Bliskie spotkanie z Szatanem

"Mistrz i Małgorzata" - reż. Magdalena Miklasz - Teatr Malabar Hotel i Teatr Dramatyczny w Warszawie - foto Bartek Warzecha - mater. promoc. TD

To właśnie umożliwia nam spektakl „Mistrz i Małgorzata" który jest koprodukcją Teatru Malabar Hotel i Teatru Dramatycznego w reżyserii Magdaleny Miklasz. Fabuła nie tylko odgrywa się przed naszymi oczami, jesteśmy do niej, nagle i brutalnie, wciągnięci. Doprawdy niezapomniane spotkanie.

Twórcy posługują się różnymi widowiskowymi metodami, żeby lepiej przenieść nas do świata powieści. Światła, stale zmieniające się projekcje z rzutnika, wzmagają wrażenie niezwykłości i mnogości ukrytych znaczeń. Skłania nas to do myślenia; co robimy dla siebie, a co jest na pokaz?

Poruszony zostaje również, naturalnie, motyw pisarstwa. Słowa, wypowiadane przez Mistrza, pojawiają się zapisane na ścianie- czy to nadaje im inną wagę? Czy twórczość w pewnym sensie zamyka człowieka, nie uwalnia, jak zwykło się twierdzić? Można odnieść wrażenie że pisanie przygniata Mistrza, wpędza go w szaleństwo, wcale nie pomaga, nie przynosi mu ulgi, a przecież „on zasługuje na spokój". Jak na postać tytułową wiemy o nim naprawdę niewiele, jednak jasne jest że Mistrz należy do ludzi z problemami. Wydawać by się mogło, że są one, może wszystkie związane właśnie z jego twórczością, czyli tak naprawdę jedynym, co go w jakiś sposób określa. Na myśl przychodzi zdjęcie promujące spektakl – zapisana twarz. Artysta stający się dziełem? Zdefiniowany przez dzieło, twórczość?

Ogromne uznanie należy się Marcinowi Bikowskiemu, który jest odpowiedzialny za niezwykle niepokojące lalki, które odgrywają niemałą rolę w spektaklu. Wprost nie można oderwać od nich oczu. Nie tylko pozwalają z lekkością ograć w innym wypadku nieprzyjemne sceny ale też wzmagają wrażenie bezsilności bohaterów wobec planów Wolanda. Zostajemy postawieni przed pytaniem do kogo tak naprawdę należy nasze życie i co, lub też kto nim kieruje. Nasze „postępowe" patrzenie na świat zostaje wyśmiane. Czy jesteśmy więc tylko marionetkami w świecie tego, w którego dawno już nie wierzymy?

Jesteśmy wciągnięci w podróż przez czas i przestrzeń, poznajemy nieco inne oblicze Jezusa, siłę wszechobecnego miłosierdzia, któremu żadna chusteczka nie straszna, współczujemy diabłowi, któremu szef powierzył misje z poza jego zwyczajowego zakresu obowiązków, poznajemy Mistrza i Małgorzatę oczywiście...

Aż tu nagle, stajemy się aktorami – gramy widownię z powieści; nieprzygotowani, możemy wczuć się z łatwością w proces myślowy każdego bohatera, który miał (wątpliwą) przyjemność rozmawiać z Wolandem. Niezwykle sprytny zabieg, wytrącający z równowagi, przerywający bezpieczny, spokojny proces przyswajania treści i cieszenia się sztuką. Żeby do końca nie zepsuć niespodzianki, nic więcej na ten temat nie powiem.

Mamy również bezpośredni wgląd w śmietankę literacką Rosji, gdzie kreowane wizerunki, kartonowe twarze, stają się ważniejsze niż prawdziwi ludzie z krwi i kości. Ciekawe, że po artystach zwykle oczekujemy więcej, podczas gdy hierarchia i gra pozorów jest w tym małym światku taka sama jak wszędzie. Może od pewnych ludzkich zachowań po prostu nie ma ucieczki?

Inna nasza wada, wyeksponowana na granic to nieumiejętność słuchania siebie nawzajem. Chciałoby się momentami wejść na scenę i trząsnąć kogoś po głowie, krzyknąć „posłuchaj!" Zabawne, zupełnie jak w prawdziwym życiu. Bohaterowie mówią przez siebie, powtarzając swoje racje coraz głośniej, sfrustrowani i oczywiście, do niczego konstruktywnego to nie prowadzi. Zabawne...

Z niesłuchania i niedokładnego zapisywania wynika niezliczona liczba problemów, jak zauważa już sam Jeszua Ha-Nocri, który te problemy w spisywaniu poczuł na własnej skórze. Wywołuje to pewien niepokój: czy słowu pisanemu nie możemy zatem ufać? Ani słowu powtórzonemu? Czemu możemy więc ufać kompletnie?

W większości wypadków, jeśli spektakl jest oparty na innym dziele to jego znajomość da nam lepsze zrozumienie przekazu; i tutaj nie jest inaczej. Pozwoli to bardziej docenić pracę, włożoną w odegranie tej niesamowitej historii. Do wielkich fanów książki: spokojnie. Jako jedna z was subiektywnie (bo tylko tak mogę) oświadczam, że temu arcydziełu na deskach Teatru Dramatycznego nie wyrządzono krzywdy, wręcz przeciwnie, oddano jego ducha.

Magdalena Suchcicka
Dziennik Teatralny Warszawa
25 czerwca 2019

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski
„Viva La Mamma" - reż. Roberto Skolmo...