Broń Boże, nie rozbierać!

Rozmowa z Pawłem Aignerem

Wydaje mi się, że można sztukę robić z kilku powodów. Można, żeby wywołać skandal, ale mnie się to za bardzo nie podoba, sam tak nigdy nie robiłem. Bardzo mi zależy żeby „Szalbierz" jednak był komedią, bo uważam, że katharsis można przeżyć poprzez śmiech; on nie musi być brechtem takim, że wszyscy pospadają z krzeseł, ale powinno być w tym coś inteligentnego, nie chciałbym epatować prymitywizmem.

Z Pawłem Aignerem, reżyserem „Szalbierza" o tym, jak nie odstraszać widzów i o odrodzeniu w teatrze aluzji, rozmawia Anna Zielińska.

Anna Zielińska: Mówi Pan, że jest „w rozkroku między teatrem lalek, a teatrem dramatycznym". Co jest Pana specjalnością, znakiem rozpoznawczym?

Paweł Aigner: Każdy reżyser ma jakiś swój świat, którym zaraża teatry i który „unosi" aktorów. Myślę, że mam coś takiego, że nie odstraszam widzów nowoczesnością. Wydaje się, że to jest główna siła tego, co robię, bo choć używam czasem archaicznych lub tradycyjnych technik teatralnych – to ludzie kochają te opowieści. I wcale niekoniecznie związane jest to z łatwością w odbiorze czy frywolnością tematu, choć poczucie humoru na scenie lubię. Raczej idzie tu o pewną wystawę, którą robię: jest ona najczęściej bardzo teatralna.

Pana teatr to wystawa w sensie w muzeum czy bardziej sklepowa witryna?

Chodzi raczej o swego rodzaju pokaz. Kiedy mówię „wystawię przedstawienie" to jest w tym słowie także „wystawić", „pokazać", „zrobić coś wystawnego" – co widać.

Współcześnie tej wystawy zwykle nie ma, ale też nie ma niczego nowego; cały czas wydaje mi się, że teatr kręci się w kole tych samych znaków.

Dostrzegam coś nieprawdziwego i śmiesznego w takim teatrze, który udaje rzeczywistość, próbuje wmówić nam, że to, co widzimy na scenie, dzieje naprawdę. W moim odczuciu rodzaj teatralnego nawiasu daje większą swobodę do głoszenia prawdy, która przecież nie jest prawdą życia codziennego, tylko przetworzoną przez teatralność. To jest tak zwany paradoks kłamcy: my kłamiemy, ale prawdziwie. W teatrze lalek przekonałem się, że jednak formy nie możemy zredukować. Nawet ci, którzy rozwalili we współczesnym teatrze postać bohatera czy struktury dramatyczne – muszą pogodzić się tym, że jakaś forma wciąż pozostaje, pomimo tzw. postmodernizmu i przewrócenia wszystkiego do góry nogami. Gdy wszedłem tu w Kielcach do sklepu z materiałami, sprzedawca powiedział „ten najdroższy materiał jest dla żony rzeźnika". I pyta nas, a byłem razem kostiumografką Zofią de Ines: „Po co wam tak drogie materiały i dodatki?" Powiedzieliśmy, że przygotowujemy w teatrze Żeromskiego spektakl, na co odparł: „Tylko broń Boże, ich nie rozbierać – ma być normalnie, bo inaczej nie przyjdę!". Siłą mojego teatru jest właśnie to, że nie rozbieram.

Czy zdecydował się Pan na wybór tytułu ze względu na aktualność tematu w obecnej sytuacji społeczno-politycznej? Spiró nie podobał się władzom PRL, a „Szalbierz" był ostatnio wystawiany w lutym 2015, czyli jeszcze przed wyborami...

To przedziwne, ale ta sztuka jest bardzo świeża, jakby napisana teraz. Spiró mówi, że właściwie w każdym reżimie czy w każdej sytuacji, w której artysta jest w jakiś sposób cenzurowany – a zawsze jest, był i będzie – to nie jest problem dla twórców, ale uwikłanie się we władzę już jest problemem.

Okazuje się, że Molier miał dokładnie ten sam kłopot, co Bogusławski, i co my w latach osiemdziesiątych, a który pewnie będzie aktualny za jakiś czas we współczesności.

I będziemy znów czuć na sobie jakiś rodzaj odpowiedzialności za słowo wypowiadane na scenie. Ale to jest tylko jeden poziom. Drugim jest połączenie dwóch przedstawień. Spiró jest geniuszem i w sposób niezwykle inteligentny, z ogromnym teatralnym wdziękiem połączył „Świętoszka" Moliera z wyimaginowaną sytuacją wizyty Wojciecha Bogusławskiego, ojca teatru polskiego, na prowincji. Tekst, łączący współczesność z dawnymi wiekami, zyskuje siłę autorytetu: autor pozwolił nam mówić w imieniu Moliera. Drugi akt zawiera jego dzieło i głęboką, ogromną interpretację. A na dodatek to wszystko jest świetnie przełożone na polski przez Mieczysława Dobrowolnego.

Które wątki są dla Pana najważniejsze, a konkretnie: jak rozkładają się procentowo? Ile dla Pana w „Szalbierzu" polityki, ile tradycji, a ile teatru w teatrze?

U Moliera jest jedna sekwencja, która pokazuje, jak bardzo jest to sztuka o kimś innym niż o Świętoszku, a u Spiró analogicznie: to jest tak naprawdę nie o Bogusławskim tylko o dyrektorze teatru. Bo słynny aktor przyjedzie i wyjedzie. Zrobił zadymę, do czegoś doprowadził, a teraz cały zespół musi z tym zostać. Za to dyrektor Każyński ma bardzo poważny dylemat: czy dać żyć sobie i innym w takiej rzeczywistości która jest, czy robić teatrem rewolucję. Bogusławski trzyma widza w niepewności, ale to Każyński jest w istocie postacią bardziej dramatyczną, rozdartą między potrzebą a pragnieniem. Z jednej strony, żeby przetrwać, zapewnić ludziom byt, musi pójść na pewne układy z władzą, ale z drugiej – ma potrzebę powiedzenia prawdy, tego, żeby się coś wydarzyło. To jeden z największych konfliktów w człowieku: rozdźwięk między potrzebą a pragnieniem.

Na czym polega fenomen Bogusławskiego?

Miał wspaniały życiorys. Od niego zaczął się Teatr Narodowy, którego był wiele lat dyrektorem, co prawda w sposób nieciągły, z przerwami. Założył teatr w Kaliszu, w ogóle był niezwykle ruchliwym człowiekiem, gdzie się nie pojawił, to coś budował. Premiera jego „Krakowiaków i górali" była głośna – wskrzesiła upadłego ducha niepodległościowego, przez co wyprzedziła i wzmocniła insurekcję kościuszkowską.
Do tego jeszcze był śpiewakiem i to takim ślicznym, więc na bohatera narodowego nadaje się bardzo. A herbu był Świnka, co mnie strasznie śmieszy. Myślę, że fenomenem jest to, że możemy Bogusławskiego bliżej poznać dzięki Węgrowi, bo u nas to on występuje już głównie jako atrakcja turystyczna.

„Zabierają ludzi, nawet nie za dowcipy, tylko dlatego, że wolno, na dwadzieścia cztery godziny, na czterdzieści osiem... tylko dlatego, że inny jest ich język ojczysty i inaczej robią znak krzyża..." – Pan podkręca te partie tekstu czy raczej łagodzi?

Tekst napisał Węgier, nasz przyjaciel. Wydaje mi się, że można sztukę robić z kilku powodów. Można, żeby wywołać skandal, ale mnie się to za bardzo nie podoba, sam tak nigdy nie robiłem. Bardzo mi zależy żeby „Szalbierz" jednak był komedią, bo uważam, że katharsis można przeżyć poprzez śmiech; on nie musi być brechtem takim, że wszyscy pospadają z krzeseł, ale powinno być w tym coś inteligentnego, nie chciałbym epatować prymitywizmem.

Myśli Pan, że uda się tak zrobić, żeby się nikt nie obraził? Na premierach w teatrze są zazwyczaj przedstawiciele lokalnej władzy.

Chcę opowiedzieć pewną historię, a czy to będzie miało jakieś reperkusje, to się jeszcze nie zastanawiałem; to, że bohaterowie się umizgują do władzy i że u Moliera jest taki, a nie inny finał...

No więc mam nadzieję, że władze przyjdą i sobie pomyślą: „tak kiedyś było, ale dziś na szczęście już nie jest", a ludzie będą na nich patrzeć, myśląc „a widzicie?!". Teraz na próbach tego nie ma, ale jak aktorzy zaczną mówić już przy publiczności – być może się zacznie i refleksja i zrozumienie...

Mój mentor Maciej Wojtyszko robił wiele przedstawień, które bardzo drażniły władze, ale miał tak czyste intencje, że nie był dla nich przeciwnikiem. A publiczność łaziła na jego „Szalbierza" w 1987 roku Warszawie po 300 razy i czuła, że to jest ta właśnie ta wypowiedź, która ich strasznie porusza. Bo choć sztuka była napisana w latach 80. to osadzona w starych czasach – przez co pokazywała, jak bardzo się nic nie zmienia. Myślę, że sukces zawdzięczała po części temu, że nie było wbijania komuś gwoździem do głowy swojej ideologii. Osobiście nawet jak się zgadzam z jakąś ideą, to mnie denerwuje ubieranie jej w nachalną formę. Moim zdaniem współcześnie możemy ogłosić w teatrze wspaniałe odrodzenie aluzji.

Anna Zielińska
Materiał Teatru
10 czerwca 2016
Portrety
Paweł Aigner

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia