"Berek Joselewicz" w Polskim

"Berek Joselewicz" - reż: Remigiusz Brzyk - Teatr Polski we Wrocławiu

Powstało przedstawienie intelektualnie wciągające, przemyślane, chwilami wizyjnie atrakcyjnie. Ale momentami też za długie, przegadane i ze zbyt prostą tezą.

"Berek Joselewicz" we wrocławskim Teatrze Polskim to spektakl z podtekstami i kontekstami. Prezentowany jest na Scenie Kameralnej, tam, gdzie mieścił się od roku 1949 Dolnośląski Teatr Żydowski, ale najważniejszą rolę odgrywają nawiązania historyczne. Bo przedstawienie Remigiusza Brzyka i Tomasza Śpiewaka ma być refleksją nad konsekwencjami (a raczej ich brakiem) wydarzeń z narodowych dziejów. Nieistniejący w powszechnej świadomości Polaków mit Berka Joselewicza, autentycznego dowódcy-ochotnika jednego z oddziałów insurekcji kościuszkowskiej zostaje tu rzucony w wir historii samej historii. Pułkownik Joselewicz staje w cieniu, a główne zadania teatralne przejmują inne postaci: nieustannie odnawiający swoją tożsamość, niesprawiedliwie uznany kiedyś za zdrajcę major Adam Poniński (syn niesławnego targowiczanina), groteskowo przedstawiony na szkielecie konia Tadeusz Kościuszko w kobiecej postaci z widocznym biustem czy Ruchla, żydowska kobieta, którą Poniński bierze za żonę, jak Polska wzięła Żydów do pomocy w walce z zaborcami i do wspólnego ojczystego mieszkania. I jak się ich w końcu pozbyła w 1968 roku, kiedy również teatr przy Świdnickiej zmienił właściciela. 

Przedstawienie stworzone na kanwie niewykonywanych po wojnie tekstów Zenona Parviego i Jakuba Waksmana prowokuje do rozmowy. Od początku trzeba sobie odpowiadać na kolejne pytania o konkretny zabieg sceniczny i rację dramaturgicznego stanu. Andrzej Mrozek (Amster) opowiada w telewizorze anegdotyczne dzieje żydowskiej sceny, wspominając w jednym monologu o kiełbasie wędzonej nad palnikiem i dramatycznej emigracji, a aktorzy wypowiadają swoje kwestie w języku jidysz, nietłumaczonym na polski. Za chwilę, gdy odezwą się po polsku, pojawi się też tłumaczenie na jidysz. Przyjmuję ten pomysł jako próbę odtworzenia sytuacji wzajemnego niezrozumienia kultur, ale i swoistej kary za trudny do usprawiedliwienia i wyjaśnienia los polskich Żydów. Dlatego oni wiedzą, co się mówi, my nie mamy pojęcia lub się tylko domyślamy, łapiąc poszczególne słowa. Sam żołnierski zryw i postać Joselewicza są okpiwane. Bo nic dobrego z nich nie wyszło, bo rzeczywistej wartości udział Żydów w powstaniu kościuszkowskim nie przyniósł, skoro i tak zostali wykluczeni ze społeczności, do której po latach trudnej asymilacji jednak dołączyli. Berek jest zatem nie tyle symbolem heroizmu, co niepotrzebnej ofiary, jak np. młodzież powstania warszawskiego. Ale w widzu budzi się oczywista wątpliwość, czy aby nie za szybko stawia się taką diagnozę, czy przypadkiem w dzisiejszej Polsce nie obserwujemy powrotu do historycznego współistnienia. To we Wrocławiu znajduje się dzielnica dialogu, w Rzeszowie (i kilku innych przestrzeniach) jest plac lub ulica imienia tytułowego bohatera, a argument o żydowskim pochodzeniu dla ludzi chodzących do teatru nie ma pejoratywnego zabarwienia. Poza tym Berek Joselewicz walczył w powstaniu także o siebie, wierząc w nowy ład Rzeczpospolitej połanieckiej.

Powstało przedstawienie intelektualnie wciągające, przemyślane, chwilami wizyjnie atrakcyjnie. To, co zawodzi w spektaklu Brzyka, to harmonia czysto teatralnych środków. Za wiele tutaj przemawiania, przypominającego scenariusz szkolnej akademii. Momenty statyczne trwają za długo, mimo wysiłku świetnych przecież aktorów (jak Halina Rasiakówna, czyli Tadeusz Kościuszko) i zamiast przygotować grunt pod części dynamiczne, ruchowe (doskonali mimowie) nieumiarkowanie spowalniają akcję. Tekst jest zresztą najsłabszym elementem tej skomplikowanej układanki, ponieważ celowo szeleszcząc papierem, za bardzo chce posłużyć założonej tezie o tragicznym śmiechu historii i zbyt publicystycznie relacjonuje dziejowe wydarzenia. Gdyby całe przedstawienie zrobić na przykład w stylu teatru Kantora, efekt byłby ciekawszy, może nawet piorunujący. No ale teatr Brzyka to odmienne środki: telewizor, w którym widać część zdarzeń, mikrofon, do którego postacie mówią rzeczy ważne i słowa, słowa, słowa. Podobny chwyt (i częściowo ten sam zestaw aktorski) wykorzystano w "Juliuszu Cezarze", poprzedniej wrocławskiej inscenizacji reżysera. Najlepszą rolę kreuje Alicja Kwiatkowska, która dźwiga trudną postać Ruchli, kobiety z życia oraz symbolu z literatury i historii. Pozostałym wykonawcom również niczego nie brakuje, oprócz ogólnego spełnienia w spektaklu jako całości.

Grzegorz Chojnowski
Polskie Radio Wrocław
22 lutego 2010

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia