Bisów nie przewidziano

"Festiwal Pamięci" - reż. Andrzej Pakuła - Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie i Teatr Powszechny w Warszawie

"Czy jest państwu wygodnie?" - zagajają aktorzy warszawskiego Teatru Powszechnego swoich widzów podczas "Festiwalu pamięci". Pytanie jest niebezpodstawne, bo komfortu przybyłym już do końca wieczoru nikt gwarantować nie zamierza. Tematyka obliguje do obejrzenia spektaklu w warunkach wzmożonego wysiłku. A temu nie służy kontemplacja w fotelach teatralnych...

Czy poza głównym nurtem mass mediów w obecnej dobie możliwy jest w ogóle dyskurs na temat zbiorowej pamięci, gdy państwo próbuje obligatoryjnie podać obywatelom szczepionkę dumnej Polityki Historycznej, skuteczną wobec strachliwej Pedagogiki Wstydu? Wysoka frekwencja podczas "Festiwalu pamięci" pokazuje, iż jest to zadanie wykonalne. Realizatorzy przedstawienia w Teatrze Powszechnym tymczasem proponują refleksję nad przyczynami stanu, który prowadził do narodowych, czy szerzej światowych, nieszczęść, jakie niosą zbiorowe tyranie.

"Czym się różnią Murzyni od Żydów?" - pyta widzów aktorka. Sala milczy. - "Tym, że ci pierwsi jeżdżą na kolonie, drudzy na obozy" - pada odpowiedź. Na sali zalega głucha cisza. "Jak się nazywa Żyd przybity do drzwi?" - docieka aktor. Pytani już nawet nie usiłują szukać odpowiedzi. "Judasz" - brzmi prawidłowa odpowiedź. Widzowie solidarnie milczą. Czy to znak, że przybyli do teatru są świadomą i starannie wyselekcjonowaną grupą schlebiającą zasadom political correctness? Czy w dyskrecjonalnych warunkach towarzyskich śmialiby się na głos z przytoczonych dowcipów? Niewykluczone, a wręcz prawdopodobne. Ale reakcje na inne pytanie zadane przez artystów zastanawiają jeszcze bardziej. "Czy podczas okupacji przechowywałbyś Żyda w swoim domu?" - drążą aktorzy. "Oczywiście!" -szybko pada kilka spontanicznych zapewnień. Jednak po chwili zastanowienia indagowani dodają ciszej: "...chociaż, kto wie?"

Wprawdzie w tym momencie "Festiwal pamięci" już de facto wypełnił swoją edukacyjną misję, to dopiero początek widowiska. Realizatorzy projektu dociekają, czy pamięć służyć ma tylko odnajdowaniu narodowej tożsamości, czy powinna być czymś więcej. Temu drugiemu wariantowi służyć ma wyemitowany w trakcie trwania spektaklu filmowy zapis eskapady trojga młodych Polaków, którzy ruszyli śladami martyrologii swoich przodków, a także Żydów. Ich tropy uczniowie odnajdą w Lesie Rzuchowskim i w Berlinie. Licealiści mówią o swoich wrażeniach, niekiedy naiwnie próbując się odnieść do fundamentalnych pytań o istotę pamięci, która nie zapobiegła hekatombie XX wieku. Zapewnienia, iż w dzisiejszych warunkach byłaby ona nie do powtórzenia, w ustach optymistycznych niejako "z urzędu" nastolatków nie brzmią wiarygodnie. Nie mogą. Przemierzając korytarze berlińskiego Muzeum Żydowskiego, licealiści mijają pląsające dzieci - nieświadome kontekstu miejsca. Dopóki jednak przy Hannah Arendt Strasse mieści się Holocaust Exhibitions, a próżno tam szukać Holocaust Souvenirs, jest szansa, że problem nie ulegnie infantylizacji. Aby tak się stało, w trzeciej części performance'u autorzy Festiwalu pamięci zabierają nas przewrotnie w miejsce dość osobliwe, przypominające dyskotekę, gdzie w rytm transowej muzyki aktorzy dokonują ekspiacji na tle osobliwych kadrów filmowych. Zobaczymy na nich tłumy. Ale nie są do "Parteitagi" z filmów Leni Riefenstahl. To zbiorowiska znacznie pospolitsze, zwyklejsze. Bo przecież zanim nienawiść zadekretowano odgórnie, pączkowała ona nieśmiało w małych skupiskach ludzkich, by zdyskontować się bytami państwowymi. Przez kakofonię rytmicznych dźwięków, wśród migających stroboskopów przebiją się więc motywy słowne, traktujące o tym, jak istotne jest, żeby jabłka się nie dotykały. Postulat czystości gatunku? To wciąż dobrze nam znane hasło.

"Zobacz, jakie to jest proste" - krzyknie wykreowany na scenie żołnierz swojej niedoszłej ofierze, strzelając na jej oczach do dziecka. Chwilę później aktorskie trio sugestywnie udowadnia, jak funkcjonuje terror większości, maszerując po scenie w narkotycznym amoku. Wtedy, wiedziony presją lub instynktem owczego pędu, dołącza doń brakujący element. Trio staje się kwartetem.

Autorzy przedstawienia (Jan Burzyński, Andrzej Pakuła) mimo ambitnych zamierzeń nie pokusili się jednak o domknięcie swojej realizacji jakąś skonkretyzowaną przejrzystą pointą, wychodząc bodaj z założenia, iż samo zamieszanie kijem w mrowisku przyniesie spektakularny sukces... Czas pokaże, co lepsze: świadoma swych celów polityka historyczna, czy festiwal pamięci, gdzie dominują pytania i chaos.

Kwintesencją festiwali zwykle bywają bisy. A idzie przecież o to, by nigdy nie doszło do powtórki z historii. Oczywiście tej tragicznej. Historia dumna i szlachetna obroni się sama.

Tomasz Misiewicz
Odra
3 sierpnia 2016

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia