jednego z kilku polskich reformatorów teatru formatu światowego. Za zapowiedź przełomu w sztuce Tomaszewskiego uważa się IX Program "Gilgamesz", a za złoty okres można uznać czas od XVI Programu ("Hamlet: ironia i żałoba") do XX ("Król siedmiodniowy"), czyli dziesięciolecie 1979-1989. Powstawały wtedy pełnospektaklowe mimodramy, z dopracowaną scenografią i legendarnymi wręcz kostiumami Zofii de Ines-Lewczuk. Tomaszewski tworzył spektakle totalne, podniósł polską pantomimę na poziom światowy właśnie dzięki prezentacjom zbiorowym. Potwierdzić to mogą pamiętający m.in. scenę tworzenia Okrągłego stołu z "Rycerzy króla Artura".

Medium Tomaszewskiego był Marek Oleksy, grający większość głównych ról w złotym okresie i do końca. Oleksy wystąpił w Teatrze Szekspirowskim w trzech fragmentach "Szatni". 68-letni aktor przypomniał "Hamleta", "Akcję. Sen nocy letniej" i "Tragiczne gry". Nostalgia i wzruszenie z ponownego spotkania przeplatały się z nieuchronną refleksją o upływie czasu. Przeważyło wzruszenie.

Zabrakło, ze zrozumiałych względów, niezapomnianych na pewno Danuty Kisiel, Leszka Rosołka (Galahad!) i wielu innych. W szaroburych czasach końcówki peerelu byli niczym elfy: piękni, tajemniczy, nierealni. Dziś nieliczne teatry tańca w Polsce prezentują podobne podejście do warsztatu pracy aktora, czyli do ciała. Dziś piękno nie jest tak wyjątkowe i tak nieosiągalne jak kiedyś.

Jak to w szatniach bywa, nie ma scenografii, kostiumów też niewiele. Adept (Robert Wieczorek) prowadzony przez Mefisto/Bedekera (Mariusz Sikorski) jest obserwatorem i uczestnikiem, poznajemy z nim spektakle i historię pantomimy. Czujemy się trochę jak na stypie, trochę jak w panopticum, trochę jak w teatrze magicznym - wstęp nie dla każdego! Mimo wszystkich wspomnianych ograniczeń, zdecydowanie najlepsze były fragmenty z "Hamleta" i "Rycerzy króla Artura", dawały przedsmak, a tym, którzy pamiętali całość, przypomniały "ciary" z zeszłego tysiąclecia.

Charakter spektaklu oddawał w sposób wyjątkowy program teatralny. Większość z 10. opisów fragmentów spektakli była źle wydrukowana, niewyraźna, nie do odczytania. Zdziwiony złożyłem reklamację po zakupie, ale zostało mi wyjaśnione, że tak ma być - nie do odczytania. A poza tym, po odejściu od kasy reklamacji

Wrocławski tryptyk zamknął spektakl dla dzieci. "Mikrokosmos" Konrada Dworakowskiego z 2011 roku jest najczęściej określany jako Antycalineczka. Bezpretensjonalna, wielopostaciowa opowieść o odmienności i przystosowaniu niesie ze sobą pozytywne przesłanie, jak to w produkcjach dla dzieci obowiązkowo być musi, ale jest to podane niebanalnie. Z wielu udanych scen zapamiętam na pewno taniec ropuch. Z pewnością warto wybrać się z dzieckiem na to rozpalające wyobraźnię, barwne, dynamiczne widowisko.

Wizyta WTP potwierdziła wszystkie prawdy, jakie znamy o tym i podobnych teatrach. Trudno jest zespołowi, który miał wyraźnego lidera czy wręcz guru, kontynuować działalność po śmierci Mistrza. Większość zespołów wcześniej czy później rozpada się. Te, które zostają, a WPT zostanie, muszą same odpowiedzieć sobie na pytanie, jak żyć po. Z doniesień recenzenckich można było wywnioskować, że w WTP odpowiedzi nie znaleziono. Dzieło Tomaszewskiego na swoje czasy prezentowało poziom światowy. W ciągu ostatnich 30. lat teatr tańca jest ciągłym poligonem poszukiwań twórczych, to zdecydowanie najciekawszy teren poszukiwań w całej domenie teatru. Polski teatr głównego nurtu także przeszedł rewolucyjne zmiany i na tym tle propozycje WTP wyglądają blado.

Gdański przegląd uzupełniło spotkanie z zespołem. Cieszy trzymanie standardów przez Teatr Szekspirowski, który jakoś nie ma problemów z organizacją spotkań z artystami, co nie jest takie oczywiste na naszym terenie. Zabrakło mi jednak "Osądu", jednego z najciekawszych spektakli po Tomaszewskim i wydarzenia z udziałem dwóch wielkich postaci ukąszonych przez Tomaszewskiego: Wojciecha Misiury i Leszka Bzdyla. Szkoda, że organizatorzy nie zamówili u szefa Dady wykładu performatywnego "Tomaszewski - przyczynek do remiksu". Myślę, że Wojciech Misiuro miałby wiele do powiedzenia o Mistrzach: Tomaszewskim i Pasolinim, grał przecież w XIII Programie pt. "Przyjeżdżam jutro". Szkoda, że o takich rzeczach nikt nie pamięta

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
7 lutego 2015

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...