Bezdenna samotność Beckombergi

„Beckomberga" – reż. Anna Augustynowicz – Teatr Współczesny w Szczecinie

Okres pandemii niewątpliwie stawia przed twórcami teatralnymi szereg nowych wyzwań, bo do teatru widzowie nie mogą obecnie chodzić z oczywistych względów, a artyści na chleb muszą mimo wszystko jakoś zarobić.

Z tego tytułu, mam wrażenie, że w teatrach wykreowały się dwa główne nurty podchodzenia do spektakli pandemicznych. Są takie – i tych jest najwięcej – które funkcjonują w sposób raczej oczywisty, poprzez udostępnianie mniej lub bardziej kreatywnie zarejestrowanych transmisji swoich produkcji, co jest jak najbardziej w porządku rozwiązaniem. Ale są też teatry i twórcy, którzy pandemią wykorzystują zaledwie jako pretekst do dalszych poszukiwań artystycznych, celem których jest eksplorowanie coraz to nowszych form teatralnych powstałych w efekcie rozwoju technologii jak i dynamicznie zmieniającej się wrażliwości widzów.

Myślę, że „Beckomberga" ze szczecińskiego Teatru Współczesnego w reżyserii Anny Augustynowicz jest efektem tego właśnie rodzaju artystycznych poszukiwań – bo forma spektaklu, wypracowana na potrzeby teatru pandemicznego, jest bez wątpienia jego silnym atutem. Ewidentnie intencjonalna i sumiennie rozplanowana kinematografia – jako „kinematografię" mam na myśli definicję Georgesa Bataille'a, który ową określił jako „sztukę przekazywania myśli poprzez ciąg ożywionych obrazów". Poprzez sięganie do rozwiązań kina ekspresyjnego i formalistycznego kinematografia „Beckombergi" sprawnie nawiązuje komunikacje z widzem. Czarno-biała, surowa estetyka tworzy intrygującą grę światłocieni, jednocześnie zostawiając znaczną przestrzeń do interpretacji aktorom, którzy swoje postacie mogą tworzyć w najmniejszych detalach, gestach i grymasach twarzy – są to elementy bardzo łatwo ginące w „standardowym" teatrze pod natłokiem innych informacji, takich jak rozbudowana scenografia, gra świateł czy nawet przytłaczający ogrom przestrzeni scenicznej per se. Pod tym względem spektakl wypada bardzo dobrze – poszukiwania Augustynowicz przyniosły świetne skutki, bo zainteresować widza głównie za pomocą pracy kadrów jest w dzisiejszych czasach, w moim odczuciu, trudne.

Tym, co w „Beckomberdze" budzi moje największe uznanie jest praca aktorów, którzy stworzyli wachlarz przeróżnych skomplikowanych postaci. Uwagę zwraca na siebie Paweł Niczewski wcielający się w Olofa, starszego mężczyznę, który większość życia spędził w Beckomberdze. Olof to bardzo niewinny, samotny człowiek, a Niczewski pierwszorzędnie tę składowe oddaje za pomocą swojej zatroskanej twarzy i pustego spojrzenia przeszywającego soczewkę kamery. Natomiast zgoła inną postacią jest Ojciec Konrada Pawickiego – narcystyczny alkoholik, niedoszły samobójca. Chociaż jest to człowiek zazwyczaj wypowiadający się zwięźle i stanowczo, często jednak na pytania dotyczące przyszłości czy przeszłości zdarza mu się odpowiedzieć „nie wiem", przez co w pewnym momencie ta fraza w jego ustach zaczyna brzmieć niemalże jak mantra. Widać w kreacji Pawickiego, że zbudował on Ojca wokół tego niuansu, co sprawiło, że postać ta jest widocznie i przejmująco uwikłana w swoje problemy. Z kolei Joanna Matuszak wcielająca się w Córkę, której Matka (Magdalena Myszkiewicz) zmaga się problemami z pamięcią, wykreowała postać silnie cierpiącą wewnętrznie, przez lata siłującą się ze swoją chorą matką. Córka mozolnie znosi cierpienie w środku, czasem pozwala sobie jedynie na głośny, niezwerbalizowany pisk, dzięki któremu wspomniane cierpienie znajduje ujście. Pod koniec spektaklu Matuszak prezentuje imponujący, pełen goryczy i wyrzutu monolog godny prawdziwie doświadczonej aktorki, którą zresztą niewątpliwie jest. Niestety jednak, tragedia jej postaci polega na tym, że jej słowa mają marną moc sprawczą w obliczu umierającej pamięci swojej Matki.

Pamięć i niepamięć to bardzo ważne składowe spektaklu. Przeszłość jak i jej zrozumienie są silnie uwikłane w świat „Beckombergi" – w świat, w którym poczucie czasu jest kompletnie względne, o czym wymownie sygnalizuje nam wisząca w tle tarcza zegara bez wskazówek. Zawieszone w czasie i przestrzeni historie bohaterów przyjmują charakter metafizyczny i balansują na granicy surrealizmu. Anna Augustynowicz za pomocą takiej formy pogrywa z widzem – trudno stwierdzić czy są to historie wzięte z „prawdziwego" życia bohaterów, czy może jednak są one mozaiką składającą się z fragmentów ich pamięci jak i niepamięci. Niemniej jednak, czy na dobrą sprawę ma to jakiekolwiek znaczenie? W gruncie rzeczy najważniejsze jest to, co czują bohaterowie – a to przecież jest szczere i prawdziwe.

Spektakl wyreżyserowany przez Anny Augustynowicz zmusza widza do ciągłej uwagi i wymaga od niego bycia dobrym słuchaczem, który – niby lekarz ze szpitala psychiatrycznego w Beckomberdze – siądzie na półtorej godziny i cierpliwie wysłucha historie pacjentów, bez zbędnego ich osądzania.

I takim widzom właśnie polecam obejrzeć „Beckombergę" – aby samemu zanurzyli się w ten świat i spróbowali go po swojemu zrozumieć.

Jan Gruca
Dziennik Teatralny Glasgow
16 lutego 2021

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...