Blade maski rewolucji

"Sprawa Dantona. Samowywiad" - reż: Magdalena Miklasz - Teatr Malabar Hotel

W spektaklu Malabar Hotel Stanisława Przybyszewska nie jest jedynie nazwiskiem na afiszu. Świetnie skonstruowana fabuła ,,Sprawy Dantona" rozpala wyobraźnię. Na jej podstawie powstał klasyczny już dziś ,,Danton" Wajdy. Jan Klata opowiedział tym dramatem plakatową historię o współczesnej polityce, zaś Paweł Łysak dokonał próby zaangażowania publiczności do aktywnego opowiedzenia się po jednej ze stron głównego konfliktu.

Białostockie przedstawienie rozgrywa się na swoistym metapoziomie. Korzysta zarazem z iluzji scenicznej, jak też konsekwentnie ją rozbija. Stanisława Przybyszewska (Anna Stela) najpierw kręci się przed widownią, by potem usiąść i rozpocząć pisanie swojego największego dzieła. Twórcy skorzystali przy tym z listów autorki, które zebrane i uporządkowane tworzą w tym spektaklu autonomiczny względem ,,Sprawy" tekst. Wyważona interpretacja utworu o rewolucji zostaje dopełniona obrazem jego twórczyni. Kobieta jest bowiem zdeterminowana, ma ,,wszystko zaplanowane", każdy fragment didaskaliów, każdy ruch i słowo. Ma poczucie własnej wartości, choć o osiągnięciu wielkiego sukcesu wcale nie myśli. Nie należy doszukiwać się w ,,Samowywiadzie" odniesień do narkomanii Przybyszewskiej. Pisarka jest zafascynowana Robespierre\'m, czemu daje wyraz w jednej ze swoich kwestii. To jemu poświęca tak naprawdę swoje dzieło, mimo tytułowi, który może być mylący. Wchodzi w kreowany świat, dialogując z postaciami. Wydaje im polecenia, co mają mówić. Zdaje się wierzyć bezgranicznie w swoich bohaterów. Ubolewa nad przecinkami, chce mieć pełną kontrolę nad swoim tworem. 

Aktorzy poruszają się po parkiecie wyłożonym białym brukiem. Dookoła krzesła z epoki, podobnie wystylizowano kostiumy. Kilkadziesiąt ról podzielono na kilku wykonawców. Robespierre i Danton są grani przez jedną i tę samą osobę - Marcina Bikowskiego. Aktor kładzie jednak akcent na pierwszą postać. I twórcy potknęli się w tym miejscu. Jeśli spektakl ma być projekcją wyobraźni twórczej Przybyszewskiej, to odtwórca Maxime\'a nie pasuje fizycznie do sylwetki niskiego, szczupłego tyrana. Poza tym aktor wywiązuje się jednak dobrze ze swojego zadania. Choć jego Robespierrowi brak słynnego neurotyzmu, świetnie sprawdza się jako chłodny, zaangażowany ideolog. Malabar dotyka ciekawej kwestii - sympatii Przybyszewskiej do francuskiego dyktatora. Dlaczego dostrzegała wielkość w kimś, osądzonym już przez historię? 

Bikowski staje się Dantonem, który w pantomimie ściera się z żoną Louise. Dialogi czyta autorka. To pokazuje trwający konflikt w głowie Stanisławy, a zarazem zapewnia dynamikę przedstawieniu. Nawet jeśli twórcy powielają niektóre schematy, to robią to w sposób, który anuluje monotonię. Takim zabiegiem są na przykład maski. Zimne, blade odlewy twarzy zgilotynowanych. To one towarzyszą protagoniście, animowane przez pozostałych członków zespołu. Agnieszka Makowska, Natalia Sakowicz, Maria Żynel i Marcin Bartnikowski wcielają się w role Saint-Justa, Westermanna, Lucille, Louise, Bourdona, Phillipeaux i innych. Raz polega to na odegraniu scen własnym ciałem, ale naprawdę silnego wyrazu nabiera to w ,,grze" maską. Rekwizyty te mogą się odnosić do używanych w teatrze greckim masek-charakterów. Budują tym samym kontekst polityki jako oszustwa, ale też dziedziny będącej zarazem domeną bogów. Scena posiedzenia Komitetu Ocalenia Publicznego to majstersztyk. Trójka aktorek operuje ,,bladymi twarzami", gdy Robespierre z Saint-Justem wypowiadają własne kwestie. Z góry skazani na śmierć członkowie grupy prowadzą swoisty danse macabre.

Przybyszewska niejednokrotnie traci cierpliwość i stara się odgonić powracające jak demony duchy Rewolucji. Jest przy tym niesamowicie sfrustrowana. Ma poczucie, że sama marnuje swój czas. Zazdrości Saint-Justowi, że w wieku dwudziestu paru lat był dojrzałym rewolucjonistą, a ona sama traci czas. Z każdym kolejnym aktem dramatu jest coraz mniej pewna siebie. Maleje w oczach. Jak Robespierre, gardzi tłumem. Widoczne jest to w scenie, w której aktorzy przerzucają sobie z rąk do rąk maskę kolejnej ofiary. Konfidenci, którzy przybywają do Dantona, by obwieścić plany KOP-u dotyczące aresztowania Georgesa, mają ukryte twarze i długie, kościste ręce. Stają się żywymi trupami, które dokładają cegiełkę do chaosu. Sami są już przegrani, stają się bowiem pozbawionymi godności zdrajcami. Chowają się przed światem jak szczury.

Gdy dochodzi do rozmowy Robiespierre\'a z Dantonem, pozostali chowają się za parawanem lub oglądają zdarzenie z daleka. Scena dyskusji jest wielkim popisem umiejętności Bikowskiego, i stanowi najlepszą sekwencję przedstawienia. Aktor najpierw, jako Robespierre, rozmawia z maską Dantona, by potem - razem ze słusznością racji - role się odwróciły. Maxime ma świadomość, że przegrywa z Georges\'em, bowiem nic nie usprawiedliwia krwawego terroru. Takie poczucie zdobywa chyba i Przybyszewska, albowiem własne dzieło zaczyna ją przerastać. 

Autorka wyraźnie zapętla się w trudnych zagadnieniach politycznych. Najwyżej ceni, jak sama mówi, wolność. Ale ,,Sprawa" zaczyna wymykać się jej spod kontroli. Otwarcie przyznaje, że nie lubi kobiet w dramacie i zastanawia się czy tych postaci nie skreślić. Ale czemu tego nie robi? Dla potrzeb kompozycyjnych czy dla oddania sprawiedliwości? Te pozornie abstrakcyjne pytania każą się zastanowić nad rolą twórcy i granicami obiektywizmu w ogóle. Dla uważnych - od sufitu do proscenium rozpięto czerwone linki. Rozpoczyna się terror.

Usunięto bowiem sceny pokazujące dantonistów w więzieniu i ich proces. Dla Malabaru te sekwencje mają znaczenie wyłącznie symboliczne. Kluczowe jest natomiast to, co dokonuje się wraz z decyzją Robespierre\'a o aresztowaniu stronnictwa Dantona. Aktorzy ustawiają się w procesję pod przewodnictwem Maxime\'a. Makabryczny pastisz obrządku katolickiego wynosi na ołtarze ,,Świętą Gilotynę". Maski i ręce zostają rozsypane po podłodze. Rewolucyjne obrzędy ku czci Najwyższej Istoty to uwielbienie dla starotestamentowego, okrutnego Boga. Tylko że kontemplację i pokorę zastępuje zawiść i prymitywna żądza mordu. W korowodzie ustawiają się kobiety z widłami, Wolność w czapce frygijskiej. Saint-Just szarżuje z propagandowym okrzykiem ,,Jaki jest nasz cel?". To pytanie zostanie wkrótce zwielokrotnione. Będzie powtarzane przez gorączkowych rewolucjonistów. Podchwyci je każdy, kto będzie chciał przeżyć. Jak dwójka populistów, którzy z manierą, niczym media, będą przekształcać je w ugładzone hasełka. Aktorzy kładą swoje własne głowy na ,,szali" z blaszanych tacek w dłoniach kolegów. Ile są warte wasze myśli? Czy jesteście dostatecznie zmanipulowani? Ile można w was jeszcze wtłoczyć z naszej ideologii? Ten zabieg można odnieść do mitologii egipskiej, gdzie przed wejściem do Krainy Umarłych ważono serca. Ozyrys sprawdzał w ten sposób, czy dana osoba zasługuje na uznanie, czy też potępienie. Kładziono narząd na szali i weryfikowano zasługi i winy człowieka. Serca pechowców pożerał potwór. Jego rolę w ,,Sprawie" gra gilotyna. Wyczytuje się listę ściętych, najczęściej z błahych, absurdalnych powodów. Saint-Just staje się wkrótce psem prowadzonym na smyczy, który zjada własne pisma. Robespierre bierze gumową krowę i zaczyna muczeć (,,święta krowa"?). Nawet jeśli te figury szaleństwa są rysowane zbyt grubą, może nawet groteskową kreską, to stają się tutaj bardzo wyraziste i adekwatne do konwencji.

W ostatniej rozmowie Robespierre i Saint-Just mówią do siebie, poruszając jednocześnie maskami. To znacząca zmiana. Przedtem bowiem plastikowe rekwizyty miały własną tożsamość, teraz ich osobowość zlewa się w jedno z animatorem. Na pobojowisku Historii zostaje z nimi Przybyszewska. Przedtem mówi głośno o szaleństwie rewolucji: ,,Ja to uwielbiam". Rysuje sobie na karku czerwoną obwódkę. Pisarka chyba sama nie wiedziała, na co się porywa, egzorcyzmując Rewolucję. Faktem jest, że dzieło przerosło ją samą. Przedtem zadziorna i pewna siebie, na koniec klęka w bezsilności i przerażeniu własnymi fobiami i wizjami. 

Białostocki spektakl jest wielowymiarowy. Może być opowieścią o granicy między życiem a sztuką. Przede wszystkim jednak podejmuje temat relacji - utwór i jego autor, pokazując jak rodzą się racje i fascynacje. Nawet jeśli zdają się one być niesłuszne. Uznając bowiem szaleństwo Robespierre\'a pozostajemy pod wpływem wyobrażeń Przybyszewskiej. ,,Samowywiad" to nic innego jak publiczne rozdrapanie ran, które odkrywa ciemne strony człowieka poza literaturą. Ten dualizm dodatkowo wzmacnia oddziaływanie świetnego widowiska Malabar Hotel.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
4 maja 2012

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia