Bez ucieczki

"Wernisaż" - reż. Piotr Zalewski - Grupa Teatralna Bez Paniki

Wyobraźcie sobie wizytę u znajomych, którzy zawsze wszystko wiedzą najlepiej i nie przyjmują do siebie słowa krytyki. Którzy chcą was uszczęśliwić za wszelką cenę, co w konsekwencji oznacza próbę "przerobienia" na własne podobieństwo. A teraz pomyślcie sobie jeszcze, że te odwiedziny mogą się nigdy nie skończyć... Brzmi jak koszmar? Na szczęście tym razem możecie być tylko obserwatorami takich towarzyskich zmagań. Wystarczy wybrać się na najnowszy spektakl grupy teatralnej "Bez Paniki", która wzięła na warsztat "Wernisaż" czeskiego pisarza Vaclava Havla

Na scenie widzimy salon urządzony z wyraźnie „artystycznym zacięciem”. Po lewej zabytkowy konfesjonał, a po prawej – zupełnie jakby w ramach ironicznej przeciwwagi – barek z alkoholem. Ściany ozdabiają kosztowne antyki: turecki kindżał, staroświecki zegar z wahadłem i barokowy posążek Madonny. Centralne miejsce zajmuje stół wraz z kanapą i fotelami. Tak oryginalne lokum to świeżo wyremontowane mieszkanie Wiery (Katarzyna Pojda) i Michała (Łukasz Kabus), do których – właśnie na „wernisaż” nowego wystroju małżeńskiego gniazdka – przychodzi długoletni przyjaciel Filip (Dawid Orendorz).

Na temat tego, co jest podstawą przyjaźni tej trójki możemy snuć tylko wątłe domysły, bo różnice pomiędzy parą gospodarzy a ich gościem są widoczne niemalże do pierwszych chwil spektaklu, a rozwój akcji coraz bardziej będzie uwidaczniać tkwiącą pomiędzy nimi przepaść. Wiera i Michał to nowobogackie małżeństwo, zadufane w sobie i przekonane o własne wyjątkowości. Na wszystko mają gotowe i do bólu banalne recepty – jakby żywcem wyjęte z podręcznika „nauka idealnego życia w weekend” – którymi bez ustanku raczą swojego gościa, stawiając swoje osoby za doskonały wzór do naśladowania. Natomiast Filip jawi się jako ich całkowite przeciwieństwo. Małomówny i wyraźnie stremowany otwartością gospodarzy, nieczuły na powaby „wielkiego świata”, artysta aktualnie pracujący w browarze (co ciekawe postać Wańka – artysty, którego zawiłości życia i polityki zmusiły do pracy w browarze pojawia się także w innych sztukach Havla, np. „Audiencja”) zdaje się pochodzić z całkiem innego świata niż ta dwójka „koneserów na pokaz”.

Wyraźnie wyczuwalne napięcie i dysonans pomiędzy nimi sprawiają, że konflikt wydaje się być nieunikniony. Praktycznie już od samego od początku rozmowa przyjaciół co i rusz rwie się i utyka. Gospodarze usilnie próbują wmówić mężczyźnie, że jego życie jest przepełnione problemami, ale ponieważ Filip jest ich „najlepszym przyjacielem”, to Michał i Wiera mogą udzielić mu wielu porad, których przestrzeganie świetnie sprawdza się w ich przypadku. W dyskusji jak uciążliwa mantra powracają wciąż te same pytania i sugestie. Z czasem para staje się coraz bardziej napastliwa, próbuje „zawłaszczyć” Filipa, niemalże przemocą włączyć w obręb swojego życia i przerobić na własne podobieństwo. Nie tylko doradzają mu w kwestii pracy, mieszkania czy pożycia małżeńskiego, lecz dodatkowo wmuszają w niego coraz to nowe porcje wyszukanych potraw i zadręczają swoimi przemyśleniami. W pozornej otwartości i dobroduszności nie wahają się nawet zaproponować gościowi, żeby popatrzył, jak uprawiają seks – oczywiście w celach edukacyjnych, bo w ich przekonaniu robią to w sposób wzorcowy. Wyraźnie zmęczony i wyobcowany Filip próbuje się od nich uwolnić, okazuje się jednak, że jest to co najmniej trudne do wykonania – para za wszelką cenę pragnie zatrzymać przyjaciela przy sobie, uciekając się nawet do napadów histerii i emocjonalnego szantażu... Czyżby mężczyzna był już na zawsze skazany na rozmowę, która zdaje się nie mieć końca?

Ten spektakl jest na swój sposób męczący. Ale – śpieszę wyjaśnić – on ma taki być. Specyficzna atmosfera i empatyczna gra aktorska sprawiają, że widz jest w stanie utożsamić się z postacią Filipa, może poczuć towarzyszący mu dyskomfort i chęć ucieczki, która jednak nie może zostać zrealizowana. Wciąż powtarzane sekwencje, jałowość rozmowy, dziwnie złowieszcze bicie zegara i naprzemienne rozbłyski światła i ciemności sugerujące, że oto nie mijają już tylko godziny, lecz całe noce i dni, sprawiają, że widz czuje się jakby złapany w pętlę czasową, schwytany w pułapkę, która boleśnie współgra z monotonią ludzkiego życia. Podobnie jak Filip nie jest w stanie uciec od swoich zaborczych przyjaciół, tak my nie uciekniemy od pokazywanej prawdy. To właśnie pewien brak katharsis, pełne rezygnacji powrócenie po momencie kulminacyjnym do sytuacji początkowej są największą siłą spektaklu Zalewskiego, jego „mocą uderzeniową”, która pozostawia w widzach oddźwięk pobrzmiewający wraz z końcowymi taktami muzyki.

Inscenizacja teatru „Bez Paniki” to przede wszystkim spektakl aktorski, co w dużej mierze wynika po prostu ze specyfiki dramatu. Utrzymana w tonacji realistycznej scenografia (autorstwa Szymona Szewczyka i Adama Laski) – chociaż dobrze współgra ze snobistycznym charakterem właścicieli mieszkania – jest raczej tłem dla kreacji aktorskich niż nośnikiem dodatkowych sensów. Chociaż w pierwszym odruchu może się wydawać inaczej, to role w tym spektaklu wcale nie należą do prostych. Zwłaszcza postacie do szpiku kości zmanierowanych Wiery i Michała ukrywają w sobie pewną „pułapkę” sztuczności, bo nie jest łatwo zagrać w sposób autentyczny i naturalny postacie, które wiecznie coś udają, które są trwale zamknięte w sztywnych ramach pozerstwa i konwenansów. Na szczęście aktorom teatru „Bez Paniki” udało się wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Przekonująco wypadł zwłaszcza Łukasz Kabus, który świetnie potrafił połączyć elementy komediowe z prawdziwym dramatyzmem. Partnerująca mu Katarzyna Pojda również dobrze odnalazła się w postaci „zawsze idealnej” Wiery, chociaż miałam wrażenie, że w końcowej scenie było tego opanowania trochę zbyt wiele. Chciałabym w tym momencie zobaczyć prawdziwy wybuch szału i histerii, kiedy z Wiery wreszcie opadają – na tą jedną chwilę – wszystkie sztuczne uśmiechy i maski.

Havel napisał swoją sztukę ładnych parę lat temu, w realiach innego ustroju politycznego. W związku z tym może się pojawić pytanie, czy w obecnych czasach „Wernisaż” ciągle może poruszać problemy bliskie współczesnemu widzowi. Spektakl Piotra Zalewskiego pokazuje, że owszem – jest to możliwe. Za sprawą naprawdę minimalnych, ale umiejętnie przeprowadzonych zmian w tekście dramatu, „Wernisaż” zyskuje nowy, jak najbardziej aktualny wydźwięk. Wiera i Michał nie są już ludźmi, którzy poświęcili własną tożsamość na rzecz wygodnego życia w systemie komunistycznym. W realizacji grupy teatralnej „Bez Paniki” stają się symbolem współczesnego niewolnictwa, ślepego podążania za panującymi trendami. W swoim zakłamaniu nie potrafią jednak – nawet sami przed sobą – przyznać, że żyją „na pokaz”. Dlatego na siłę próbują tchnąć w swoje działania jakąś wartość, wmawiają sobie, że są wzorem do naśladowania, parą wybranych, którzy posiedli uniwersalny przepis na życie w szczęściu. Oni nie tylko chodzą do sauny bo to modne, oni jeszcze dodatkowo robią z tego filozofię życiową. Wszystko to jednak okazuje się być tylko złudną otoczką, pieczołowicie polerowanym tombakiem. Bo Wiera i Michał wcale nie są szczęśliwi. Ich egzystencja to tak naprawdę tylko pusta wydmuszka. Żyją nie dla siebie, lecz dla innych. Niczym bluszcz potrzebują owinąć się wokół kogoś i tak długo przekonywać go, że są szczęśliwi, aż uwierzy – ale nie słuchacz, lecz oni sami. W tym świetle postać Filipa – który w końcu jednak zostaje i pozwala wreszcie włączyć Wierze płytę – tchnie prawdziwym tragizmem. Jego los pokazuje, jak ciężka (a może w ogóle niemożliwa?) jest walka człowieka, który chce żyć po swojemu, bez podporządkowania się innym.

Piotr Zalewski, wykorzystując tekst Vaclava Havla, konstruuje opowieść o ludzkim zagubieniu we współczesnym świecie. Opowiada o tym, co być może dotyka wielu z nas, że pomimo ogólnego dobrobytu i możliwości dostępu do wszelkich informacji, do setek porad, coraz mniej umiemy żyć. „Wernisaż” teatru „Bez Paniki” to wciąż opowieść o życiu niewoli, ale nie w okowach systemów totalitarnych, lecz pod dyktaturą mody, mediów i opinii publicznej.

Magdalena Iwańska
Dziennik Teatralny Katowice
1 czerwca 2011

Książka tygodnia

Teatr plastycznej metafory. Scenografie Jadwigi Mydlarskiej-Kowal
Muzeum Śląskie
Redakcja: Sylwia Ryś, Elżbieta Spadzińska-Żak

Trailer tygodnia