Boże, to ja tu pracuję?!

Rozmowa z Iwoną Pasińską

Wycichowska była moim pierwszym mistrzem teatralnym, który rozszerzył i zmienił moje widzenie. Który wpłynął na to, że chciałam się rozwijać. Repertuar, który proponowała, był zawsze powyżej moich możliwości. A ja chciałam po niego sięgać.

Z Iwoną Pasińską, nową dyrektorką Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu, rozmawia Sylwia Klimek z Kultura Poznań.

Sylwia Klimek: Podczas pożegnalnego spektaklu "27 sezonów" Ewy Wycichowskiej w finałowej scenie zatańczyły Panie wspólnie tango. Ten symboliczny gest i zamanifestowane w ten sposób wsparcie odchodzącej dyrektor pomaga Pani czy paraliżuje?

Iwona Pasińska: - Ależ oczywiście, że pomaga! Nie wyobrażam sobie przejmowania teatru z takim dorobkiem, z taką historią bez wsparcia kogoś, kto poświęcił temu zjawisku 27 lat swojego życia, prawdziwie oddał, właściwie "zaprzedał duszę".

Bez tego wsparcia nie wystartowałaby Pani w konkursie?

- W tym konkursie mógł wystartować każdy, kto spełniał określone w nim wymagania. To, że Ewa Wycichowska zaaprobowała jego wyniki, okazało się dopiero po ich ogłoszeniu. Nie wystartowałam w konkursie za jej namową czy z jej protekcją. Mogłam tylko liczyć na jej wsparcie, gdybym konkurs wygrała. Mieć nadzieję, że program, który przygotowałam, zostanie również przez Wycichowską zaakceptowany.
Ostatnie osiem lat mojego życia nie pracowałam z PTT, dzieliło mnie od teatru bardzo dużo - w kilometrach i w sensie artystycznym. Zdobywałam inne doświadczenia, zajmowałam się innymi rzeczami. Uważam, że bardzo dobrze, że taki dystans zbudowałam. Pomógł mi ułożyć program, który został wybrany. Wystartowałam w tym konkursie z troski o teatr, wynikającej z wiedzy o tym, jaką tworzy wartość. Pomyślałam, że mogę mu coś zaproponować.

Pani pierwsze spotkanie z Polskim Teatrem Tańca to spotkanie z Ewą Wycichowską.

- Tak. Wycichowska była moim nauczycielem tańca w szkole baletowej w Łodzi. To był fenomen na skalę polską - oto primabalerina Teatru Wielkiego w Łodzi prowadzi zajęcia niestandardowe, jeśli chodzi o program szkoły: zajęcia z tańca modern według Marty Graham. A my w tej klasycznej szkole, od pierwszej klasy ćwiczący battement tendu, nagle sięgamy po coś, co jest dla nas awangardą, dotknięciem świata. To było fantastyczne! Pamiętajmy, że to były lata 80., jeszcze czuliśmy żelazną kurtynę. Na tych lekcjach mieliśmy kontakt ze światem. Wycichowska przygotowywała wówczas choreografię do filmu "Łabędzi śpiew" Roberta Glińskiego. Zaangażowała naszą klasę do tanecznych etiud. Też brałam w tym udział. I tak jak z zajęć w szkole chyba mnie jakoś szczególnie nie zapamiętała (śmiech), tak w bezpośrednim kontakcie, podczas pracy na planie, nagle okazało się, że chyba jej się podobam, że widzi, że jestem zwierzęciem stworzonym do takiej roboty. To pozwoliło mi dostać angaż w jej teatrze. Zostałam zatrudniona zaraz po maturze.

Początki były trudne.

- Bardzo trudne, bo trafiłam do teatru tańca. Szkoły baletowe wówczas były sprofilowane na kształcenie tancerzy dla teatrów operowych, zespołów baletowych. Tancerzy, którzy doskonale operują techniką klasyczną. Technik i stylów przydatnych w teatrze tańca nie uczyły. Bardzo długo oczyszczałam się z nawyków, które nie byłyby złe w innych przestrzeniach tańca, lecz w teatrze tańca bardzo przeszkadzały. Musiałam sczyścić się wręcz do zera, by móc być przydatną w takim zespole, w wizji Wycichowskiej.

Pierwsza rola?

- Nie pamiętam... Być może był to "Faust goes rock"? Jakieś robaki tam robiłam (śmiech). Pełzałam z kijem. Dźwigałam lustra. I przyglądałam się temu, jak inni współtworzą spektakl. I dziwiłam się, że oni już wiedzą jak, że już mają "to" w sobie. Mój pierwszy sezon w teatrze był drugim sezonem dyrekcji Wycichowskiej. Zespół już się zmienił, Wycichowska zaangażowała nowych członków - przez rok udało jej się przesunąć świadomość artystów w inny obszar, zaczęli inaczej myśleć ciałem. A ja zaczynałam właściwie od zera, mimo że miałam przecież wykształcenie - dziewięć lat szkoły baletowej. Okazało się niewystarczające.
Wycichowska była moim pierwszym mistrzem teatralnym, który rozszerzył i zmienił moje widzenie. Który wpłynął na to, że chciałam się rozwijać. Repertuar, który proponowała, był zawsze powyżej moich możliwości. A ja chciałam po niego sięgać. Pamiętam "Skrzypka Opętanego" - baśń, którą tak pięknie z Maciejem Małeckim i Ryszardem Kają przełożyła. Kochaliśmy ten spektakl! Nie mogliśmy się od niego odkleić. Nieważne, co w nim robiliśmy: czy światełka indygowe, czy graliśmy duszka, czy główną rolę...

Czym był wtedy dla Pani Polski Teatr Tańca?

- Jak rozpoczynałam pracę w teatrze, wiedziałam, kim był Conrad Drzewiecki, widziałam wybrane choreografie. Ale wszystko miałam ułożone na jednej półce: Teatr Wielki w Łodzi, Polski Teatr Tańca, Teatr Wielki w Warszawie... Z perspektywy ucznia szkoły baletowej to była jedna, bardzo wysoka, nieosiągalna półka. I do końca nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie jest w tym miejsce poznańskiego teatru, jaka jest jego rola, znaczenie, jakie wyznacza kierunki. Po raz pierwszy złapałam dystans, który pozwolił mi oszacować jego znaczenie, dopiero kiedy zaczęłam pisać pracę magisterską. Pisałam, czym jest teatr tańca. Analizowałam, analizowałam i w pewnym momencie do mnie dotarło: "O Boże, to ja tam pracuję?!". Dopiero papier i jego nieubłagany porządek ukazał mi, jakim zjawiskiem jest PTT - także jakim myśleniem o tańcu, o ruchu, o spektaklach zapładniał środowiska taneczne, teatralne czy szerzej - kulturalne. Ten metodologiczny porządek w mojej głowie bardzo wiele wówczas dla mnie znaczył. Tworzyło go również miejsce czy raczej przestrzeń Ewy Wycichowskiej, którą miałam przecież na co dzień. Nie do końca zdawałam sobie sprawę, z kim obcuję... Wielkość Wycichowskiej staje się oczywista, kiedy się ją traci. Osiem lat temu, po 19 latach, oddzieliłam się od teatru, ale te osiem lat było dla mnie pięknym czasem poznawania innych odcieni i barw teatru. Dystans do teatru tańca bardzo dobrze mi zrobił. Pokazał mi również bardzo wyraźnie miejsce Wycichowskiej w historii i rozwoju tańca - jej wielkość. Ukazał, dlaczego jest autorytetem, co zrobiła, ile wypracowała. Myślę, że ten dystans wpłynął też na to, że tak, a nie inaczej zbudowałam program konkursowy. Wychodził z mojego przekonania, że to, co mamy w naszej tradycji i tożsamości, jest bardzo wartościowe.

Tradycja i tożsamość - to słowa klucze w Pani programie.

- Nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów, program otworzymy 1 stycznia 2017 roku. Zbudowałam go wokół naszej, polskiej i wielkopolskiej, tożsamości, tradycji. Mamy przecież przebogatą tradycję: i taneczną, i choreograficzną. Mamy cudownych tancerzy. Dlatego od początku do końca w Polskim Teatrze Tańca będzie teraz wszystko, co polskie. Nie potrzebujemy zagranicznych choreografów, bo mamy wspaniałych polskich. Chcę wprowadzić reżysera do teatru tańca. Nie dlatego, że wątpię w rolę choreografa. Chodzi o dyskurs pomiędzy środowiskami i odhermetyzowanie teatru tańca. Polscy tancerze, polscy choreografowie, polska muzyka...

Będzie miejsce w Pani teatrze dla Ewy Wycichowskiej?

- Zaprosiłam ją w roli choreografa do mojego programu. Odmówiła... Przynajmniej na dwa lata. Myślę, że to dobrze. Ja też potrzebuję chwili, by przeorganizować pewne rzeczy. Wypracować płaszczyznę porozumienia z zespołem. Wnieść nowego ducha. A ona musi odpocząć. Też nabrać dystansu, który na pewno pozwoli jej wrócić do nas z większym zapałem. Podtrzymuję to zaproszenie. Odmówi drugi raz, poproszę trzeci.
Mam tylko nadzieję, że nie zniweczę niczego. Obiecałam to Ewie Wycichowskiej. Że wszystko, co mam, poświęcę temu teatrowi. By nie zmarnować, nie zaprzepaścić niczego...

___

Iwona Pasińska - tancerka, choreograf, pedagog, doktor teatrologii, przez wiele lat pierwsza solistka Polskiego Teatru Tańca, związana z nim od 1989 r. Absolwentka Państwowej Szkoły Baletowej im. Feliksa Parnella w Łodzi, ukończyła teatrologię na UAM. W 2013 r. w Katedrze Dramatu i Teatru UAM obroniła doktorat "Teatr tańca. Doświadczenie ciała w teatrze współczesnym". Jest wykładowcą w Akademii Teatralnej w Warszawie, realizuje liczne projekty jako choreograf i dramaturg ruchu w stworzonej przez siebie Movements Factory Foundation oraz z teatrami w całej Polsce.

Sylwia Klimek
kultura.poznan.pl
29 sierpnia 2016

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia