Bluźnierczy Szekspir górą

19. Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski w Gdańsku

Festiwal potwierdził miejsce przedsięwzięcia firmowanego przez Teatr Szekspirowski w hierarchii wydarzeń ponadjednostkowych. To najlepszy festiwal kultury wysokiej na Pomorzu, z różnorodną i ambitną propozycją działań towarzyszących prezentacjom scenicznym.

Choć dach był zamknięty, przestrzeń do wymiany myśli i opinii była największa w historii Festiwalu, bo też po raz pierwszy można było anektować prawie cały, wciąż tajemniczy budynek Teatru Szekspirowskiego. Po jednorocznym rozwodzie Festiwal wrócił do mariażu z Jarmarkiem św. Dominika, rewelacyjna pogoda nie zabrała widzów, którzy kompletami wypełniali sale (absolutny rekord na Klacie) a tłumy na spotkaniach pospektaklowych potwierdziły po raz kolejny, że ten Festiwal ma swoją wierną, dobrze wychowaną do teatru publiczność a w mocno w tym roku rozrzedzonym powietrzu unosił się zdrowy snobizm.

Do Teatru Szekspirowskiego lgną powszechnie: artyści wszystkich pokoleń, dziedzin i temperamentów, aspiranci, amatorzy i poszukiwacze punktów zaczepienia, znajomi i satelici. Teatr Szekspirowski realizuje wzorcowy model komunikacji środowiskowej, dzięki czemu prawie każdy może się "pokazać", a pozostałym nie pokazać się nie wypada. Obecna cała, niewyjechana urlopowo i wakacyjnie elita lokalna, pokazała swe nowe oblicze, obecność prawie wszystkich trendsetterów ogólnopolskich dodatkowo rangowała imprezę jako najważniejsze wydarzenie teatralnego lata.

Na średnią najbardziej zapracowały trzy przedstawienia polskie i jedno międzynarodowe. Dwóm najciekawszym wydarzeniom Festiwalu towarzyszyły bluźnierstwa - szkoda że ze strachu lub niewiedzy niewystarczająco zauważone. Jak co roku dyskusje i spory dotyczyły kwalifikacji (przegląd główny czy off?) i selekcji (może lepiej mniej, ale bezwzględnie dobre?). Najtrudniejszym wyborem w ocenie merytorycznej tegorocznego Festiwalu był wybór epitetu, który najlepiej charakteryzowałby święto: artystyczny czy różnorodny? Drgnął off, choć, tak jak w przypadku przeglądu głównego, było w nim za dużo prezentacji bez odpowiedniej jakości, kilka wręcz bez niej, ale to przecież ryzyko zawodowe i ciąg rozlicznych okoliczności, a czasami zobowiązań. Rozbudowana część edukacyjna, mniej znana i mało promowana, jest składnikiem, który wynosi Festiwal na najwyższy poziom. Warsztaty, próby otwarte, dyskusje w "Critics corner" i wiele innych stanowią o szlachetności całego projektu. To jeden z niewielu dużych festiwali, na którym dzięki przemyślanemu terminarzowi chętni mogą zobaczyć wszystkie prezentacje a do tego jeszcze wziąć udział w wybranych warsztatach. To także chyba jedyny festiwal tej rangi, na którym w katalogu w miejscu wstępów i otwarć uśmiecha się do nas tylko jeden człowiek i nie jest to polityk.

Zawartość Szekspira w Szekspirze była różna, czasami śladowa, co oczywiście nie dziwi. Najważniejsze dzieła klasyczne poprzez swą rozpoznawalność są najlepszym medium do mówienia o współczesności i sprawach najważniejszych. Szkoda, że tak naprawdę tylko jedna prezentacja, ale za to najlepsza, stawiała odważne pytania. To że prób odpowiedzi nie podjęła ani krytyka, ani widzowie w publicznej dyskusji, jest świadectwem czasu.

Polacy najlepsi

Bezapelacyjnie najlepszym spektaklem całego festiwalu był "Król Lear" Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Cieszy, że coraz więcej osób to zauważa, iż prezentacja, którą Jan Klata wchodzi w okres mistrzowski, w którym nie będzie już tanich zarzutów o efekciarstwo, rośnie, gdy zaczynamy rozmawiać na serio i uważnie.

Spektakl intryguje i namawia do przypomnienia sobie pytań, jakie nie zostały skonsumowane przez wspólnotę Kościoła. Co to za władza absolutna i nieomylność, gdy władca jest ciężko chory i długo w tej chorobie przebywa? Czy boskonieomylny może przejść na emeryturę? A Bóg? Jaki był naprawdę pontyfikat Jana Pawła II i dlaczego nie można o tym rozmawiać otwarcie? Co to za religia, która osłania pedofili? Końcówki pontyfikatów dwóch przedostatnich papieży to niezwykłe wydarzenia, niesmaczne konklawe, targi i handle kardynalskie - itd., itd. Spektakl namawia też do zadawania pytań bardziej skomplikowanych, dotyczących dogmatów i ogólnie istoty wiary chrześcijańskiej.

"Jezus Chytrus nie jest w modzie / bo rogaty jest na fali / my pijemy tu browary / Hare Kriszna, Hary, Hary"

Apteka

Dobro nie może istnieć bez zła, o czym wiemy aż nadto dobrze. Manichejczycy, bogomiłowie i katarzy szli dalej. Według religii rozwijającej się w średniowiecznej Bułgarii Bóg ma dwóch synów: młodszego Jezusa i starszego Satanaela. Czy może któryś z nich w spektaklu mówi "Ojcze nasz" po aramejsku? Starszy? Albigensi z kolei utrzymywali, że świat materialny został stworzony przez złego Boga lub szatana, toczącego walkę z Bogiem dobrym, stwórcą świata duchowego. Przez kogo mógłby być stworzony świat przedstawiony w spektaklu? Czy błazen papieża to ktoś inny także? Antypapież? Czy ktoś słyszał chichot diabła?

Drugim w kolejności najciekawszym spektaklem, choć prezentującym zupełnie inną estetykę i wpisane cele, była propozycja gdańska. "Wesołe kumoszki z Windsoru" Teatru Wybrzeże w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, i w koprodukcji z tymże, to teatr ku uciesze. To barwne, rozbiegane, roztańczone widowisko, działające bezpośrednio i demokratycznie - każdy się będzie dobrze bawić. Bardzo radosne, niezwykle energetyczne. To także dobry znak na przyszłość. I choć ze zrozumiałych względów dzieło nie pretenduje do traktowania go w kategoriach teatru artystycznego, to ingrediencje najwyższej próby uszlachetniają mieszaninę i podnoszą całość do poziomu, z którego możemy być dumni. Sukces dwóch teatrów otworzył zupełnie nową perspektywę odbioru i zamknął pierwszy etap tworzenia największej atrakcji kulturalnej turystycznego lata w Gdańsku. Już teraz śmiało można zaplanować wydłużenie sezonu o czerwiec i wrzesień, już niedługo bilety na spektakle pod niebem będą największym rarytasem.

Wydarzeniem był też z pewnością dwupak The Tiger Lillies ze szczególnym zaznaczeniem "Hamleta" w wykonaniu szyderczego tria i kopenhaskiego Teatru Republique. Zastanawia brak reakcji na bluźniercze teksty piosenek koncertowych, przez co, być może, część osób zawiedzionych prezentacją szlagierów nie pojawiła się na "Hamlecie".

Deformacja i "deformatywność" w "Hamlecie" duńsko-brytyjskim odbywają się zarówno na poziomie słowa, jak i obrazu. Wielopoziomowe konstrukcje werbalne piosenek wymuszają konstrukcje choreograficzne, świetlne oraz scenograficzne. Ludzie niczym marionety poruszają się zarówno dzięki sznurkom, jak i sile odśrodkowej. Proporcje i perspektywa stają się względne wobec nieprzerwanej satyry na człowieka. To słowo okazuje się komentarzem i motorem działań, jednak Szekspira w tym Szekspirze jest niewiele, może 5%. Wątki i postaci okrojone do minimum korespondują z tekstem dramatu, jednak na pierwszym planie pozostaje spokojny, upiorny klown. Szczególnie w drugim akcie żadna z postaci nie jest w stanie powstrzymać panoszącego się, coraz bardziej niewygodnego upiora z akordeonem.

Najbardziej podzieliła odbiorców "Burza" Teatru Polskiego we Wrocławiu. Czarna psychodela Garbaczewskiego to ciągle teatr poszukiwań. Reżyser wizjoner ma niebanalne pomysły, momentami uwalnia strumień świadomości i pozwala mu płynąć bez kontroli. Nagromadzenie dopisków (m.in. "Mała zagłada" gdańszczanki Anny Janko, przez lata przebywającej we Wrocławiu, ale niezmiennie gdańszczanki) i efektów przynosi różne rezultaty. Największym nieporozumieniem i niezamierzonym kiczem, oprócz bardzo niskich lotów dopisków dramaturga Marcina Cecki, jest dwukrotny występ na żywo zespołu Romani Bacht, grającego muzykę cygańską. Szczególnie ten drugi, rozpaczliwie podpięty pod pospektaklowe brawka, wzbudził głównie zażenowanie i niepotrzebnie wziął w nawias wszystko.

Na podkreślenie zasługuje jednak fakt, że w tym chaosie, czasami niekontrolowanym, udało się przedstawić nową wersję mrocznego, ostatniego dramatu Szekspira. Cieszy również fakt, że tacy reżyserzy jak Krzysztof Garbaczewski dostają szanse poszukiwań artystycznych w polskim teatrze, dzięki czemu będą mogli za jakiś czas zmagać się z bardziej dojrzałymi twórcami.

Chichot Yoricka

Wybór Yoricka na patrona nagrody był pomysłem diabelskim. Z dobrymi błaznami zawsze są problemy, a ci najlepsi mają wpływ na najważniejsze decyzje polityczne i losy świata. Konkurs na przestrzeni lat wiele razy zmieniał formułę, czasami nie przyznawano nagrody, czasami nagrodą było wyróżnienie, a czasami wyróżnienie tylko wyróżnieniem. Nie zmieniało się jedynie założenie: nagrodzić najlepszy spektakl szekspirowski sezonu. Nie zawsze udało się to uczynić: a to niektóre teatry nie zgłaszały swoich dzieł (regulamin narzuca obowiązek prezentacji nominowanych lub nagrodzonych spektakli na Festiwalu Szekspirowskim), a to na niektóre nie było stać organizatorów (Warlikowski) a Teatr Narodowy ostatecznie oświadczył, że scenie narodowej nie wypada się ścigać. Mimo tych problemów i niekonsekwencji udało się nagrodzić wiele spektakli i reżyserów (m.in. Krzysztofa Warlikowskiego, Macieja Prusa i Piotra Cieplaka - obu dwukrotnie czy Janusza Wiśniewskiego i Grzegorza Wiśniewskiego oraz Agatę Dudę-Gracz). Po zeszłorocznej wpadce (Yorick dla przeciętnego "Poskromienia złośnicy" z Kielc) w tym roku miało być inaczej. W finałowej trójce znalazły się przedstawienia dwóch najbardziej progresywnych scen polskich, czyli Teatru Polskiego z Wrocławia i Starego z Krakowa. Szkoda, że do konkursu nie zgłosiły się "Wesołe kumoszki z Windsoru" Teatru Wybrzeże w koprodukcji z Teatrem Szekspirowskim i dwie inne produkcje gdańskie: "Burza" Bałtyckiego Teatru Tańca oraz "Otello" Opery Bałtyckiej. Zabrakło też "Hamleta" Krzysztofa Garbaczewskiego ze Starego Teatru w Krakowie. Ten ostatni nie został zgłoszony przez teatr, ale podobno, mimo że byłoby to niezgodne z regulaminem (startują spektakle z zakończonego sezonu), w Gdańsku zobaczymy go w przyszłym roku.

Tym razem nie było kontrowersji - wygrał zdecydowanie najlepszy spektakl, choć szczególnie "Burza" też miała swoich fanów. Wydaje się jednak, że nagroda nie jest jeszcze "stabilna". Regulamin jest bardzo otwarty, ale jednak selekcjoner uważał, że mogą być tylko spektakle teatru dramatycznego (mogą być wszystkie i jakiekolwiek). Biorąc pod uwagę poziom spektakli polskich na tle produkcji zagranicznych prezentowanych na festiwalu, warto zwiększyć ilość polskich prezentacji. I najważniejsze - warto, by przy okazji nagrody dokumentować polskiego Szekspira teatralnego, byśmy np. na Festiwalu dostali pełną informację na temat ilości premier nie tylko w zawodowych teatrach dramatycznych. W tej chwili nikt takiej wiedzy nie ma i jakby mieć nie chciał, a szkoda.

Hamlety i Leary

Tegoroczny Festiwal Szekspirowski zaprezentował wcale pokaźną reprezentację pomysłów na najbardziej rozpoznawalne postaci męskie Szekspirowskiej "sagi" bohaterów. Matematycznie rzecz ujmując, Learów było dwóch, Hamletów czterech i pół w nurcie głównym, jeden w nurcie offowym. Cóż, pozostaje stwierdzić, że prace nad Hamletami i Learami będą trwały tak długo, jak trwałe będzie przekonanie, że świat da się jeszcze zawrócić z drogi katastrofy, choć przy okazji efekty tych prac mogą pozostawać wiele do życzenia.

Kraków w tytułowej kategorii zwyciężył ilościowo, a jakościowo wygrał tylko Narodowy Teatr Stary, który zdobył Złotego Yoricka za dzieło Jana Klaty. Wrocław próbował wywrzeć wrażenie (Teatr Pieśń Kozła oraz Teatr Strefa Otwarta), jednak jak na przyszłorocznego gospodarza Europejskiej Stolicy Kultury, to zdecydowanie za mało, aby rzucać Europie niewygodne pytania o cel egzystencji. Gdańsk w ogóle nie podjął tematu, ale to może dlatego, że wciąż nam przykro po przegranej "walce" z Wrocławiem, a może dlatego, że wszystko w mieście wpływów (morskich i nadmorskich) Neptuna i Limona jest jasne, więc "być albo nie być" straciło moc niespodzianki.

Inauguracja festiwalu miała przebieg iście szekspirowski, czyli między groteską a śmiechem tragicznym. O złotoustych apologetach festiwalu i jego sponsorach pisaliśmy oddzielnie, przyszedł więc czas na "Wielkiego Johna Barrymore'a" Teatru STU i w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Sztuka premierowana w maju 2013 roku miała być popisem mistrza Jerzego Treli. Niestety, zawiódł sam mistrz. Gdybyśmy następnego dnia nie oglądali Treli w innej roli, można byłoby odnieść wrażenie, że to tylko chwilowy spadek formy. John Barrymore okazał się być wystarczająco dowcipkującym i rozgoryczonym mężczyzną, aby co jakiś czas przykuwać uwagę na słowie według Williama Luce'a, jednak niewystarczająco energicznym i pomysłowym, aby dostrzec w nim dramat Hamleta, jakiego usiłował przemycić w trakcie przygotowania do "Ryszarda III", ostatecznie nie wiedząc do końca samemu, czy jest księciem duńskim czy królem angielskim. Smutek spotęgowany jest proporcjonalnie do oczekiwań, jakie niosły ze sobą nazwiska utytułowanych i wszechstronnych aktorów: Barrymore'a i Treli. Czyli "połówka" Hamleta za nami.

Pamiętnego dnia otwarcia zaprezentowany został również Hamlet w wykonaniu Piotra Miszteli (grającego w duecie z Anną Rakowską w spektaklu "H(2)O" Teatru Strefa Otwarta z Wrocławia). Zachowania młodych aktorów zaprojektowane zostały zgodnie z przyjętą formułą performansu rozumianego w kategoriach prowokacji. Widz wciągnięty w działania sceniczne pozbawiony został treści uniwersalnych, a skupiał się na incydencie scenicznym. Off musi być po coś, a próbowanie wytrzymałości otwarcia widzów to jednak za mało.

Studenci pierwszego roku Bral School of Acting, jednocześnie będąc pod okiem aktorów Teatru Pieśni Kozła, nie odkryli prawd o świecie w pokazie "Studiując Hamleta", a jedynie zilustrowali stan bieżących umiejętności. Work in progress w nurcie głównym? Można oczywiście przymknąć oko, bo Grzegorza Brala mieć na festiwalu to posunięcie "snobujące", co samo w sobie jest w sztuce potrzebne. Nawet brak tłumaczeń samej sztuki, polijęzyczność demonstrujących się aktorów, jak również tak typowe dla Brala wstawki tekstowe nie wiadomo skąd, nie podniosły jakości niedokończonej prezentacji.

Hamlet rumuński w wydaniu Teatru Tamasi Aron zadziwił przyjętą manierą, którą łatwo pomylić z nonszalancją lub ignorancją pracy nad rolą. Próby uwspółcześnienia inscenizacji dotyczyły nie tylko scenografii i kostiumów, ale właśnie podawania tekstu i gry aktorskiej. Hamlet okazał się więc bardziej zagubionym aktorem, który silił się na nawiązanie kontaktu partnerskiego, niż postacią z dylematami powinności wobec ojca i pójściem za głosem serca. Nie wspomnę nawet, że Rumunia wiele ma do powiedzenia w kwestii tyranii i walki o władzę, czego zabrało absolutnie. Tragicznie jedynie chciało się spać.

O Hamlecie pokazanym przez Teatr Flute we współpracy z English Touring Theatre można napisać już więcej, choć, jak widać, sceptycyzm może nieco tłumić ocenę. Całość rozgrywająca się jednego wieczoru przypomina bardziej farsę nastawioną na efekt, choć w działaniach widać ogromną pieczołowitość, aby uzmysłowić racje indywidualne każdej z postaci. Tragedia rozgrywa się właściwie na kanapie, przyciągającej wszystkie osoby dramatu. Służy do spania, kochania, oczekiwania, jako parawan chroniący zbrodniarzy i ofiary. "Hamlet: Kto tam?" to próba intelektualnego uchwycenia procesów prowadzących do całkowitej transparencji bezradności.

Niepodważalnie i bezkonkurencyjnie swoją wizję Hamletowskiej zagłady przedstawili The Tiger Lilles i Teatr Republique. Spektakl na pograniczu cyrkowego koncertu w operze dla wielu widzów stał się bezsprzecznie najważniejszym wydarzeniem podczas 19. edycji Festiwalu Szekspirowskiego.

Na finał w tej części słów kilka o drugim Learze. Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie pokazał, że ma pomysły zarówno na scenografię (prawie całkowicie "nieograną", z monstrualną klatką krzeseł na czele oraz torami, po których owa klatka raz przejechała, czy gigantyczną, dmuchaną zjeżdżalnię, która nam zaimponowała czasem, z jakim została napełniona powietrzem) albo królewską świtę w strukturze chóru "starców" (w połowie muzyków). "Hitem" stało się zagubienie Jerzego Treli, co jak suspens wdarło się przebojem na koniec spektaklu "Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna". Trela pokazał zmęczonego życiem i jego uprzykrzeniami starca, którego osamotnienie wynika również z pokoleniowego niezrozumienia, jak chciał reżyser, biologicznie uzasadnionego. Jednorodność gry Treli powodowała, że współczuć można było postaci od samego początku, nie zauważając nawet, kiedy obłęd czyni z niego błazna w oczach pozostałych. Zabrakło chyba zatrzymania, prawdziwego zmęczenia, gdy życie przestaje być do wytrzymania, a ludzie wokół stają się karykaturami samych siebie. Szkoda, że tak znacząca i przełomowa rola, jaką dla każdego aktora może stać się Lear, tym razem, w rękach Pawła Miśkiewicza i Jerzego Treli, okazała się wstępem, a nie zwieńczeniem rozważań.

Nie każdy Perceval jest Władcą Graala

Zawiódł finałowy spektakl. Festiwal najlepiej mogłyby zakończyć chyba "Kumoszki" - dobrze korespondowałyby z ogólnym charakterem tegorocznych, upalnych i przyjaznych spotkań teatralnych. Niemiecko-rosyjski spektakl Teatru Baltic House z Petersburga to "Makbet" opowiedziany, odrapany z jakichkolwiek atrakcji. Minimalistyczna scenografia, bardzo "rosyjski", niestety, aktor odtwarzający tytułową postać, programowa niewidowiskowość. Jako eksperyment formalny wart zapamiętania, jako widowisko do bezbolesnego zapomnienia. Absolutnie niezrozumiałe ograniczenia wiekowe - zaliczenie tego spektaklu jako 18+ nie ma uzasadnienia, ale może jesteśmy świadkami narodzin nowej moralności rosyjskiej?

Niewiele też dobrego można powiedzieć o prezentacji gruzińskiej pt. "Juliusz Cezar". Ze starannie wydanego katalogu festiwalowego możemy się dowiedzieć, że reżyser spektaklu i zarazem dyrektor artystyczny Teatru Rustaveli "doskonale maluje, gra jazz i jest dramatopisarzem. Ma niezawodną intuicję i wyczucie czasu i nigdy się nie poddaje". Wszechstronny Robert Sturua przedstawił dzieło ujęte w stylistyce awangardy z połowy XX wieku, ubrał postaci w kostiumy gangsterów z czasów Ala Capone a jego niezawodna intuicja ani przez chwilę nie podpowiedziała mu, by w jakikolwiek sposób pokusić się o skomentowanie sytuacji społeczno-politycznej w swym kraju (choćby wpływ prorosyjskiego multimiliardera na wybory prezydenckie) i porozmawianie przez Szekspira o współczesności. Ważną rolę w spektaklu pełnią grzmoty, z dyskrecją i wdziękiem dinozaura zaznaczające co ważniejsze przejścia oraz amerykańska muzyka estradowa z lat 40. i 50.

Problemy z offem

Przez wielu widzów off na Szekspirowskim jest odbierany deprecjonująco. "To się nadaje do offu" - takie określenie po obejrzeniu spektaklu w przeglądzie głównym jest zarazem oceną wartości prezentacji. Przy takim podejściu co najmniej dwa spektakle powinny wylądować w offie, robiąc miejsce dwóm najlepszym prezentacjom "offowym".

Zaprezentowany w Gdańsku off, mimo iż był różnorodny, należałoby rozumieć jako prezentację po prostu - osób i grup, które aspirowały do nurtu. Szkoda, że zabrakło zespołów zagranicznych, szkoda, że w produkcjach offowych tak mało zobaczyliśmy zawodowych aktorów i prawdziwych performerów. Na tle tegorocznego SzekspirOFFa wyróżnia się Teatr Amareya, rozpoznawalny jako teatr poszukujący, odważny, łamiący przyzwyczajenia widzów, mocujący się ze skostniałą tradycją. Na drugim biegunie estetycznym znajduje się drugi z najlepszych spektakli. Teatr Sztuk / NAWA św. Jerzego w Oleśnicy i ich "Fotoplastikon 004" również zasługuje na miano udanej prowokacji. No bo przecież off ma być niewygodny, brudny, kapryśny, chwilowy, ale jednocześnie inspirujący. I przy okazji, jak na każdym festiwalu, ważne, że offowy przegląd dla twórców był okazją do spotkania z publicznością, i w swoim gronie, że koresponduje z edukacyjną misją Festiwalu Szekspirowskiego. Mimo wszystko z niedosytem czekamy na przyszłoroczną, rozszalałą, Szekspirowską burzę offowych pomysłów. Koncepcja, selekcja, poziom artystyczny w przyszłym roku - niezbędne.

Nowości, braki, zmiany i plany

Nowością były dwa koncerty w przeglądzie, w tym jeden inspirowany Szekspirem. Maria Joao zaśpiewała jednak po "Hamlecie" z The Tiger Lillies, który zgarnął nie tylko wisienkę z tortu, ale całą cukiernię wraz z cukiernikami, ich rodzinami i sprzętem.

Drugim koncertem, jedynym nieszekspirowskim zdarzeniem w nurcie głównym, był nie do końca zrozumiały dla części publiczności (angielski!) występ formacji Martyna Jacquesa. Może w tym przypadku warto byłoby wyświetlać tłumaczenie? Nowością był oczywiście sam budynek Teatru Szekspirowskiego, anektowany coraz odważniej przez artystów i widzów.

Zabrakło Philippa Parra i Luka Percevala (ciężka choroba matki). Ten drugi brak był szczególnie dotkliwy, bo podpatrzenie warsztatu pracy wielkiego reżysera było jedną z największych atrakcji. Gazeta festiwalowa, jak co roku "kontrowersyjna", ukazywała się tym razem co dwa dni, a nie codziennie jak do tej pory.

Warto zastanowić się nad odświeżeniem formuły. Festiwal Szekspirowski festiwalem interdyscyplinarnym? Perła Bałtyku w koronie Gdańska? Już po roku działalności Teatru Szekspirowskiego możemy mówić o jego potężnym oddziaływaniu środowiskowym i kulturotwórczym. Jerzy Limon coraz odważniej otwiera się na różne propozycje, nawet amatorskie. Warto byłoby się zastanowić nad nagrodą publiczności i nagrodą mediów - dziennikarzy i krytyków akredytowanych było wielu i na przykład otwarta debata zamykająca festiwal z udziałem komentatorów i trendsetterów mogłaby być pasjonująca. Niewielkim nakładem środków warto byłoby zorganizować konkurs na plakat festiwalu. Piętą achillesową był w tym roku przepływ informacji.

Uwagi i podpowiedzi mogą brzmieć niezręcznie przy tak udanej imprezie, ale nie służą obniżeniu ogólnej noty, która w warunkach pomorskich jest najwyższa. Przy budżecie 1 200 tys. złotych dostaliśmy festiwal międzynarodowy ze wspaniałą omastą. Stosunek budżetu do zawartości jednoznacznie świadczy, że pieniądze poszły na sztukę, a nie, jak się to zdarza niestety, głównie do kieszeni organizatorów i znajomych królika (vide: R@Port o b. zbliżonym budżecie). Za rok jubileuszowy, 20. Festiwal. Przyjedzie Schaubühne na pewno z "Ryszardem III", liczymy że również z "Hamletem" (nadal w repertuarze najsłynniejszej sceny berlińskiej).

***

Didaskalia

Czarne na czarnym

Czarna instalacja z ogromnym czarnym penisem niepokoiła podczas "Burzy" i niepokoi nadal, choć już nie wszystkie jej składniki. Od 8 sierpnia śpimy tylko przy włączonym świetle, nawet w dzień.

Czas

Spektakle najczęściej kończyły się dużo wcześniej, niż zapowiadano w katalogu i programie. Rekord - 35 minut - należał do Węgrów z Rumunii.

Dzieci

W tym roku kilkuletnie dzieci były widzami krwawych sztuk Szekspira. Czy wyrosną z nich Ofelie czy panny Makbetowe?

Dżast married

Wydarzeniem towarzyskim był ślub Alicji Mańkowskiej (była szefowa Teatru w Oknie) i Grzegorza Brala (urodzony w Gdańsku szef wrocławskiego Teatru Pieśń Kozła). Pobrali się wybuchowo, 1 sierpnia, ale na szczęście chyba nie o godzinie "W"?

Interwencja

Krzysztof Mieszkowski zaskoczył wszystkich uczestników spotkania pospektaklowego po "Burzy". Zniecierpliwiony sposobem prowadzenia dyskusji, chciał wznieść ją na poziom adekwatny do poziomu spektaklu poprzez przejęcie inicjatywy.

Jerzy kontra Jerzy, czyli Lear kontra Lear albo Stary Teatr kontra teatr stary

W pojedynku wagi superciężkiej wygrał przez nokaut Jerzy Grałek. Życie dopisało w tej historii własny rozdział, sprawiając, iż kreacja aktora Starego Teatru zyskała wymiar prawdy absolutnej, której bezskutecznie poszukują postaci dramatu.

Kaming ałt i godność

Prof. Ewa Nawrocka prowadziła spotkania pospektaklowe z realizatorami spektakli konkursowych. Na spotkaniu z Janem Klatą szczerze oświadczyła, że bardzo się jej podoba muzyka w spektaklu, ale nie potrafi jej rozpoznać i nie rozumie dodatkowych sensów związanych z wykorzystaniem konkretnych utworów. Na spotkaniu po "Burzy" dzielnie wybroniła się przed atakami... publiczności. Szacunek za szczerość i godne zachowanie.

Klaka

Stara, dobra klaka ciągle żyje, o czym przekonaliśmy się po angielskim "Hamlecie". Klaki nie należy mylić z entuzjastycznym, choć niezrozumiałym, indywidualnym standing ovation po "Juliuszu Cezarze"

Lost

Jerzy Trela zagubił się w podziemiach Teatru Wybrzeże i wstrzymał finał spektaklu. Hiczkokowskie, smutne i symboliczne.

Odwaga

Pewnie w wielu teatrach poprzez swoją pozycję Ewa Skibińska mogłaby być divą czy celebrytką. W Teatrze Polskim z Wrocławia kontestuje przyjęte normy i zasady, jest Mistrzynią polskiego teatru artystycznego.

Off-off

Tegoroczną gwiazdą był Jan Wężyk - artysta bezdomny, ale przytomny.

Offffilija

Falset Martyna Jacquesa dźwięczy nam ciągle w głowie i pewnie tak będzie do Halloween. Szczególnie siedzi "Offffilija" nie wiedzieć czemu, ale tak to już jest z piosenkami, które jak wejdą, to wcale nie mają ochoty wyjść.

Skandale, skandaliki, skandalątka

Chyba największy to bezczelne branselotowanie.

Wielki sennik polskiej i lokalnej krytyki teatralnej

Jeszcze tym razem nie napiszemy kto najszybciej zasnął a kto spał najdłużej, bo zbyt wielu znajomym musielibyśmy się narazić.

Złotousty

Marszałka Struka zastąpił tym razem nowy, nieznany jeszcze salonom południowego Bałtyku, wicemarszałek Krzysztof Trawicki z PSL-u. Pan Krzysztof robi oszałamiającą karierę. Ten do niedawna wójt Zblewa okazał się wspaniałym mówcą i znawcą Szekspira. Fragment o żonie - bezcenny. Bardzo lubimy i szanujemy marszałka Struka, ale liczymy na częstsze występy ludowego wicemarszałka. Może coś patriotycznego na 1 września, na całą Polskę live?

Katarzyna Wysocka, Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
14 sierpnia 2015

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

12. Festiwal Sztuk Alt...
Paweł Wrona
Odkrywanie świata sztuk alternatywnyc...