Brak ochoty na zapomnienie

"Malutka czarownica" - reż: Lech Wroński - Teatr Groteska w Krakowie

"Więc nocą błoto może być nie tylko tym błotem, co się je za dnia omija w drodze do przedszkola?!

Może stać się stworem, widmem ogromnym, utuczonym duchem?! Może mieć gębę okrągłą, mętne oko, usta krzywe, hakowaty nos i łapy wielkości bochnów chleba?! I może gadać chrapliwie, i latać na miotle, i pod gwiazdami tańczyć ociężale, skorupą buciora długiego niczym kajak taty depcząc trawy na szczycie wyłysiałej góry?!"... Nie wiem, czy było to zdumienie akurat takie, nie wiem też, czy w ogóle było to zdumienie. Jedno pewne: blond okruch z warkoczykami (w góra czwartej zimie życia), siedzący na kolanach mamy tuż obok mnie, na widok każdej z sześciu starych Czarownic w przedstawieniu "Malutka Czarownica" - zamykał oczy i wzdychał lekko i długo. 

Rzeczywiście, Czarownica Błotna (Małgorzata Hachlowska) była błotnym, burym monstrum nocy, tylko nocy. I tak też z istnieniem pozostałych Czarownic sprawy się miały. Każda była figurą złego snu, nie jawy zawsze banalnej. Leśna (Rafał Szumski) - zjawa toporna i brunatna, sklecona z pnia, gałęzi i liści. Mgielna (Oliwia Jakubik) - człekokształtne kłęby szare, udające zwiewność. Skalna (Katarzyna Kopczyk) - nieruchawy, podłużny głaz w kolorze popiołu, zimny, kostyczny, popękany, nieprzyjemny w dotyku. Jeszcze Czarownica Najważniejsza (Olga Przeklasa) - upiór pozszywany z różnych odcieni ciemności. I Czarownica Rrum-Brrum-Trach (Katarzyna Kuźmicz) - ciotka tytułowej Malutkiej Czarownicy (Iwona Olszewska) - wzorzec złośliwej wścibskości najbliższych naszych krewnych. Wszystkie one monstrualne - dwuipół-, może nawet trzymetrowe kolosy. I u każdej facjata taka, że niech Pan Bóg broni! Zwłaszcza - zasnąć!

Słowem - sześć znaków scenicznych, sześć metaforycznych figur. Wszystkie pozostałe indywidua - a jest ich sporo (większość aktorów gra ról kilka) - istnieją podobnie. Sprzedawca Ryb, Sprzedawca Wędlin, Sprzedawca Garnków, Piecyk do pieczenia kasztanów, bądź mentor Malutkiej Czarownicy, niejaki Abraksas (Lech Walicki) - stary kruk o posiwiałej głowie i w obuwiu godnym angielskiego dżentelmena. Każde indywiduum, prawie każde jest człekokształtną konstrukcją, znakiem metaforycznym, skrótem, który mikrym wyobraźniom na widowni tańczyć pozwala. Mówię: prawie każdy, bo Malutka Czarownica istnieje inaczej. Tylko ona nie jest skrótem - tylko ona nie nosi maski. Jest dziewczynką. Ma ludzką twarz. I jasne serce.

Oto główny nerw fabuły: dziewczynka nie lubi zła, a pragnie zostać czarownicą profesjonalną. Sprzeczność? Dziewczynka chce w Noc Walpurgii zatańczyć ze starymi Czarownicami na wyłysiałej górze. Warunek: przez rok musi ćwiczyć, opanować fach czynienia zła w świecie. I ćwiczy. Tyle że jej ingerencje w los ludzi i zwierząt kończą się - dobrem. Papierowe kwiaty zaczynają pachnieć. Gołe stopy Piecyka przestają kostnieć. Pociągowy koń zamienia się z podłym woźnicą miejscami itd., itp. W finale przedstawienia, chwilę przed pląsami na wyłysiałej górze - dziewczynka pali księgi złego czarodziejstwa. Ta Noc Walpurgii będzie nocą bezsilności sześciu profesjonalistek. Pierwszy raz w długim życiu stare zatańczą dobro

Paweł Głowacki
Dziennik Polskin
8 lutego 2010

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia