Boskie upadki

"Wszyscy jesteśmy bogami" - reż. Tomasz Rodowicz - Polski Teatr Tańca w Poznaniu

Spektakl przygotowany z okazji jubileuszu Polskiego Teatru Tańca zaskakuje, gdyż za apoteozującym nas tytułem "Wszyscy jesteśmy bogami" kryje się słodko-gorzka refleksja nad marzeniami i wiecznym poszukiwaniem swojego miejsca.

Niepokój towarzyszy od samego początku, mimo kojącej projekcji przepływających obłoków w tle. Ich sielskość kontrastuje z agresywną muzyką otwierającą spektakl. Dezorientuje też minimalistyczna scenografia, która sprowadza się do kilku drzewek - jednego zwyczajnego na pierwszym planie i dwóch podwieszonych do góry nogami w tle. Mieszają się perspektywy. Gdzie jesteśmy? Wszędzie i nigdzie. Kim są bohaterowie? Ujednolicone stroje i makijaże czynią ich androgynicznymi postaciami, którym bliżej do posągów niż ludzi.

Ożywiając antyk

Szczęśliwie jednak reżyserem jest Tomasz Rodowicz, który od lat w łódzkiej Chorei wychodzi poza schemat nakazujący unieruchomić chórzystów, gdy tylko pojawi się odwołanie do antyku. Nie musimy się więc obawiać, że tancerze zastygną w pomnikowych pozach. Wyzwaniem, z którym się mierzą, jest połączenie śpiewu i ruchu, momentami akrobatycznego. Głos wielokrotnie ich prowadzi, zabiera w przestrzeń sceny. Stanowi też element jednoczący, budujący grupę.

Rodowicz zaryzykował, mając do czynienia z tancerzami, którzy nieczęsto uruchamiają głos w praktyce scenicznej. Wygrał. Zespół się rozśpiewał. Niektóre partie zapewne mogłyby zabrzmieć mocniej, pełniej. Jednak drobna niedoskonałość, jakkolwiek wydać się może to niedorzeczne, stanowi atut. Stajemy się bowiem świadkami zmagań z nową materią. Bogom, podobno doskonałym, takie walki nie przystoją.

Wszyscy jesteśmy ludźmi

Chęć walki ze swoją naturą i marzenie wzniesieniu się ponad nią to powracające motywy. Zwraca uwagę scena, gdy jeden z tancerzy przeskakuje ponad pozostałymi. Nie wyrastają mu skrzydła (uff!), nie ratują liny. Oczywiście upada. Spektakularnie i pięknie. Wstaje i raz jeszcze próbuje wzbić się, z podobnym skutkiem. Sekundy, w których podłoga zbliża się nieubłaganie i kiedy, jeśli to możliwe w tak krótkim czasie, pojawia się świadomość zmiany kierunku lotu, stanowią symbol losu. Od upadku do upadku.

Tych zresztą widzimy mnóstwo, spotkania z podłogą budują dodatkowy rytm spektaklu. Interesujący wydaje się również fragment, gdy jeden z aktorów przemieszcza się wśród nieruchomej grupy. Podchodząc do kolejnych osób, zaraża je ruchem, który zamiast wyzwalać, wiedzie ich do ziemi. Przyjmując ową pesymistyczną wizję rzeczywistości, nie dziwią ucieczki w marzenia o wiecznej szczęśliwości możliwej dopiero po wdarciu się do świata bogów.

Upadki to arcyludzkie doświadczenie. Ważniejsze jednak dla reżysera wydają się chwile tuż po nich, kiedy po raz kolejny się wstaje, mimo narastającej świadomości, dokąd zaprowadzą starania. Wielokrotnie obserwujemy heroiczne walki, prowadzone z wątpliwą nadzieją. Te pozornie bezładne miotaniny jawią się jako boskie.

Barwy biało-czerwone

Ciekawie została zaprezentowana relacja jednostki do grupy. Śpiew i ruch spajają. Wielokrotnie jednak któryś z performerów się odłącza, milknąc lub się zatrzymując. Pozostali kontynuują działanie, ale też bez oporu przyjmują powracającego. Grupa staje się więc tworem, do którego każdy przyłącza się dobrowolnie, nie jest opresyjna. Sprowadza się do wspólnoty doświadczeń, emocji i celów, mniej lub bardziej tymczasowych.

Wizualnie grupę scalają też jednakowe biało-czerwone stroje, które stanowią wyrazisty akcent na tle utrzymanej w stonowanych barwach scenografii. Twórcy w nienachalny sposób nawiązują do polskości. Do flagowych kolorów dodają tylko ludową pieśń o jabłoneczce, stanowiącą klamrę spektaklu. Nie chłoszczą widzów symbolami ani nie wpadają w katastroficzno-moralizatorski ton. Odwołują się do antyku, by podkreślić uniwersalizm zmagań, podejmowanych zarówno przez pojedyncze osoby, jak i całe wspólnoty. Nie portretują mesjanistycznego szału boskiej jednostki, za to prezentują siłę grupy, która umacnia, pomagając stawić czoło przeciwnościom. Dlatego gdy zespół zasiada przy pierwszoplanowym drzewie, śpiewając, poczuć możemy otuchę.

Uśmiechnijcie się, o bogowie

Ostatnia scena niesie ukojenie po obrazach beznadziejnych zmagań. Nawet jeśli wyrasta z idealizującej wizji wspólnoty, to je przyjmuję. W podróży, w którą zaprosił nas reżyser brakuje mi tylko jednego - odrobiny humoru, obrazoburczego wtargnięcia w tragedię z uśmiechem, który czaiłby się w kącikach ust. Byłby to uśmiech zapewne gorzki, gdyż oznaczający akceptację nieuniknionego. Skoro to, co najbardziej ludzkie jest i boskie, to wyżej się nie wzniesiemy.

Agnieszka Dul
kultura.poznan.pl
24 września 2018
Portrety
Tomasz Rodowicz

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia