Biwak w lesie

"Mickiewicz. Dziady. Performance." - reż: Paweł Wodziński - Teatr Polski w Bydgoszczy

Ognisko nie płonie i milczą knieje, lecz mimo to - drużynowy jest wśród nich. Pseudonim - Guślarz. Nosi plażowe klapki z plastiku na gołe stopy i batoży powietrze cienkim prętem bądź dźga nim plac przed lichymi namiotami. Harcerze? Tak, podtatusiali harcerze w prywatnej odzieży na biwaku w, powiedzmy, bukowym borze. Że co? W "Dziadach" Mickiewicza - harcerze?! Inaczej zapytam. Czy jest ktoś, kogo w teatrze coś jeszcze dziwi? Owszem, gdy druh w plastikowych klapkach rozkaże, by zamknąć drzwi od kaplicy - szeregowych harcerzy ogarnia panika poznawcza, bo drzwi nie posiada żaden las. Zaiste. Ale też zdziwienie znika, gdy pojmiemy gorycz rozkazu zamknięcia drzwi w świecie bez drzwi. Tu tkwi istota tych przez Pawła Wodzińskiego wyreżyserowanych "Dziadów". Jest nią - brak.

Kto zawinił? Nie ma drzwi wiodących od buka do buka. Nie ma środków, by zastąpić namioty w strzępach nowymi ani by zacerować stare mundurki, co są już jak durszlaki. Kto zawinił? W połowie tej części seansu, która przedstawia harcerzy próbujących zdobyć sprawność recytatora, jest minuta wściekłego katowania człekokształtnej kukły czym popadnie. I nie ma wątpliwości: to kukła Naczelnego Harcmistrza, który zawinił w kwestii drzwi, namiotów oraz mundurków. Ba! Zły ten wódz nie dość, że nie chce dać na zapałki do podpalenia ogniska i cynicznie odmawia uruchomienia teatralnej maszyny do robienia wiatru (dlatego na scenie jest, jak chciał poeta: głucho wszędzie i ciemno wszędzie), to nawet na chleb nie dał harcerzom! Więc z tego, co głodem wycieńczeni dukają, da się zrozumieć tylko pół. Mało, ale jednak coś, bo dukający nie rozumieją niczego, ni w ząb - i tak jest do końca Wodzińskiego opowieści o braku. Wciąż czegoś uparcie nie ma i nie ma...

Na przykład: gdy w drugim akcie harcerze wracają z biwaku do domu, okazuje się, że nie mają domu. Na scenie - noclegownia dla bezdomnych. Polowe wyrka, cienkie kocyki, zdezelowane krzesło, otłuszczone poduchy. Owszem, to jest. Lecz gdzie pościel? Gdzie telewizor, w którym by można było "Dziady" Swinarskiego sobie obejrzeć, kolebiąc się na zdezelowanym krześle? Nawiasem, za chwilę harcerz Konrad w rozpaczliwym szale roztrzaska zdezelowane krzesło, czym spowoduje kolejny brak. A co z rozrywką? Tak, mają gitarę. Jednak cóż po gitarze, skoro wśród pensjonariuszy noclegowni dla bezdomnych harcerzy panuje brak umiejętności grania na gitarze? I gdzie stos ręczników, którymi wspomniany Konrad mógłby wycierać swój nagi tors, podczas nierównego pojedynku z Wielką Improwizacją zmieniony przez jałową mordęgę Konrada w - Potogrzmoty Harcerzyka? I cóż stąd, że nikomu na głowę nie kapie, jeśli nikt tu nie ma żadnych perspektyw, nikt i nic, nawet modlitewny klęcznik?

Bordowym pluszem obity klęcznik sterczał na początku w cieniu lichych namiotów na polanie bukowego boru. Niestety - po nic. Dzieło Wodzińskiego jest bowiem z tych, co im nawet sam Pan Bóg, i to w szczytowej formie swojej wielkoduszności, nie zdoła pomóc. Gdy Harcmistrz Teatru zsyła na artystę brak smaku - dwa wyjścia pozostają. Pójść w podtatusiałą awangardę polską, klecąc wór myślowo-estetyczny, dzieło niepoczytalnie otwarte, z którego każdy może wydłubać sens każdy. Ja wybrałem trudny los starych harcerzy we współczesnym świecie, bo akurat taki miałem kaprys. A wyjście drugie? Gdy Harcmistrz Teatru zesłał brak smaku - warto zwyczajnie, po ludzku, dać sobie spokój ze sztuką. Na dłużej.

Festiwal Boska Komedia. Teatr Polski w Bydgoszczy. "Mickiewicz. Dziady. Performance". Reżyseria i scenografia Paweł Wodziński. Muzyka Stefan Węgłowski.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
20 grudnia 2011

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia