Boska zabawa w Narodowym

"Zemsta nietoperza" - reż. Michał Zadara - Teatr Narodowy w Warszawie

"Zemsta Nietoperza", operetka Johanna Straussa (libretto Karla Haffnera i Richarda Genee), wystawiona w Teatrze Narodowym przez Michała Zadarę, wzbudziła skrajne emocje - od euforii po obśmiewanie. Jeśli mam się kierować emocjami, bliższy jestem ucieszonym. Ale oczywiście trochę na początek pomarudzę.

Trafna była uwaga Zadary, że polskiemu teatrowi potrzebny jest humor. Ktoś dodał "progresywnemu teatrowi", bo to reżyser uważany za postępowego, co mnie zresztą czasem trochę przeszkadza, a czasem wcale - kiedy puszcza dobre zespoły samopas pozwalając im pohasać, i tylko trochę zakłóca ich inwencję swoimi pomysłami. Lubi wystawiać pełne teksty sztuk, co daje widzowi przynajmniej możliwość wyboru.

Tu sytuacja jest trochę inna. Zadara zmierzył się bowiem z operetką i wystawił ją w teatrze dramatycznym. Zdaniem dyrektora Jana Englerta to eksperyment bez wcześniejszych precedensów. Skądinąd zagłada operetki jako oddzielnej instytucji, zastępowanie jej przez teatr muzyczny o innym repertuarze i innych wymaganiach wokalnych, to oddzielny temat.

Przy okazji uparł się Zadara jeszcze przy czymś. Przy przeniesieniu akcji do współczesnej Warszawy. Nie wczytywałem się w jego wywiady, ale mówił coś o zamiarze udokumentowania, jak bawi się stolica. Więc upojne melodyjki Straussa brzmią w pierwszym akcie, a my oglądamy pod nie mieszkanie w sławnym ponoć wieżowcu dla elit, kontemplujemy widok na pałac kultury i obserwujemy absztyfikanta Alfreda (Karol Dziuba) zmienionego w speca od mycia okien na wysokościach. Alfred unosi się za wielkim oknem.

To przeniesienie jest niekonsekwentne - mamy przy okazji "tłumaczenia" Zadary sporo zmian w tekście, łącznie ze współczesnymi wulgaryzmami, ale bohaterowie zachowują swoje niemieckie nazwiska i tytuły, realia są raz takie, raz owakie. Adela to "sprzątaczka" u Eisensteinów (w domyśle ukraińska), ale kilka razy jednak "pokojówka". Cóż, to tylko teatr. Ta umowność, ten zamęt jest wliczony w koszta eksperymentu. I w koszta - co mocno podkreślę - zabawy.

Zastanawiam się, czy to przeniesienie czasu i miejsca niosło z sobą większe ambicje satyryczne. Mamy najazd CBA na mieszkanie Eisensteina w pierwszym akcie i aresztowanie przy okazji nie tego co trzeba. Ale gdyby się nad ostrzem satyry zastanowić, wypada ona niejednoznacznie. Tegoż Eisensteina, przedstawiciela elity, zamykano w tekście libretta na osiem dni za obrazę ministra. Tu dzieje się tak samo, i to jeszcze się zgadza.

Co jednak począć z faktem, że cała ta machina represji jest mało groźna, a w ostatnim akcie sprowadzona do dobrotliwego absurdu (sceny w więzieniu)? Za to ofiara, Eisenstein grany brawurowo przez Mateusza Rusina to sympatyczny, ale jednak bufon i hipokryta (scena ubierania go przez służącą), na dokładkę narzekający na nieudolność adwokatów, a nie na złe państwo. Satyryczna ortodoksja dla uradowanych liberałów na widowni jest mocno podważona.

Czyżby Zadara chciał nas przekonać, że ofiary CBA nie zasługują na współczucie, a jowialny dyrektor więzienia powinien budzić co najmniej taką samą sympatię jak oni? Nie wiem. Ale może nie przywiązujmy się za bardzo do jakiejkolwiek interpretacji. W "Matce Courage" Brechta, w tym samym Teatrze Narodowym, tenże Zadara epatował w tle filmem o rzekomo zburzonej Warszawie, też próbując coś powiedzieć o obecnej rzeczywistości, a ja delektowałem się dramatem brechtowskich bohaterów na pierwszym planie, zwłaszcza że grali ich świetni aktorzy. Tu też ważniejsze wydaje się co innego. Co? No właśnie zabawa, owo finałowe hasanie po scenie, brawa po niemal każdej arii, salwy śmiechu.

Pojawił się też inny problem - teatr dramatyczny grający operetkę porywa się, jeśli podejść do tego serio, na przedsięwzięcie karkołomne. Justyna Skoczek, pełniąca tu funkcję "dyrektora muzyki", z pewnością miała sporo pracy. Mniejszość śpiewa głosami z operetki, większość jest z musicalu, może nawet piosenki aktorskiej, niektórzy próbują ze swojej wokalnej nieporadności uczynić dodatkowe źródło zabawy. Sceny chóralne wypadły zaskakująco dobrze (choć moja towarzyszka i przy nich kręciła głową, a jest bardziej muzykalna ode mnie), gorzej duety czy tercety, bo dochodziło do dysonansów. Kiedy Anna Lobedan jako żona Eisensteina Rozalinda śpiewała głosem z prawdziwej arii, Mateusz Rusin towarzyszył jej głosem zwykłym. Cóż poradzić?

Jeden z recenzentów radził ludziom muzykalnym wychodzić po pierwszym akcie. Ale mam wrażenie, że nawet chwilowe kakofonie były w to przedsięwzięcie jakoś wliczone. Jeśli wziąć pod uwagę jakość głosu, absolutnym zwycięzcą okazała się Anna Lobedan, za nią Marta Wągrocka jako sprzątaczka Adela, a pozostałe panie górowały nad panami. Z panów najbliższy wzorcowi śpiewaka jest aktor wielkiej muzykalności Paweł Paprocki grający dyrektora więzienia Franka, gdzieś za nim sytuuje się Oskar Hamerski jako doktor Falke. Reszta radzi sobie jak może. Tylko że...

Tylko że nie na pomiarach skali głosu polegał ten spektakl. Operetka odznacza się boskim idiotyzmem, którym się doskonale bawimy. Tu - powtórzę - chaos wokalny tylko go uzupełnia i wzmacnia. No dobrze Anna Lobedan zagłusza momentami Mateusza Rusina, ale czy nie odzwierciedla to ich relacji z tekstu? Kobieta na końcu wszak triumfuje, nawet jeśli też nie jest bezgrzeszna. Brak jej jednak mężowskiej pychy.

Trochę żartuję, ale coś w tej obserwacji jest. W kolejnych, coraz bardziej upojnych scenach ginie jakaś reszta "przesłania", obecnego w pierwszym, najbardziej warszawskim, akcie. Giną też nasze oczekiwania, że będzie perfekcyjnie pod względem muzycznym. Poddajemy się nastrojowi, a w kuluarach można kupić szampana, którym raczy się nieustannie towarzystwo goszczone przez rosyjskiego księcia Orłowskiego. Na dokładkę goszczone we współczesnej Warszawy.

Skoro nic się nie zgadza z niczym, może się nie zgadzać jeszcze bardziej. Kto nie kupił nastroju, rzeczywiście powinien sobie pójść po pierwszym akcie (są trzy). Ja widziałem doskonale bawiących się ludzi. I sam w ten nastrój wszedłem. Ci aktorzy, którzy śpiewali tak sobie, umieli przykuć naszą uwagę czymś innym. Komizmem i luzem , z jakim absurd operetkowy uzupełniali absurdem rodem ze sceny dramatycznej.

Mnie zespół Narodowego, powtórzę najmocniejszy w scenach zbiorowych, także dzięki znakomitej koordynacji ruchowej ekipy, przekonał że zagrałby dowolną komedię, a ja śmiałbym się do łez. Mało? Otóż bardzo dużo, zwłaszcza gdy z różnych dziwnych powodów komizm wietrzeje z warsztatu wielu aktorów. Ale nie w teatrze Englerta.

Lobedan pięknie śpiewa, ale jest i zabawna. Paprocki po prostu rewelacyjny, a scenach porannego kaca w więziennym biurze wbija publikę w fotele. Hamerski wchodzi w naszą świadomość wkrótce za nim. Ale powiedzmy sobie szczerze: Mateusz Rusin wyrasta na jednego z czołowych polskich aktorów nie tylko dramatycznych, ale i komediowych. Mnie szczerze ubawił Przemysław Stippa jako książę. Może i trochę markował swoje arie, ale jak zabawnie poruszał się na scenie, jak epatował znudzeniem.

Mam wymieniać następnych? Proszę bardzo: Wiktoria Gorodeckaja (Ida, siostra Adeli), Monika Dryl (Melania), Kamil Mrożek (kelner Iwan), Kacper Matula - w podwójnej roli jowialnego kanadyjskiego światowca i zabawnego klawisza w ostatnim akcie. Panie więcej śpiewają, panowie częściej mówią lub tylko są, ale śmiesznie być na scenie to także jest sztuka. Wszyscy razem tworzą klimat. Tego Narodowy mógłby uczyć innych. A jest jeszcze scenografia Roberta Rumasa, kostiumy Julii Kornackiej i Arka Ślesińskiego - wszystko to odpowiednio odjechane, zwłaszcza kiedy pogrążamy się w dziwnie niewinnej orgii u księcia pod figlarnym napisem "Amusements". Czy z tego wszystkiego coś wynika? Wychodząc z teatru nucimy piosnkę o "cesarzu szampanie". I może trochę czekamy na poważniejsze oferty, ale czasem warto wyczyścić umysły i serca. Na zewnątrz było tak ponuro. Idźcie na "Zemstę Nietoperza", wróżę temu spektaklowi powodzenie. Bo wśród publiczności sporo jest takich prostaczków jak ja.

Piotr Zaremba
wpolityce.pl
29 stycznia 2019
Portrety
Michał Zadara

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia