Błogość starości

"Błogie dni" - reż. Wojciech Urbański - Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

"Błogie dni" to typowy dramat konwersacyjny rozpisany na dwoje aktorów - w tym przypadku kobietę i mężczyznę po przejściach nie tylko uczuciowych, ale i zdrowotnych. A ponieważ sam tekst nie jest zbyt odkrywczy i dość przewidywalny w swej narracyjnej konstrukcji, wszystko zależy od aktorów i od reżysera, który tak rozłoży akcenty i tak poprowadzi odtwórców głównych ról, że - pomimo dramaturgicznych słabości - będziemy chcieli chłonąć każde słowo.

I tak też było podczas premiery w warszawskim Teatrze Ateneum - na scenie królowały przede wszystkim słowa, które w ustach Jana Peszka i Jadwigi Jankowskiej-Cieślak niosły dużo więcej niż mógł obiecywać sam tekst - wdzierały się znacznie głębiej w psychologię postaci, wychodząc daleko poza samą czystość wypowiedzi, dyskretność mimiki czy oszczędność gestu. Można śmiało powiedzieć, że sztuka umiejętności prowadzenia scenicznego dialogu została tutaj doprowadzona do perfekcji.

Aktorom w ascetycznej, otwartej i pogłębionej scenografii Mai Skrzypek pomaga niewiele. Choć z drugiej strony ta przestrzenna otwartość w połączeniu z muzyką Dominika Strycharskiego daje możliwość ukazania losów bohaterów jakby w znacznie szerszej perspektywie. To też pozwala sugestywniej wybrzmieć każdemu słowu, każdej kwestii czy krótkiemu monologowi, skupić się na twarzach bohaterów, których siła spojrzenia jest tak samo ważnym elementem tego, co pomału rodzi się w ich samotnych sercach, obolałych ciałach i pokiereszowanych przez życie duszach.

Deirdre Kinahan, młoda dramatopisarka irlandzka, która na polską premierę przyjechała do Warszawy, postanowiła opowiedzieć historię dwojga starszych ludzi, z których Sean, rzadko opuszczający inwalidzki wózek, jest byłym aktorem i wciąż przeżywającym rozstanie gejem, a cierpiąca na paroksyzm Patrycja byłą nauczycielką, dyrektorką szkoły, zamieszkującą od lat z siostrą. W Domu Samotnej Starości, gdzie przypadkiem spotkali się na terapii mają szansę okazać sobie serdeczność, życzliwość, empatię, wsparcie i zrozumienie, choć traumatyczne wspomnienia z przeszłości wywołane chwilami niespodziewanej czułości wciąż wdzierają się w ich życie, nie dając zapomnieć o tym, co ich spotkało i w efekcie utrudnia możliwość nawiązania od początku szczerego i autentycznego kontaktu. Stąd też ich rozmowy czasami przeradzają się albo w milczenie (wspaniale te momenty wygrywa Jan Peszek) albo w sprzeczki, zakłócając błogość dni, które zamierzali, a może chcieliby wspólnie spędzić. Oczywiście pytania o sens życia czy skargi na jego wszystkie nienormalności i odchylenia, narzekania na bezsilność czy zmęczenie nie osiągają tutaj wymiaru filozoficzno-egzystencjalnych rozważań, są raczej dość przyziemne i banalne, choć w najbardziej szokujących wyznaniach pozbawione pretensjonalności. Nie znajdziemy tutaj jak u Wyrypajewa jakichś daleko idących dekonstrukcyjnych asocjacji. Nie przeszkadza to jednak Wojciechowi Urbańskiemu, bardzo wnikliwie wczytującemu się w każdy tekst jaki wystawia - wystarczy przypomnieć choćby "Letnie osy kąsają nawet w listopadzie" na Scenie na Woli poprzedzające "Błogie dni" w Ateneum - na cierpliwe wsłuchiwanie się przede wszystkim w to, co i jak mają powiedzieć i wyrazić aktorzy, którzy nie przegadują po raz kolejny tekstu, a starają się go rodzić jakby w tej chwili, tu i teraz.

Zadania postawione aktorom przez reżysera, wychodzące poza rozwiązania szablonowe i mogące prowadzić do nadekspresji, są na tyle precyzyjne, że tematy poszczególnych scen stają się ekscytującą wiwisekcją ludzkich postaw, które choć przecież nie stronią od powagi, to mają w sobie pewien rodzaj immanentnej radości (wspaniale w pierwszej scenie, do momentu pierwszego ataku, a potem w scenie tańca pokazuje to Jadwiga Jankowska-Cieślak), a może właśnie owej tytułowej błogości, która zdaje się w pierwszym odruchu nie pasować do tego, co Sean i Patrycja przeżywają. Dzięki temu Peszkowi i Jankowskiej-Cieślak udaje się wyjść poza wiarygodność czysto realistyczną, poza to, co w ich powściągliwych i stonowanych rozmowach może się wydać dawno wyeksploatowane czy wyświechtane, poza banalne ględzenie sugerujące tylko jakieś drugie dno w przesłaniu teatralnie już dość zużytym i zgranym. Obydwoje aktorzy świetnie poruszają się w materii dramatu i swoich postaci, unikają szerokiej i nachalnej ekspresji mimiczno-gestycznej na rzecz skupienia, powściągliwości, umiarkowania i niebebechowatej emocjonalności. W obydwu rolach jest coś ujmująco ciepłego, dodatkowo w roli Peszka zachwyca coś, co można nazwać wykwintnym dystansem - tworzy to razem wysmakowaną i pełną czułego wyrafinowania mieszankę wychodzącą daleko poza realistyczną monotonię, terapeutyczny seans, który nie próbuje za wszelką cenę poszukiwać egzystencjalnych prawd i psychologicznej głębi, czyli tego czego zwyczajnie w dramacie Deirdre Kinahan nie ma. Nie znaczy to jednak, że wychodząc z teatru nie zastanowimy się nad własnym życiem i jego przemijaniem, nie uśmiechniemy do naszych myśli i refleksji, nie zadumamy nad przewrotnością naszego losu i naszych najbliższych.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
30 września 2015

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia