Brutalistyczny czy tylko brutalny?

o Teatrze im. Jaracza w Łodzi

Ulica Stefana Jaracza w Łodzi - która po drugiej stronie Piotrkowskiej zmienia nazwę na Więckowskiego - mieści w sobie wszystkie paradoksy pofabrycznego miasta. Prosta jak struna, ciągnie się rzędem zaniedbanych kamienic, zaplutych podwórek i ulicznych targowisk. Gdzieniegdzie między szarość starych a świeżość odnowionych tynków wdziera się architektura biurowców, wrzeszcząca kolorystyka dyskontów spożywczych i kicz salonów ślubnych. Z eklektycznym śródmiejskim krajobrazem na stałe zrosły się teatry i galerie, tętniące sztuką, jakby na przekór dominującej pospolitości i nostalgii

W takim właśnie miejscu, w samym sercu "łódzkości", od ponad stu lat działa Teatr im. Stefana Jaracza - najbardziej ceniona w mieście scena dramatyczna.

Dialog z teraźniejszością

Wysoka jakość propozycji i spójna polityka repertuarowa to efekt ponadosiemnastoletniej współpracy dyrektorów Teatru Jaracza: reżysera i scenografa Waldemara Zawodzińskiego oraz menedżera kultury Wojciecha Nowickiego. Tak rekordowy okres stabilności zaowocował konsolidacją silnego i wyrazistego zespołu aktorskiego, pracą cenionych reżyserów, produkcją nagradzanych w całej Polsce spektakli i rozwojem samego teatru, który powiększa się i przeobraża w imponującym tempie.

W każdym sezonie Teatr Jaracza prezentuje od pięciu do siedmiu premier. Daje też najwięcej - bo ponad pięćset - przedstawień rocznie. Dawniej dysponował dwiema scenami, dziś ma ich siedem, co czyni go największym teatrem w Polsce. W 1995 roku rozpoczęła działalność Scena Kameralna, na której proponuje się widzom najbardziej zróżnicowany repertuar: od Lwa Tołstoja i Jerzego Andrzejewskiego, przez Jeana Geneta i Rolanda Topora, po Erica Bogosiana, Tennessee Williamsa i nowych brutalistów. Dwa lata temu teatr uruchomił cztery kolejne sceny: w Sieradzu, Skierniewicach, Piotrkowie Trybunalskim i Radomsku, by zapewnić dostęp do teatru widzom z mniejszych ośrodków. Realizacja unijnego projektu pochłonęła ponad trzydzieści jeden milionów złotych, ale już w pierwszym sezonie regionalne sceny przyciągnęły prawie pięć tysięcy widzów.

Zmysł teatralny Waldemara Zawodzińskiego, widoczny w jego udanych inscenizacjach i rozpoznawalnym języku estetycznym, gwarantuje także świeżą i otwartą politykę artystyczną. Repertuar każdego sezonu obejmuje zwykle około dwudziestu pozycji, zgrabnie godzących klasykę ze współczesnością. Zawodziński jest zdeklarowanym przeciwnikiem teatralnych archaizmów, zawsze podkreśla związek sztuki z tym, co aktualne i istotne. Dlatego każdą premierę traktuje się tu jako okazję do rozmowy z teraźniejszością - albo wprost, na poziomie podejmowanych tematów, albo za sprawą nowego języka. Nie ma w jego teatrze fars i modnych komedii, promuje się natomiast nowy dramat polski i zagraniczny. Stąd tak ważna obecność reżyserskich osobowości.

Jednym z najważniejszych artystów w Teatrze Jaracza jest Mariusz Grzegorzek (ostatnio: "Dybuk" Szymona An-skiego, "Makbet" Williama Shakespeare\'a, "Blask życia" Rebecki Gilman, "Lew na ulicy" i Habitat Judith Thomson), który oprowadza widzów po niepokojących światach ciemnej ludzkiej natury i skraju emocjonalnej ekspresji. W estetyce brutalizmu i Fekaliendramen" poruszają się: Małgorzata Bogajewska, Grzegorz Wiśniewski i Jarosław Tumidajski. Realistyczno-psychologiczną reżyserię uprawia Jacek Orłowski, zapewniając premiery o wysokim poziomie teatralnego rzemiosła. Agata Duda-Gracz ubiera znaną literaturę (Shakespeare\'a, Geneta, Gogola) w formy eksplodujące wyobraźnią plastyczną. Ten sam model inscenizacji, choć o bardziej pogłębionej interpretacji tekstu, preferuje Waldemar Zawodziński - reżyser. Z teatrem od dawna współpracują Walery Fokin i Barbara Sass. Przed kilkoma laty działali tu także Zbigniew Brzoza i Paweł Miśkiewicz, pierwsze samodzielne spektakle zrealizował Remigiusz Brzyk. Wszystkich tych tak różnych artystów łączy szczególna umiejętność pracy z aktorem, wysoko ceniona przez Waldemara Zawodzińskiego.

Największą siłą jego teatru jest bowiem zespół aktorski, co potwierdza choćby imponująca liczba przyznawanych mu ogólnopolskich nagród. Trzon tworzy kilka pokoleń absolwentów łódzkiej Szkoły Filmowej. Niektórzy z aktorów, jak Barbara Marszałek, Bogusława Pawelec i Ewa Wichrowska, a także Piotr Krukowski, Andrzej Wichrowski czy Bronisław Wrocławski, związani są z Jaraczem już od wczesnych lat siedemdziesiątych.

Średnią i młodą generację łódzkich gwiazd teatru reprezentują m.in. Ewa Audykowska-Wiśniewska, Sambor Czarnota, Ireneusz Czop, Marek Kałużyński, Gabriela Muskała i Kamil Maćkowiak; najmłodszą - Katarzyna Cynke, Dobromir Dymecki, Mariusz Ostrowski, Justyna Wasilewska czy Marieta Żukowska.

Teatr Jaracza, jak żaden inny w Łodzi, potrafi więc wykorzystać posiadaną przez miasto własną kuźnię aktorskich talentów. Twórcza energia absolwentów aktorstwa zasila zespół niemal w każdym sezonie. Bliskość teatru i uczelni cementuje współpraca osób zatrudnionych w obu instytucjach. Waldemar Zawodziński jest wykładowcą na Wydziale Aktorskim i reżyserem studenckich dyplomów, podczas gdy dziekan tego wydziału, Bronisław Wrocławski, to flagowa postać jego zespołu. Studenci mają także kontakt z Jaraczowymi reżyserami: Jackiem Orłowskim i Mariuszem Grzegorzkiem, oraz rzeszą aktorów. Tym sposobem teatr od lat zapewnia sobie naturalną wymienność aktorskich pokoleń i zarazem przywiązanie wielopokoleniowej publiczności. Jeśli bowiem chadza się w Łodzi "na aktorów", to właśnie do Jaracza (oczywiście każda grupa wiekowo--płciowa ma swoich idoli). I o ile można spotkać się z krytycznymi ocenami rozwiązań formalnych czy doboru tekstu w poszczególnych spektaklach, o tyle aktorów chwali się w nich zawsze. "Warto przepisać afisz, bowiem [aktorzy w Lwie na ulicy] dokonują cudów transformacji", "Wiśniewski obsadę ma taką, że klękajcie, narody", "Blask życia jest aktorskim popisem w wielkim stylu" itp. - to opinie większości łódzkich i ogólnopolskich krytyków. Tak zgrany zespół wybitnych indywidualności chciałby mieć u siebie każdy dyrektor.

Wszystko to sprawia, że Teatr Jaracza słusznie kojarzy się łodzianom ze stabilnością artystyczną, z miejscem, do którego bez wstydu można zaprosić znajomych czy wybrać się w ciemno bez ryzyka zmarnowanego czasu

i pieniędzy. Takich gwarancji inne łódzkie sceny dramatyczne nie dają. Kiedy jednak wymienić najbardziej oryginalne i ciekawe sceny w Polsce, Teatr Jaracza jakoś nie przychodzi na myśl w pierwszej kolejności. Dlaczego?

Jak nie do kina, to do Jaracza

Scena prowadzona przez Waldemara Zawodzińskiego jest programowo dla wszystkich, co wymaga od dyrektora artystycznych kompromisów. "Bogactwo propozycji, które można znaleźć w repertuarze, dobitnie udowadnia, że teatr nie musi być nudny czy niezrozumiały dla m a s o w e j w i d o w n i . Może uczyć gustu i wpływać na myślenie widzów o sztuce i kulturze" - czytamy w biuletynie wydanym z okazji obchodów sto dwudziestych urodzin teatru. W takiej "edukacyjnej" polityce nie ma nic złego, ale nigdy nie zrobi ona z Jaracza drugich Rozmaitości, teatru, który mógłby wyznaczać drogę innym, kreować coś naprawdę nowego.

W rezultacie cenne artystyczne propozycje Mariusza Grzegorzka, Anny Augustynowicz (Rowerzyści, Grzegorza Wiśniewskiego (Zagłda ludu albo moja wątroba jest bez sensu Wernera Schwaba) czy Agaty Dudy-Gracz (Ożenek Mikołaja Gogola, grany pod tytułem Według Agafii)muszą rywalizować o uwagę z propozycjami lekkimi i przystępnymi, zapewniającymi wysoką frekwencję. Należy do nich choćby sławny cykl monodramów Erica Bogosiana: Seks, prochy i rock & roll, Czołem wbijając gwoździe w podłogę oraz Obudź się i poczuj smak kawy, w których Bronisław Wrocławski bryluje od trzynastu lat - wciąż przy kompletach na widowni. Jak aktor policzył w jednym z wywiadów, jego Bogosianów obejrzał statystycznie co siódmy łodzianin. I nic dziwnego, skoro pewne małżeństwo przyszło na Seks... już trzydzieści razy! Z kilkutygodniowym wyprzedzeniem trzeba też rezerwować bilety np. na aktorsko-baletowy monodram Niżyński z udziałem Kamila Maćkowiaka. Choć od premiery mija piąty rok.

Zasadniczo Teatr Jaracza stara się uchodzić za nowoczesny i wymagający, wysoko zawieszający poprzeczkę publiczności. W rzeczywistości jednak mocno zabiega o uznanie widza mieszczańskiego, przyzwyczajonego do utartych modeli teatralnych, i tym samym wstrzymuje się w artystycznym rozwoju. Zastanawiająca jest relacja teatru z młodą publicznością, do której adresuje się sporą część repertuaru, głównie brutalistycznego.

Teatr Jaracza jest bez wątpienia modny jako miejsce, w którym uczniowie czy studenci chętnie spędzają czas, skutecznie rywalizuje z kinem. Spektakle są tu zawsze zrobione z pomysłem, niekiedy kontrowersyjnie i nieprzewidywalnie, jednym słowem - dala od stereotypu teatralnej nudy. Nie można jednak powiedzieć, że młoda publiczność utożsamia się z Jaraczem w jakimkolwiek wymiarze zbiorowym. Podobnie jest z widzem teatralnie zaawansowanym, szukającym propozycji z okolic awangardy. Nie ma on powodów do takiego utożsamienia. W teatrze tym bywa się bowiem od czasu do czasu, kiedy miejska wieść poniesie, że jakiś tytuł szczególnie się udał.

Bywa się jedynie z powodu premier, bo spotkaniami, czytaniami dramatów, warsztatami, projekcjami, koncertami Teatr Jaracza z zasady się nie zajmuje.

Tego typu eksperymenty zarezerwował dla siebie Teatr Nowy (niestety, tylko w okresie krótkiej dyrekcji Zbigniewa Brzozy), także - programowo - Teatr Studyjny, czyli scena studencka Szkoły Filmowej, Łódzki Dom Kultury, organizator m.in. kultowych Łódzkich Spotkań Teatralnych, Stowarzyszenie Teatralne Chorea czy prywatny Teatr Szwalnia. Nawet Teatr Powszechn, dawniej także nastawiony głównie na granie spektakli, zaskakuje dziś nowymi inicjatywami, jak prowadzony z rozmachem konkurs komediopisarski, cykl warsztatów dramaturgicznych i spotkań, wspólne czytania czy projekt teatru dla osób niedowidzących.

Na tym tle Teatr Jaracza wydaje się konserwatywny. Jego celem nigdy nie było tworzenie przyczółków zbiorowej kontestacji, kreowanie twórczego fermentu w działaniach laboratoryjnych, radykalne eksperymentowanie. Kontakt z widzem utrzymuje się tu w formach możliwie najbardziej tradycyjnych, w granicach trwania spektaklu. Poza nimi teatr pozostaje dla odbiorców zamknięty.

Tak zachowawczą polityką Jaracz wychowuje sobie widza biernego, odświętnego - przyszłego zmiennika obecnej niedzielnej publiczności, która rozumie, że w teatrze bywać należy, ale nie wymaga niczego ponadto.

Strategia złotego środka To, co niewątpliwie wyróżnia Teatr Jaracza

na tle pozostałych łódzkich scen, wiąże się z realizacjami brutalistów i dramatopisarzy nowych nurtów. Kiedy na miejskich słupach zawiśnie plakat z wizerunkiem ludzi pożerających surowe mięso lub nagiej pary złączonej krwawym objęciem, nie ma wątpliwości, gdzie szykuje się premiera. Mimo, że w aktualnym repertuarze nie brakuje klasyków: Shakespeare\'a, Gogola, Tołstoja, Wyspiańskiego czy Gombrowicza, to właśnie teksty z ostatnich dwu dekad stanowią rdzeń artystycznej oferty teatru. W tym sezonie można było oglądać m.in.: Nad Mariusza Bielińskiego, Toksyny Krzysztofa Bizia, Survival Simona Blocka, Blask życia Rebecki Gilman, Przedświt Davida Hare\'a, Osame bohatera Denisa Kelly\'ego, Merylin Mongoł Nikołaja Kolady, Brzydala Mariusa von Mayenburga, Zszywanie Anthony\'ego Neilsona, Made in China Marka O\'Rowe\'a, Produkt Marka Ravenhilla, Rowerzystów Volkera Schmidta, Zagładę ludu... Wernera Schwaba, Habitat Judith Thompson czy Osaczonych Władimira Zujewa.

Pierwsze kroki ku dramaturgii najnowszej teatr stawiał jednak ostrożnie, bez rujnowania dotychczas preferowanej umiarkowanej polityki repertuarowej. Dlatego Polaroidy Marka Ravenhilla (reż. Andrzej Majczak) pojawiły się na afiszach w tym samym sezonie co Bajki Pana Brzechwy, Opowieści lasku wiedeńskiego i widowisko taneczne Tango, tango. Z czasem z nowego dramatu ułożono odrębną i - jak się okazało - najbardziej rozpoznawalną linię repertuarową teatru. Do tekstów brytyjskich i niemieckich skandalistów najmłodszego pokolenia - a także nieco starszego, spod znaku Wernera Schwaba i Thomasa Jonigka - dołączyła współczesna dramaturgia zza wschodniej granicy, reprezentowana przez Nikołaja Koladę, Władimira Zujewa i Iwana Wyrypajewa czy Konstantina Kostienkę, teksty autorów skandynawskich, m.in. Stiga Dalagera, Larsa Noréna i Jona Fossego, młode sztuki polskie autorstwa Amanity Muskarii (duet sióstr Gabrieli i Moniki Muskały), Krzysztofa Bizia, Mariusza Bielińskiego czy współczesne utwory dramatopisarzy amerykańskich, np. Davida Mameta, Neila Simona czy Rebecki Gilman, której Blask życia miał w Łodzi swoją polską prapremierę (podobnie zresztą jak głośny tryptyk Bogosiana). W Jaraczu po raz pierwszy w Polsce pokazano także teksty Kanadyjki Judith Thompson (Lew na ulicy, Habitat), Irlandki Mariny Carr (Widma), Austriaka Volkera Schmidta Rowerzyści) i wielu innych. W ciągu osiemnastu lat dyrekcji Waldemara Zawodzińskiego na scenie Teatru Jaracza zaprezentowano dwadzieścia siedem polskich prapremier.

Ciekawe jednak, że żaden z tych spektakli nie sprowokował nigdy szerszej, ideowo--estetycznej dyskusji, już nie tylko takiej na miarę bitwy o Oczyszczonych Krzysztofa Warlikowskiego, ale nawet tej z okolic obyczajowego skandalu i przepychanki z lokalnymi władzami o prawo do stosowania wulgaryzmów (czego doświadczył przecież niejeden polski teatr). Znamienne także, że od pokazanych w 2003 roku Toksyn Krzysztofa Bizia aż do ostatniej premiery - Produktu Mariusa von Mayenburga, uwagę krytyków

przyciągał przede wszystkim kunszt obsadzonych w tych sztukach aktorów, a nie nowatorska inscenizacja.

Tutaj właśnie ujawnia się ambiwalencja prowadzonej w Jaraczu polityki artystycznej. Podczas gdy dla wielu teatrów sięganie po nowy dramat (zwłaszcza brutalistyczny) oznaczało walkę o nowy k s z t a ł t i n s c e n i z a c j i , o radykalnie nowe rodzaje estetyki i wrażliwość odbiorczą, w Teatrze Jaracza posłużyło głównie poszerzaniu pola aktorskiej ekspresji. Poszerzaniu o środki nietuzinkowe, może bardziej ekstremalne, ale wciąż mieszczące się w granicach realizmu psychologicznego. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że pomimo fasady nowatorstwa, teatr ten pozostaje na wskroś klasyczny, bezpiecznie oddalony od pionierstwa, skłonny raczej do oswajania widza niż zderzania się z nim. Stąd tak niewiele tu naprawdę odważnych inscenizacji, gwałcących odbiorcze nawyki, wytrącających widzów z bezpiecznego podglądactwa, zbliżających się do praktyk postdramatycznych. Stąd także dość jednolita formuła wszystkich jaraczowych propozycji, która czasem pozostawia wrażenie obcowania wciąż z tym samym spektaklem.

Co dalej?

Powyższe uwagi nie muszą brzmieć jak zarzut. Być może to jest właśnie najbardziej rozsądna polityka repertuarowa do uprawiania w Łodzi - mieście o bardzo specyficznej strukturze społecznej. Sam fakt, że masowej publiczności oferuje się dobrze zrobiony i ambitny teatr, jest wart odnotowania. Jednak spora część tej publiczności - ta, która pokazywane w Łodzi spektakle Lupy, Warlikowskiego, Klaty i Zadary wykupuje w kilka godzin po otwarciu kas (mowa o festiwalu Teatru Powszechnego) - jest już gotowa na kolejny krok. I jeśli łódzki Jaracz tego kroku nie postawi, publiczność wciąż najbardziej nowatorskie spektakle będzie oglądać w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu...

Monika Wasilewska
"Teatr"
17 sierpnia 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...