Błoto, nie burza

"Burza" - reż. Maja Kleczewska - Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy

Pisanie o spektaklu Kleczewskiej w kontekście tekstu Szekspira jest niemal niemożliwe. Reżyserka doszła wręcz do skrajności, jeśli idzie o umowność motywów i dokonała tak daleko idącego uwspółcześnienia, że można już mówić o przekroczeniu dopuszczalnych granic interpretacji. Właściwie "Burza", prócz zachowania strzępów wypowiedzi i schematu powiązań rodzinnych, jest spektaklem autorskim, który z Szekspirem nie ma za wiele wspólnego - może oprócz próby skupienia się na relacjach międzyludzkich i charakterach, których portrety są głównym przedmiotem twórczości dramaturga. Różnica jednak polega na tym, że o Szekspirze faktycznie można mówić jak o znawcy ludzkich zachowań, a o jego twórczości - ponadczasowej skarbnicy tematów dotyczących człowieczeństwa. O Kleczewskiej, która postanowiła być od niego mądrzejsza, przynajmniej na podstawie jej "Burzy", powiedzieć tego nie można.

Na samym początku przed widzami ukazuje się ogromna przestrzeń, w całości pokryta piaskiem. W głębi stół i kilka krzeseł, obok stara kanapa zawalona betami, kilka wiatraków przy usypanej na pierwszym planie wydmie. Oniryczna muzyka i Miranda w sukni ślubnej, powtarzająca wyrazy bez żadnego związku, ucząca się mowy, języka - to bardzo obiecujący obraz. Niestety jeszcze kilkanaście minut i zostanie zburzony. Właściwie trudno opisać co się potem dzieje na scenie. Kleczewska ze swoim upodobaniem do jednoczesności i fragmentaryczności akcji umieściła swoich aktorów w kilku punktach, każąc im wykonywać dziwaczne czynności - ktoś będzie leżał na kanapie, ktoś inny siedział pod kocem z wystającymi nogami, ktoś nadaje komunikat, ktoś inny turla się po scenie... Z boku na ekranie wyświetla się FIFA, Miranda biega po scenie pałaszując banana, nagle pojawia się owczarek niemiecki, którym zostanie poszczuty jeden z aktorów... Apodyktyczny, ale troskliwy Prospero obdarty z wszelkiej dostojności odtańczy w samych bokserkach dziwaczny taniec grubasa, potem rzuci się na adoratorów swojej córki obrzucając ich kurwami... Właściwie cała dramaturgia spektaklu opiera się na przekleństwach, niestety absolutnie nieprzemyślanych. W próbach ukazania skomplikowanej siatki relacji Kleczewska sama się zgubiła. Tutaj wszyscy ruchają się ze wszystkimi, oblewają szampanem, a potem rozbierają z rozpaczy w dramatycznym monologu. W połowie nie wiedziałam już kto jest kim, co się dzieje i przede wszystkim - PO CO, W JAKIM CELU? Konia z rzędem temu, kto zrozumie o co twórcom spektaklu chodzi.

W tym całym bałaganie na pewno jest jednak coś, co zasługuje na uwagę i pochwałę. I są to efekty wizualne. Po pierwsze deszcz, w którym ukazuje się Ariel, potem burza z piasku, wspomniana już wcześniej muzyka, nadająca niesamowitego klimatu kilku estetycznym obrazom scenicznym. Ale niestety, w kontekście całości przedstawienia, wszystkie te zabiegi jawią się tanim efekciarstwem, bo są jedynym, co ma się nam do zaoferowania.

Nie zachwyca też gra aktorów - po prawdzie dość przeciętna i w dodatku niesłyszalna (z pierwszego rzędu) do tego stopnia, że trzeba było spoglądać na wyświetlaną na ekranach angielską transkrypcję (niepełną zresztą).

Po ponad godzinie zrobiło się na widowni bardzo zimno - od wiatraków, wody lejącej się strumieniami z góry, ale przede wszystkim zdumienia tym, co oglądamy. Zamiast rozpętać burzę, Kleczewska kazała swoim aktorom taplać się w błocie. Mimo że nikt z widzów nie wyszedł w brudnym od mokrego piachu ubraniu, to jednak wszyscy siedzieliśmy w tym razem. Przez dwie i pół godziny. Bez antraktu.

Aleksandra Sowa
Teatr dla Was
12 grudnia 2012

Książka tygodnia

Banksy
Wydawnictwo ARKADY
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia