Bez gwiazdorzenia

rozmowa z Adamem Sajnukiem

Rozmowa z Adamem Sajnukiem

Trzy lata temu, kiedy rozmawialiśmy przy okazji 10-lecia Teatru Konsekwentnego, powiedziałeś, że twój pomysł na teatr to granie dramatów psychologicznych... Jak jest dziś? 

Adam Sajnuk: Potwierdziłbym te słowa i dziś. W przypadku "Kompleksu Portnoya", nad którym właśnie pracujemy, są jak najbardziej adekwatne. Chociaż zdecydowałem się na realizację "Zbombardowanych" Kane w reżyserii Marka Kality. To teatr skupiony na obrazie i uczuciach, nie na psychologii. Czasem też trzeba wypuścić spektakl lżejszy - jak "Ja do trzeciej" - skierowany do szerszej publiczności. Odrobina konformizmu (byle w dobrym guście) jest w tym biznesie niezbędna. Tym bardziej, kiedy się tworzy miejsce niezależne, gdzie muszą przyjść widzowie, żeby teatr na siebie zarobił, bo dotacji nie mamy zbyt dużych. "Zbombardowani" mieli świetne recenzje i dobry oddźwięk w środowisku, tłumy jednak na nich nie waliły. Po trzech takich realizacjach po kolei musiałbym zamykać interes. Nie narzucam sobie ścisłej formuły, nie wiem, jaki język sceniczny ma być obowiązujący, nie chcę też spełniać żadnej misji. Czytam tekst i jeśli do mnie trafia, próbuję go pokazać. Na tym polega niezależność tego rodzaju instytucji.

Co oznacza dziś dla ciebie hasło "teatr niezależny"? Zapraszasz do siebie zawodowych aktorów i reżyserów...

- Kiedy zaczynaliśmy, w Warszawie funkcjonowało zaledwie kilka teatrów niezależnych, m.in. Montownia, Druga Strefa. Teraz wszystko się przenika. Chociaż działa to tylko w jedną stronę. Do teatru niezależnego przychodzą zawodowcy, ale off nie jest wpuszczany do instytucjonalnego.

Dlaczego?

- Nie wiem. Od ośmiu lat na każdą naszą premierę wysyłam zaproszenia do dyrektorów teatrów miejskich. Nikt nigdy nie przyszedł. Kiedy idę do nich z ofertą współpracy, nikt mnie nie zna. I nie jest zainteresowany tym, co proponuję... Ja chodzę do teatrów miejskich, oglądam aktorów, reżyserów m.in. po to, żeby wiedzieć, kogo zaprosić. Jak mogę robić teatr, gdy nie wiem, co się dzieje parę przecznic dalej? Jeśli jednak chodzi o aktorów i reżyserów, to coraz częściej szukają oni dla siebie nowych możliwości w offie. A nie ma wielkich gaż, pięknej garderoby i 20 technicznych. Tutaj Marek Kalita malował mebelki. Kiedy ktoś zaczyna gwiazdorzyć, dziękuję mu za współpracę. Zresztą nie zapraszam do Konsekwentnego niesprawdzonych ludzi. Z drugiej strony stać już nas na profesjonalnego scenografa, oświetleniowca czy kostiumologa. Nie ma żadnego chałupnictwa czy prowizorki.

Bo wymaga się od was zawodowstwa...

- Przed widzem nic nas nie usprawiedliwia, on płaci za bilet, to wymaga. I dobrze. Bo nikt nam przecież nie każe robić teatru. Niczym się nie zasłaniamy. Niedogodności... sprzyjają twórczej pracy. Nie chcę pozować na misjonarza, ale to, że siedzimy po nocach, robimy wszystko sami, wzbudza poczucie, że wkładamy w postać coś więcej niż tylko wykuty na blachę tekst. Nie umiem inaczej wykonywać tej pracy. I chyba nie chcę.

Kiedy mówisz o tym miejscu, świecą ci się oczy. Nie masz ochoty na stabilizację,

na coś poważnego, co przyniesie stałe pieniądze i zapewni byt rodzinie?

- Tyle że ciągle mam wrażenie, że robię coś poważnego. Jasne, raz da się z tego utrzymać, raz nie. Wszystko zależy od jakości przedstawienia. Tu nie ma ścierny W marcu zagraliśmy wszystkie spektakle przy pełnych salach, czyli odwiedziło nas ponad dwa tysiące osób. I to jest sukces po tych 12 latach. Dlatego liczę, że tak już zostanie.

Nigdy cię nie kusiło, żeby zagrać gdzieś indziej? Odpocząć, nabrać dystansu?

- Robiąc taki teatr, nie da się złapać trzech srok za ogon. Jak pójdę próbować do innego teatru, to tutaj coś zaniedbam. Być może to też kwestia propozycji. Nigdy nie dostałem takiej, która by mnie porwała. Chyba wolę pobłądzić tu, we własnym ogródku. Dużo się uczę, np. od Marka Kality nauczyłem się teatru plastycznego, wizjonerskiego. Innego spojrzenia na tekst uczę się od Aleksandry Popławskiej.

Niegdyś był jak Biblia...

- Okazuje się, że ludzie w moim wieku nie znają tej książki. Natomiast pokolenie moich rodziców ją czci. Ja trafiłem na "Kompleks..." rok temu. Po pięciu stronach wiedziałem, że będę robił ten tekst w swoim teatrze. Już wcześniej poczułem potrzebę pogrzebania w swojej odległej przeszłości. Dotknięcia tematu dzieciństwa, wychowania, przyjrzenia się swoim korzeniom - jaki wpływ miały na nas pierwsze doświadczenia, zarówno te wychowawcze, jak i seksualne czy kulturowe, a nawet (w przypadku Portnoya) religijne.

Dzięki Rothowi przypomniałeś sobie własne dzieciństwo?

- Dokładnie tak. Zabawne, ale pamiętam, że czytając tę książkę, zadzwoniłem do mamy z pytaniem, czy dobrze pamiętam, że uczyła mnie sikać, puszczając wodę z kranu? Dzięki "Kompleksowi..." otworzyły mi się obrazy z przeszłości. Rotha bombardują i niszczą wspomnienia, stąd wychodzi jego spowiedź. Ja tych wspomnień potrzebuję, nie chcę się od nich odcinać, chcę je odtworzyć.

Robisz spektakl o sobie?

- O wspomnieniach, z którymi każdy musi się kiedyś rozliczyć. Zastanawiam się, jakie one mają na niego wpływ. I dlaczego nagle w tym danym momencie się wyłaniają. Zresztą nie bez kozery psychologowie twierdzą, że pierwsze lata życia to nasz fundament.

Czy "Kompleks Portnoya" może dziś jeszcze szokować?

- W naszym spektaklu, mimo oczekiwań, nie będzie nagości i nagromadzenia scen erotycznych. Myślę, że dziś teatr obnażył wszystko, co było do obnażenia, i dlatego może szokować chyba już tylko słowem. A w przypadku tej książki słowa mogą szokować, nawet dziś. Bo słyszymy 33-latka, który próbuje definiować siebie. Przy takim nagromadzeniu negatywnych emocji, frustracji, goryczy, klęsk życiowych bohatera, bez humoru ta książka nie byłaby do ugryzienia. Ale ważne, żeby nie robić z niej na siłę komedii. Zaufać tekstowi. Jest w nim mnóstwo Woody\'ego Allena, dla którego Roth jest przecież mistrzem, ale też kapitalnej formy, rytmu rodem z Gombrowicza.

Znów stąpasz po cienkim lodzie i reżyserujesz siebie...

- Ale tym razem z Olą Popławską, która jest odpowiedzialna za stronę aktorską. Zakochałem się w tym bohaterze, jest w nim mnóstwo ze mnie. I dlatego zdecydowałem się sam się z nim zmierzyć. Wiem, to nieprzyzwoite, że adaptuję tekst, współreżyseruję i gram w nim. Ale cóż, mam wizję. Skupiłem się na relacji bohatera z rodzicami, wyciąłem np. wątek izraelski, chociaż o wszechobecno-ści i inwazyjności tej religii i środowiska, w którym Portnoy się wychowywał, opowiedzieć było trzeba. To jest i tak bardzo żydowski spektakl, bo bohater nie potrafi wyzwolić się ze swojego pochodzenia i obraża swoją religię...

Po kilkukrotnej lekturze "Kompleksu..." wiem, że Roth nie napisał nic przeciwko Żydom, przeciwko ich kulturze. Ma pokorę do tej religii. W Izraelu książka jest zakazana. Nawet środowiska żydowskie odradzały nam wystawianie tego spektaklu. To chyba jest kwestia jej złej interpretacji. Roth rozlicza swoje otoczenie z zakłamania, z antysemityzmu. To błędne koło. Nienawiść i uprzedzenia rodzą nienawiść i uprzedzenia - Roth tylko to opisał. Od środka, szczerze, wprost i bez eufemizmów.

Agnieszka Michalak
Dziennik Gazeta Prawna
3 kwietnia 2010
Portrety
Adam Sajnuk

Książka tygodnia

Wiersze prawie wszystkie. Tom I
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Agnieszka Osiecka

Trailer tygodnia