Bardzo słaby R@Port, ale z pełną widownią

9. Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych R@port

Za nami dziewiąta edycja Festiwalu R@Port. Niestety, festiwal w dalszym ciągu pozostaje imprezą niemiarodajną dla stanu polskiej dramaturgii, bo zabrakło na nim wielu istotnych spektakli. To, co widzieliśmy na R@Porcie, prowadzić może do wniosku, że w polskim teatrze nic się nie dzieje. A tak nie jest. Zareagowali na to jurorzy, poddając dobór propozycji konkursowych miażdżącej krytyce.

"Jury dziękuje organizatorom Festiwalu za perfekcyjne przygotowanie i przeprowadzenie imprezy. Miastu Gdynia zaś za skuteczne wspieranie jej istnienia. Ciesząc się, że polska dramaturgia współczesna rozwija się w takim tempie chcielibyśmy jednak zauważyć, że ilość niekoniecznie oznacza jakość, o czym aż nadto świadczą niektóre spektakle prezentowane podczas tegorocznej edycji. Wyrażamy głębokie zaniepokojenie decyzjami podejmowanymi przez niektórych dyrektorów polskich scen, a dotyczącymi kwalifikacji tekstów do wystawienia. Część z nich bowiem nie powinna, naszym zdaniem, ujrzeć światła scenicznych reflektorów." - przeczytała w uzasadnieniu werdyktu przewodnicząca jury, Dorota Masłowska.

Jurorzy (Dorota Masłowska, prof. Zbigniew Majchrowski, Jacek Cieślak, Tadeusz Nyczek i Tomasz Mościcki) niejednogłośnie (votum separatum zgłosił Tomasz Mościcki) przyznali Nagrodę Główną w wysokości 50 tys. zł "Carycy Katarzynie" [na zdjęciu] z Teatru i. Stefana Żeromskiego w Kielcach w reżyserii Wiktora Rubina. Trzeba jednak przyznać, że spektakl praktycznie nie miał żadnej konkurencji, bo ze świeżym, bardzo agresywnym tekstem Jolanty Janiczak (nominowanym w ubiegłym roku do Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej) zestawiono spektakle tradycyjne, przeważnie o anachronicznej formie, realizowane w stylu produkcji sprzed kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat ("Ostatnia sztuka" autorstwa i reżyserii Bogusława Schaeffera) czy takie, których teksty pozostawiały bardzo wiele do życzenia (np. "Karnawał, czyli pierwsza żona Adama" Sławomira Mrożka w reż. Jarosława Gajewskiego). Obejrzeliśmy również spektakle bardzo słabo wyreżyserowane ("W środku słońca gromadzi się popiół" w reż. Wojciecha Farugi, o którym już pisaliśmy, oraz "Licheń story" w reż. Tomasza Hynka).

Trudno też mówić o konfrontacji ważnych polskich inscenizacji ostatnich lat, bo poza nagrodzoną już wcześniej m.in. w Szczecinie (Grand Prix Festiwalu Kontrapunkt) "Carycą Katarzyną" do Gdyni nie przyjechał żaden spektakl, o którym głośno byłoby w ostatnich miesiącach. Puste okazały się też obietnice ustępującego dyrektora Bogdana Cioska, że "nadrobi" ubiegłoroczne zaległości, wartościowe produkcje sprowadzając w tym roku. Nie doczekaliśmy się "Na Boga!" w reż. Marcina Libera, "Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł" w reż. Remigiusza Brzyka, "Morrison/Śmiercisyn" w reż. Pawła Passiniego, "Courtney Love" czy "Firma" w reż. Moniki Strzępki, o "Tęczowej Trybunie 2012" w jej reżyserii nie wspominając.

Z drugiej strony R@Port nie powinien być trybuną tylko "młodego teatru", choć nowa dramaturgia z takim typem teatru przeważnie idzie w parze. Wytłumaczalne jest pokazanie jak do zawodu wrócił stary mistrz Bogusław Schaeffer, którego "Ostatnia sztuka" okazuje się podszytą goryczą tęsknotą za mijającymi czasami, rozgrywającą się w dialogu dwóch artystów - nieudolnego autora rozważającego poddanie się komercji lub pracę non profit i bezrobotnego aktora. Znaleźliśmy tu dobrze znany z wcześniejszych sztuk Schaeffera absurdalno-groteskowy świat, solidne rzemiosło aktorskie, interakcję z publicznością, wiele prościutkich, ale lubianych przez publiczność sposobów, do stworzenia pogodnej, klasycznej komedii. Spektakl krakowskiego Teatru Groteska grzeszy wprawdzie straszliwym anachronizmem formy, ale wykonanie pozostaje bez zarzutu, podobnie jak i humor Schaeffera.

Docenić można również pracę aktorów, którzy spróbowali unieść przeciętny tekst Anny Burzyńskiej "Niżyński. Zapiski z otchłani" z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie w bardzo przeciętnej reżyserii Józefa Opalskiego. To właśnie aktorzy stanowią najlepszy punkt spektaklu - budując gęstą atmosferę dramatu psychologicznego, który trochę niczym "Kartoteka" Różewicza rozgrywa się w głowie głównego bohatera. Pomimo bardzo skromnych dostępnych środków (spektakl niemal przez cały czas rozgrywany jest statycznie, niemal na stojąco) i oparty jest na grze gestów i aktorskiej interpretacji tekstu, ukazują dramat Niżyńskiego, rozdartego pomiędzy uczucie do żony a toksyczną fascynację Diagilewem. Cieniem na spektaklu kładzie się skandalicznie nieudolna, sztuczna choreografia Jacka Tomasika, która jedynie w pierwszych kilku chwilach ("poklatkowe" ujęcia Niżyńskiego w tanecznych pozach) buduje a nie osłabia dramaturgię przedstawienia.

Nie zmienia to faktu, że tegoroczna impreza miała wyjątkowo niski poziom, zaryzykuję stwierdzenie, że najniższy w historii. Jedynym spektaklem z ogólnopolskiej czołówki była właśnie "Caryca Katarzyna" Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina z Kielc, ustawiona wyraźnie w kontrze do reszty festiwalowego programu. Tekst sztuki wymaga ogromnego poświęcenia, a kieleccy aktorzy dają prawdziwy popis odwagi i determinacji, by rozegrać sceny bardzo wymagające i przełamujące granice, które w teatrze zamykane są przeważnie za pojęciem teatralnej umowności. Jest tu nie tylko nagość, ale też mini peep-show w wykonaniu Marty Ścisłowicz, która w tytułowej roli ze swojego ciała czyni kartę przetargową i długoterminową lokatę, mającą przynieść jej zasłużone profity. Ścisłowicz daje dotykać swoje nagie piersi nie tylko aktorom, ale też - przy pomocy maleńkiej sceny trzymanej na wysokości biustu, do której "prowadzi" ręce widzów - osobom z publiczności. Poświęcenie Katarzyny, jako samicy rozpłodowej, opłaci jej się, gdy dojdzie do władzy. Wcześniej jednak w scenie łóżkowej na oczach widzów zostanie dokładnie obmacana w okolicach intymnych przez Orłowa - anonimowego kochanka, który zapładnia ją z rozkazu carycy Elżbiety.

Bezpardonowa walka o władzę nie cierpi na wstyd, pozbawiona jest jakichkolwiek hamulców. Janiczak i Rubin trafnie skonkretyzowali niechęć młodego pokolenia do przejawów patriotyzmu, wydających się dziś wielu młodym ludziom "obciachowymi" (stąd kompletnie skompromitowana postać Stanisława Augusta Poniatowskiego, zniewieściałego lowelasa, który w związku z Katarzyną postanawia wejść w rolę kobiety i urodzić dziecko, szargając przy tym nasze narodowe świętości). W przenikliwy sposób przedstawiono karykatury postaci historycznych - czyniąc z nich nieszkodliwych (lub szkodliwych) błaznów. Ostry, groteskowy, przerysowany, wulgarny i ordynarny, a momentami boleśnie dotkliwy spektakl podzielił widownię - jednych zachwycił, innych zniesmaczył. Stał się również okazją do ciekawej konfrontacji aktorki grającej tytułową bohaterkę z prof. Ewą Nawrocką. Była profesor Uniwersytetu Gdańskiego w ostry sposób zaprotestowała przeciwko przymuszaniu widza do obmacania biustu aktorki. Incydent zaowocował płomiennym monologiem aktorki i jej grą na najwyższym emocjonalnym poziomie.

Zupełnie "na przekór" tegorocznego programu pojawiła się również propozycja warszawskiego Teatru Montownia - "Depresja komika" autorstwa i reżyserii Michała Walczaka. To bardzo zgrabna komedia, czerpiąca sporo z pokazów w stylu stand-up comedy i kabaretu. Przed publicznością zjawili się komik i jego terapeuta, którzy za pomocą przeróżnych sposobów, parodiujących różne, bardziej lub mniej konwencjonalne formy terapii, opowiadają historię życia komika. Drążenie w przeszłości bohatera jest okazją do szeregu gagów, niekiedy błyskotliwie wykorzystujących środki teatralne, niekiedy bazujących na najprostszych skojarzeniach. Jest tu miejsce na teatr lalek, kabaret, musical, komedię, farsę, parodię koncertu disco polo i wiele, wiele więcej. Aktorzy jawnie i świadomie puszczają oko do widowni prezentując barwne, żywe i zabawne, choć nieco za długie widowisko. Ten spektakl również wprowadził widzów w konsternację. Bo udana forma przedstawienia znacznie odbiega od klasycznego rozumienia teatru.

Wraz z zakończeniem tegorocznego R@Portu skończyła się dyrekcja Bogdana Cioska. Festiwal gwałtownie potrzebuje zastrzyku świeżego spojrzenia, w czym pomóc ma jeden z najbardziej doświadczonych i uznanych krytyków - redaktor naczelny miesięcznika "Dialog", Jacek Sieradzki, który już wcześniej zgłaszał gotowość pokierowania festiwalem od przyszłorocznej edycji. Pomimo chudych finansowo lat i wielu nietrafionych spektakli (najlepszym tego przykładem w tym roku są "W środku słońca gromadzi się popiół" oraz "Licheń story") impreza ma potencjał by koncentrować życie teatralne. Dziś poza lokalnymi mediami interesują się nią jedynie zapraszani w roli jurorów lub prowadzących jakieś wydarzenia towarzyszące goście (nie odnotowałem żadnego znanego dziennikarza czy krytyka, który na jakikolwiek pokaz przyjechałby z innej części kraju). Co znamienne, niemal wszyscy goście festiwalu (wyłączywszy jurorów) opuścili go przed zakończeniem imprezy.

Trzeba zmian i jasnego określenia celów festiwalu. Bo polski dramat poradzi sobie bez R@portu, ale bez dobrych polskich inscenizacji gdyńska impreza nie ma sensu. W obecnym kształcie impreza zmierza w stronę lokalnego festiwalu o randze niezobowiązującego spotkania towarzyskiego. A o tym, że warto zainwestować w festiwal najlepiej przekonuje jego frekwencja - ciekawi konfrontacji z innymi teatrami widzowie szczelnie zapełniali widownie festiwalowych spektakli. Warto dać im "produkt" dużo wyższej jakości.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
26 maja 2014

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia