BOSKA Jelinek

"Podróż zimowa" - reż. Maja Kleczewska / "Amatorki" - reż. Ewelina Marciniak - 6. BOSKA KOMEDIA

Z czym kojarzy się twórczość Elfriede Jelinek? Z wątkami krytycznymi, demaskowaniem patriarchatu, eksponowaniem kobiecej seksualności, z patologiami występującymi powszechnie, ale też z tymi specyficznie austriackimi. Jelinek jako „Nestbeschmutzer" walczy orężem ostrym jak brzytwa, obnażając stereotypy, kalki myślowe i opresyjne modele zachowań poprzez język. Znaczące, że na tegorocznej edycji Boskiej Komedii aż dwie z czterech reżyserek w konkursie głównym wybrały tekst austriackiej Noblistki. Znaczące i niepokojące zarazem.

Maja Kleczewska: „Podróż zimowa"

Co widać po wejściu do austriackiej piwnicy? Lśniącą czerwoną podłogę, wokół której rozpięta jest delikatna, kremowa zasłona. Na środku pluszowy piesek śpiewa piosenkę. A za zasłoną? Przechadza się trudno dostrzegalny diabeł, ale jednak tam jest. Właściwie jeden z aktorów trzyma ogromną maskę diabła, przez co symbolizowane zło nabiera znamion kultowości. Generujemy zło i celebrujemy je w ukryciu, może nawet nieświadomie. Po części jesteśmy winni – stąd po opadnięciu zasłony publiczność może przejrzeć się w lustrze.

Spektakl Kleczewskiej ma wręcz ekstatyczną formę, bogatą od znaczeń, gęstą od tropów interpretacyjnych – jak tekst Jelinek. Obie artystki sportretowały monstrualnych ludzi, żywe patologie, upostaciowione i demonizowane – wszechobecne i niezwyciężalne. Właśnie ta potęga katów prosi się o bunt, o naświetlenie, o przesłuchanie, o drugą Norymbergę, ale i relację ofiar, którym odbierano głos. Mogą to być przypadki skrajne – jak sprawa Fritzla – ale patologie nie zawsze przyjmują tak monstrualną postać: może to być toksyczny związek z matką (ciągłą obecność pępowiny obrazuje się poprzez krążenie z lalką porno pod sukienką), małżeństwo, w którym mężczyzna kupuje ciało kobiety, ale i cały system gorsetów, obcasów i innych „ozdób", które uprzedmiotowiają i ciemiężą kobiety już na płaszczyźnie symbolicznej. Największą zbrodnią – jak zdaje się mówić Kleczewska – jest jednak zmowa milczenia. Kiedy mała dziewczynka (Julia Wyszyńska) chce zwierzyć się swojemu pluszakowi z krzywdy, jaka dzieje się jej ze strony ojca, szop zawadiacko wywija ogonem i z szokującym okrucieństwem każe jej milczeć, by nie zakłócać spokoju większości, która zresztą szybko o niej zapomina, gdy na scenę wyskakuje seksowny muzyk. W roli bezwzględnej zabawki wystąpił Michał Czachor, który w finale zaprezentował inny doskonały monolog, w dodatku z queerowym zacięciem. Wcielił się w postać Jelinek, ale – i tu już widoczna jest transgresja – wypowiadał się z punktu widzenia osób, które ją krytykują, z punktu widzenia społeczeństwa, które czuje się pewnie, więc nie zagrozi mu żadna książka. Po wcześniejszych hiperekspresyjnych zabiegach – od pieśni z „Winterreise" Schuberta, poprzez wykorzystanie kamer wideo do rejestrowania w dużym zbliżeniu twarzy ofiar, scenę orgii, gdy aktorzy oblewają się farbą, a w końcu osypują pierzem w symbolicznym geście spirali zła, którą teoretycznie chcą karać, ale nie potrafią dostrzec własnego udziału w procesie nakręcania sprężyny – ten monolog potrafi ściąć w żyłach krew z przerażenia. Jest to doskonały finał zimowej podróży, w jaką zabiera nas Kleczewska.

Reżyserka tworzy spektakl heterogeniczny – zarówno formalnie, jak i znaczeniowo. Może wręcz chce pokazać za wiele, przez co znaczenia się rozsypują, ale tworzy ponurą wizję, w której znajduje się miejsce na diagnozę społeczną daleką od publicystyki. Pokazuje społeczeństwo jako dom wariatów –traumy z przeszłości wciąż są żywe i prowadzą do dalszych patologii przez zamiatanie ich pod dywan. Czerpie z tradycji akcjonistów wiedeńskich, którzy w swoich performatywnych wystąpieniach dążyli do przebudzenia społeczeństwa, a także upominali się o pamięć o zbrodniach. Subtelnie zostaje wpleciony wątek Austriaków jako narodu zaprawionego w zapominaniu o grzechach. Kleczewska – podobnie jak Jelinek – każe się przyjrzeć sobie, zrzucić maski i wyciągnąć trupy z szafy. Czy piwnicy raczej. To jedyna szansa, by nie pogrążyć się w upadku. Spod barokowej powłoczki groźnie wygląda bowiem pustka.

Ewelina Marciniak: „Amatorki"

W porównaniu ze spektaklem Kleczewskiej propozycja Marciniak jest o wiele spójniejsza, co wynika też z wybranego tekstu Elefriede Jelinek – powieść „Amatorki" traktuje o dwóch dziewczynach z prowincji, które nie mają przed sobą większych perspektyw jak zamążpójście. Przy czym jedna – Brigitta – od początku zakłada, że jej celem jest upolowanie męża, rodzenie mu dzieci i rzucenie pracy w fabryce. Druga – Paula – początkowo flirtuje z mężczyznami, ale chce skończyć kurs i się rozwijać; plan ten przerywa „samiec alfa", który ją zapładnia, a potem poniewiera w małżeństwie. Obu „amatorkom" jasność spojrzenia zdaje się przysłaniać idea miłości.

Jest to idea o tyle zgubna, że rzucona na podatny grunt – bohaterki nie mają przed sobą wielkich perspektyw, muszą ciężko pracować lub usługiwać w domu, nie grzeszą też inteligencją. Taka diagnoza jest największą wadą spektaklu Marciniak, który nabrałby może uniwersalności, gdyby dać kobietom większe możliwości wyboru. A tak jest karykatura, stereotyp i pusty śmiech widowni. Szkoda, bo Marciniak zgrabnie wyłapuje feministyczne tropy. Opisuje kobiety poprzez ciało, internalizując męskie spojrzenie. Najpierw są biusty i pośladki – oderwane niemalże od całości, służące uwodzeniu. Wagina to bardziej zaawansowany obiekt pożądania, ale i droga do przywiązania do siebie mężczyzny. Bo w końcu zostaje brzuch zamieniający się w więzienie dla mężczyzny, lecz i dla kobiety – ku jej zaskoczeniu. W spektaklu pojawia się para rodziców, co sugeruje pewne continuum – brzuch uwięzi także dziecko, które będzie powielało modele obecne w dysfunkcyjnych rodzinach. Tę fizyczność podkreśla dodatkowo ruch sceniczny. Akrobatyczne figury współgrają z ekwilibrystyką językową prozy Jelinek. Niestety, wydaje się, że tekst austriackiej pisarki jest największą zaletą spektaklu, którego wizja inscenizacyjna i myślowa nie jest satysfakcjonująca. Można rozumieć zamiary, ale uwarunkowania psychospołeczne bohaterek pokazują, że faktycznie – wiele poza piersiami nie posiadają.

Spektakl Marciniak pokazuje życie kobiety jako prostytucję. Sprzedają swoje ciało nie tylko dosłownie (w finale Paula zostaje prostytutką), ale kupczą nim, by złapać męża, by zapewnić sobie byt, by spełnić wymogi tradycji, rodziny, własnych wyobrażeń o szczęściu. Dlatego Paula i Brigitta stają się wiecznymi amatorkami – naiwnymi, nieznającymi siebie i własnych pragnień, marnującymi swój potencjał i możliwość samorealizacji. Podkreśla to scenografia – ściana liści przypominająca las – ukazująca bohaterki niczym Gombrowiczowskich „niewolników (czy niewolnice raczej) zieleni". Można powiedzieć, że same są sobie winne, ale to opresyjny fallocentryzm determinuje ich postępowanie, atakuje od wewnątrz i ubezwłasnowolnia. Tak jest przynajmniej w teorii, ponieważ ciężko wyczytać to ze spektaklu. Pierwsza scena to mecz kobiet i mężczyzn. Metafora walki płci była mało subtelna, ale jeśli pozostaniemy przy takiej nomenklaturze, trzeba stwierdzić, że Kleczewska wygrała rozgrywkę 1:0.

Marta Stańczyk
Dziennik Teatralny Kraków
17 grudnia 2013

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia

Encyklopedia Teatru Po...
Janusz Legoń