Brokat w cieniu swastyki

"Cabaret" - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

W Krakowie swoje podwoje otworzył legendarny kabaret „Kit-Kat". W Teatrze STU wszystko jest piękne: scenografia jest piękna, tancerki są piękne, humor jest piękny, nawet orkiestra jest piękna. Piękne jest samo dzieło, bo wzorowane na fascynującej, acz nieoczywistej adaptacji. Krzysztof Jasiński postanowił przypomnieć nam, jak robi się duży musical na małej scenie.

Pierwsze skojarzenie: Bob Fosse. Drugie skojarzenie: Sam Mendes. Albo odwrotnie. Trzecie: punktualna choreografia i legendarne piosenki. Pierwsza myśl: legenda. Z tym wszystkim mierzy się Krzysztof Jasiński w musicalu „Cabaret" wystawionym w krakowskim Teatrze STU.

Do świata kabaretu „Kit-Kat" wprowadza nas intrygujący Emcee (Łukasz Szczepanowski) najbardziej znaną piosenką musicalu Willkommen! And bienvenue! Welcome!, Mistrz Ceremonii, jakże różny od pierwowzoru w "Cabarecie" Boba Fosse'a: ciemnowłose, zaczesane włosy jak u Kena, ubrany w czarne, dopasowane spodnie, błyszczącą marynarkę i... młodą, męską skórę. Przedstawia on tancerki „Cabaretu", bardzo zróżnicowane wiekowo i płciowo: z krakowskiego Kurdwanowa, Woli „Dupackiej", Nowej Huty (Paulina Kondrak, Anna Siek, Aleksander Talkowski) i Starego Kleparza – nową jakość reprezentuje Dorota Zięciowska. Wszystkie ubrane kusząco, wyzywająco i zgodnie z obietnicą Emcee wszystkie są dziewicami, w co, patrząc na nocną koszulkę jednej z nich – mało wyrafinowaną jak na kabaretowy strój – jestem w stanie uwierzyć. Nagle już nie w Krakowie, ale w pociągu do Berlina, na początku lat 30. XX wieku, poznajemy Clifforda Bradshawa, angielskiego pisarza, który chce w tym porywającym mieście dać upust literackiemu natchnieniu. Zamiast tego wiąże się z gwiazdą „Kit-Kat" Sally Bowles (Paulina Kondrak) i wnika w mieszaninę ludzkich osobowości, profesji i narodowości. Wpada w sam środek tykającej bomby rodzącego się nazizmu.

Krzysztof Jasiński zdecydował się na nawiązanie do adaptacji „Cabaretu" przez Sama Mendesa, która jest stanowczo mniej znana niż oscarowy film Boba Fosse'a. Ze względu na realizacyjną surowość na pewno usprawiedliwia to wystawienie musicalu w małej przestrzeni teatralnej. Jednak kwestia wizji artystycznej to jedno, a odwoływanie się siłą rzeczy do obu wersji „Cabaretu" to drugie. Trochę niekonsekwentnie przenosimy się z Krakowa do Berlina, pomimo trafnego odniesienia do kleparzowej „tradycji" grodu Kraka, bo nagle lądujemy w pociągu jadącym do stolicy Republiki Weimarskiej. Ale w końcu docieramy do Berlina, do domu pani Schneider (Dorota Zięciowska), która wynajmuje pokój naszemu podróżnemu. Bez trudu (bo poza zmianą sukni niewiele się zmienia) poznajemy w niej jedną z dziewczyn „Cabaretu" i szukamy punktu stycznego. Zupełnie inaczej jest z Aleksandrem Talkowskim (jedną z jaśniejszych gwiazd tego „Cabaretu"), który także grając podwójną rolę: trans-tancerza z „Cabaretu" i Ernsta Ludwiga jest nie do poznania. Jednak jego kreacja jest tak bardzo dwuznaczna, że jestem w stanie uwierzyć, że to jedna postać – niesamowicie zakłamanego w sobie faszysty nie potrafiącego poradzić sobie z własną naturą. Kolejna trudność, z którą muszą poradzić sobie twórcy, to górujący gdzieś w naszych głowach najsłynniejszy reżyser najsłynniejszego „Cabaretu", czyli Fosse – wybitny choreograf i tancerz. Obciążył on niestety ten musical koniecznością zaprezentowania w nim punktualnej choreografii, bezbłędnego ruchu (niemiłosierna, rewelacyjna lektura obowiązująca: Sweet Charity). Z pewnością niedługo będzie to bardzo mocny punkt tego spektaklu – tak, jak jest nim już teraz przygotowanie wokalne – takie piosenki jak wspomniane Willkommen..., Mein Herr czy Cabaret to duży sprawdzian umiejętności wokalnych, bo to zderzenie się z legendą, z którego zwłaszcza Paulina Kondrak może być dumna.

Mocnymi stronami spektaklu bez wątpienia jest scenografia wykorzystująca scenę i jej zaplecze – czasami zastanawiamy się, gdzie jeszcze może przenieść się akcja. Tak może zaplanować ją tylko człowiek, który swój teatr zna od podszewki. Jest fantazyjnie, kolorowo, jest dużo brokatu i jest też świetna reżyseria światła, przenosząca nas do „Kit-Kat", czy do pokoju Cliffa. "Orkiestra też jest piękna" – ma się ochotę powtórzyć za Emcee, ale muzyczny sekstet pod kierownictwem Konrada Mastyło rzeczywiście znakomicie radzi sobie z dźwiękiem w musicalu.

Najjaśniejszą gwiazdą firmamentu „Cabaretu" Sceny STU jest Emcee, którego miałam szczęście zobaczyć w wykonaniu Łukasza Szczepanowskiego. Jego kreacja bez wątpienia czerpie z mendesowej roli Alana Cumminga, który był absolutnie bezkonkurencyjnym Mistrzem Ceremonii, czy raczej zepsutym do cna poganiaczem kobiet w kilkugwiazdkowej stajni Sodomy i Gomory. O ile na początku zastanawiałam się, dlaczego w tym wszystkim nie lepiej złożyć oryginalnej osobowości konferansjera, tym bardziej, że krakowski aktor jest potężniej zbudowany od Cumminga, to w trakcie spektaklu zmieniłam zdanie: Emcee jest po prostu fantastyczny – to prawdziwy chłopiec uwięziony w życiowym „Cabarecie". Warto zaznaczyć także bardzo dobre role Doroty Zięciowskiej w roli rozkosznej matrony Schneider i Rafała Dziwisza, który naprawdę wzrusza jako Herr Schulz. Tym bardziej, że wszyscy wiemy, że jego nadzieje na spokojne życie przekreśliła przerażająca historia Holocaustu.

Skoro mowa o historii – „Cabaret" zawsze przywodzi na myśl widmo nazizmu, które miało niedługo potem zalać praktycznie całą Europę. To musical o braku nadziei, bo tak naprawdę nikt z nas jej nie ma, gdy dogasają ostatnie dźwięki końcowej piosenki. Jedyni nieświadomi to widzowie, którzy wciągnięci na scenę tańczą wkoło w rytm śpiewanej przez Fraulein Kost (znów podwójna rola w wykonaniu Anny Siek) o jutrze, które należy do partii faszystowskiej, to widzowie, którzy śmieją się podczas piosenki o małpie. Czy tylko? Nie. Brak nadziei dopada nas także podczas odnoszących się do współczesności elementów – śpiewanej piosenki (w oryginale Two ladies) w której postaci ubrane w groteskowe stroje księdza, zakonnicy i ministranta przedstawiają godny potępienia „układ". Pesymistyczne myśli dopadają mnie także pod koniec aktu I: gdy gasną światła, kończy się muzyczny numer, a przestrzeń zaczynają wypełniać dźwięki nagrane zapewne m.in. z „marszu niepodległości" lub manifestacji, w której brali udział „narodowcy". Można tylko się domyślać, że z niezwykłą finezją chciano tu podkreślić niewymarłe w XXI wieku nastroje parafaszystowskie. Może się domyśliłam, a może to tylko bardzo nierówne uproszczenie? Nie ma tu przestrzeni na jakąkolwiek interpretację widza – jest ona wprost imputowana, jakby chciano się upewnić, że będzie ona właśnie taka, jaką sobie życzy reżyser. Tak poważnie się nagle zrobiło w „Cabarecie"...

Krzysztof Jasiński udowodnił, że nie trzeba dużej sceny, aby wystawić widowiskową sztukę, zrobić ją z rozmachem. Mamy więc w Krakowie swój „Kit-Kat". Wtórując bohaterom, „to miasto jest okropne, a wszyscy się tu świetnie bawią". „Bo życie kabaretem jest", śpiewa Sally, „i tak je trzeba brać".

Maria Piękoś-Konopnicka
Dziennik Teatralny Kraków
8 kwietnia 2019

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...